Sklep

  • UDOSTĘPNIJ:

Zagrabiona historia Solidarności

Został tylko mit

Opowieść o Solidarności, która drogo nas kosztowała

Wartością prezentowanej polskiemu czytelnikowi książki profesora Bruna Drwęskiego jest odkłamywanie najnowszej historii Polski. Autor przywołuje z przeszłości wyparte prawdy i fakty, odsłania realia, które politycy i posłuszni im propagandyści starannie wymazali ze zbiorowej pamięci.

Jarosław Dobrzański

53,00 

Na stanie

Kup dla mnie

Opis

Gdyby ludziom pierwszej Solidarności, strajkującym w Stoczni Gdańskiej lub gdzie indziej, ktoś mówił, że celem Solidarności będzie zwracanie pałaców, kamienic czy placów, zostałby uznany za prowokatora nasłanego przez Służbę Bezpieczeństwa. Okazało się, że rację mieli prowokatorzy. Zwyciężyła „chytrość rozumu historycznego” czy zwykła chytrość? Tak czy inaczej, ludzie pierwszej Solidarności zostali wystawieni do wiatru, do czego wstyd im się przyznać. O tym jest ta książka.

Bronisław Łagowski

Bruno Drwęski – urodzony w Montrealu politolog, historyk i publicysta. Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Uniwersytetu Pantheon-Sorbonne. Specjalizuje się w najnowszej historii Polski, dziejach europejskiego ruchu robotniczego i problemach postaw politycznych. Profesor w Narodowym Instytucie Języków i Cywilizacji Wschodnich (INALCO) w Paryżu. Autor wielu publikacji, członek redakcji szeregu francuskich i polskich czasopism naukowych, m. in. „Outre-Terre. Revue française de géopolitique”, „La Pensée Libre”, „Revue des Études Slaves” i “Multicultural Studies”. Prezentowana polskiemu czytelnikowi książka ukazała się w r. 2019 we Francji.

Informacje dodatkowe

Waga 0.664 kg
ISBN 978-83-64407-72-7
Oprawa miękka
Liczba stron
352
Format 164×234 mm
Waga
662 g.
Data wydania Warszawa 2020
Autor Bruno Drwęski
Wydawca Fundacja ORATIO RECTA

PRZEDMOWA DO WYDANIA POLSKIEGO 9

I. WPROWADZENIE 19

II. ODDZIAŁYWANIE NIEZALEŻNEGO RUCHU SPOŁECZNEGO W KRAJU SOCJALISTYCZNYM
Zniszczony kraj, zmodernizowany w przyspieszonym tempie 25
Narodziny mitu Solidarności 26
Dwuznaczność przemian z lat 1987–1989 32
Pierwowzór kolorowych rewolucji 39

III. U ŹRÓDEŁ POLSKIEJ DYSYDENCJI
Polska Ludowa: głębokie sprzeczności transformacji społecznej 45
Kryzys z 1956 roku i podziały wśród komunistów 57
Ku zbliżeniu niezadowolonych intelektualistów, robotników i katolików 67

IV. STRAJKI Z 1980 ROKU I 16 MIESIĘCY NIEUDANEJ „PSYCHOTERAPII NARODOWEJ”
Strajki z lata 1980 roku 73
W stronę delegitymizacji ustroju socjalistycznego 89
Wahania: związek czy ruch społeczny? 104
Rozszerzenie ruchu społecznego 108

V. STAN WOJENNY I PODZIEMIE
Społeczeństwo polskie w obliczu stanu wojennego 111
Organizacja podziemia 121
Rok przetrwania 126
Represje i narastanie rozdźwięków na szczytach władzy 136
Znaczenie kontaktów zagranicznych 142
Jakie cele? 157
Cele sił represyjnych 168
Bojkot wyborczy 175
Ewolucja wewnątrz Solidarności 178
Finansowanie podziemia 187
Znaczenie zewnętrznej pomocy finansowej 187
Solidarność, międzynarodowy ruch związkowy i CIA 195
Struktury Solidarności na emigracji i ich wpływ na działalność w Polsce 210
Podziemna działalność wydawnicza 215
Przygotowania do zmiany (1986–1989) 221
Polska w globalnej strategii wypierania 244

VI. PODWÓJNA PORAŻKA NURTÓW ROBOTNICZYCH
Pierestrojka i jej konsekwencje w Polsce 249
Demontaż przedsiębiorstw państwowych i ostatnie fale strajków 253

Przewrót polityczny: rząd Mazowieckiego i rozszerzenie liberalnych reform 258
Przyspieszenie zmian strukturalnych i przejście do kapitalizmu 273
Najnowsze wiadomości z CIA 282

VII. PODSUMOWANIE 289

POSŁOWIE: SOLIDARNOŚĆ 1980 – ŁABĘDZI ŚPIEW POLSKIEGO SOCJALIZMU LUDOWEGO Jarosław Dobrzański 295

INDEKS OSÓB 347

Ludowa historia „Solidarności” – słowo wstępne od tłumacza

Do niedawna historycy opisywali przeszłość skupiając się na wielkiej polityce, dyplomacji i wojnach. Rzadziej na gospodarce, kulturze i ideach. Tego rodzaju historia pisana była przez pryzmat wybitnych jednostek, wielkich przywódców, elit politycznych, gospodarczych i kulturalnych. Dopiero pod koniec drugiej połowy XX w. poczesne miejsce w historiografii wywalczyła sobie tzw. historia społeczna, opisująca przeszłość przez pryzmat zmian zachodzących w społeczeństwach, ze szczególnym uwzględnieniem ruchów masowych i klas pomijanych we wcześniejszych modelach historiografii. Do Polski historia społeczna trafiła z opóźnieniem. W PRL marksizm stał się szybko drętwą nowomową, tracąc wiarygodność naukową. A po 1989 r. humanistyka rzuciła się w drugą skrajność i nastał okres ortodoksji prawicowej. Niemal każdy opis społeczeństwa przez pryzmat klas społecznych, a zwłaszcza klas wyzyskiwanych, uważano za ideologię komunistyczną i eliminowano z poddanych nadzorowi nowej cenzury nauk społecznych. Jeszcze później zaczęto pisać na świecie „historie ludowe”, zawierające opisy przeszłości z punktu widzenia warstw ludowych, które sytuowano w roli podmiotu historii. W podwójnym sensie słowa – jako czynnik sprawczy dziejów i jako podmiot praw, roszczeń i interesów.

Książka prof. Bruno Drwęskiego o Solidarności jest historią ludową w obu znaczeniach. Opisuje pojawienie się Solidarności jako czynnika sprawczego dziejów i podmiotu rewindykacji i roszczeń społecznych. Następnie pokazuje przekształcenia, jakim ruch ludowy ulegał w czasie trwania stanu wojennego, które doprowadziły do ukształtowania się pod tą samą nazwą zupełnie innej rzeczywistości na przełomie lat 80/90. Albowiem doszło wtedy do przejęcia ruchu masowego, zgłaszającego radykalne postulaty o charakterze socjalistycznym, przez elitarną grupę interesów, która następnie wykorzystała autorytet i szyld tego ruchu do obrony polityki skrajnie antysocjalistycznej. Polityka ta skutkowała zmianą ustroju i restauracją kapitalizmu. Skutkiem ubocznym było rozbicie wielkoprzemysłowej klasy robotniczej i pozbawienie jej instrumentów obrony własnego interesu klasowego. Z roli podmiotu historii, którą odgrywała przez krótką chwilę, w latach 1980-81, Solidarność – nie jako sztandar, ale w wymiarze czysto ludzkim – została zdegradowana do rangi najniższej – do pozycji masy upadłościowej po realnym socjalizmie. By skutecznie odwrócić uwagę milionowej rzeszy związku zawodowego od klęski, jaka okazała się jej udziałem, stworzono legendę Solidarności, która stała się mitem założycielskim nowej władzy. Pokonana i zawstydzona swoją porażką klasa ludowa przyjęła tę symboliczną satysfakcję w charakterze odszkodowania za realne straty. Im niżej i liczniej upadali w hierarchii społecznej szeregowi członkowie Solidarności, tym wyżej i dumniej powiewał jej sztandar, symbol pogromcy „komunizmu”. Im głębsza była deklasacja mas członkowskich, tym głośniej w kraju, którego gospdarkę uwolniono od „szkodliwego wpływu” związków zawodowych, opiewano rzekomy tryumf „związkowców” . I i tym bardziej rosła rola symbolicznej gratyfikacji. Za odebrane im, zlikwidowane lub sprywatyzowane zakłady pracy; za zamknięte szkoły, do których kiedyś uczęszczały ich dzieci, a które teraz zwrócono przedwojennym właścicielom; za oddane w prywatne ręce majątki, bloki mieszkalne, szpitale, sanatoria, a nawet uzdrowiska i całe miasteczka. Zapłatą za te realne straty była gloryfikacja mitycznej Solidarności. Inną formą perwersyjnego zadośćuczynienia była kierująca się niskimi pobudkami możliwość wzięcia selektywnego odwetu na „komunistach” i tych, którym przypadła w udziale rola kozła ofiarnego wyznaczonego do społecznego napiętnowania. Wyselekcjonowane grupy osób spotkały się z całym arsenałem szykan, od pokazowych procesów i wyroków, przez pozbawienie możliwości wykonywania pracy, obniżenie emerytury, aż do odmowy należytego pochówku.

Klasy ludowe jako podmiot społeczny pojawiły się w Polsce dopiero po II wojnie światowej. Odcięte od tradycji przedwojennych ruchów lewicy społecznej, a za sprawą swojego chłopskiego pochodzenia konserwatywne światopoglądowo, widziały w nowej rzeczywistości bardziej szansę osobistego awansu społecznego niż możliwość zbiorowego konstruowania innego porządku społeczno-ekonomicznego. Z tej racji polski socjalizm po wojnie miał charakter hybrydowy, a przywódcy partyjni czuli się w obowiązku uwzględniać osobliwości polskiego rozwoju społecznego. Tym tłumaczy się tak duża obecność elementów narodowych w  dziejach państwa socjalistycznego. Niemniej jednak, Polska Ludowa odwoływała się do tej nazwy nie bez racji. Mimo wielu słabości, socjalistyczne państwo do pewnego czasu skutecznie chroniło rodzime klasy ludowe przez konkurencją ze strony międzynarodowego kapitalizmu, a awans społeczny, jaki się dokonał w ciągu czterdziestopięcioletniego istnienia PRL nie tylko nie był bagatelny, ale okazał się jednym z najważniejszych rozdziałów w historii nowożytnej Polski, bowiem nigdy wcześniej ani później nie dokonano skokowego postępu o takich rozmiarach, nie notowano takiego podniesienia poziomu życia szerokich mas społecznych i nigdy tak wiele kolejnych generacji Polaków nie zaznało tak znacznego zwiększenia swoich możliwości życiowych. Z kraju etnicznie zróżnicowanego, zaludnionego przez kształtowane w różnych organizmach państwowych elementy heterogeniczne, zamieszkałego przez ludność o ograniczonym poczuciu wspólnoty narodowej i świadomości klasowej, charakteryzującą się wysokim odsetkiem analfabetyzmu; z państwa o gospodarce pół-feudalnej, z kapitalizmem peryferyjnym typu folwarcznego, z przestarzałą strukturą społeczną, w której jeszcze w XX w. dominowało ziemiaństwo i wyalienowana elita urzędniczo-państwowa, po wojnie Polska przekształciła się w państwo nowoczesne, oferujące szeroki wachlarz usług publicznych; w państwo, które stało się promotorem awansu i postępu społecznego i stworzyło skuteczną organizację administracyjną. W państwie tym uformowało się dobrze wykształcone i spójne społeczeństwo masowe, w którym bezprecedensowe możliwości mobilności społecznej w obrębie zaledwie jednego pokolenia stały się szansą dostępną sporej części ludności.

Historia związku zawodowego Solidarność, który domagał się zwiększenia roli czynnika ludowego w rzeczywistości społecznej PRL zbiegła się z początkiem ciągu wydarzeń, które – przy uwzględnieniu istotnej roli kontekstu międzynarodowego – doprowadziły do kryzysu i upadku ludowego państwa polskiego. Historyczna Solidarność nie chciała i nie mogła obalić socjalizmu. A jednak stała się nieświadomym narzędziem w skomplikowanych zabiegach o jego likwidację. Wcześniej jednak sama musiała zostać przekształcona w ruch o zupełnie innym charakterze. Grzebiąc socjalizm, Solidarność ostatecznie przekreśliła możliwość realizacji słynnych postulatów komitetu strajkowego z lata 1980 r. O tym, w jaki sposób to się stało opowiada książka Bruno Drwęskiego.

Zagrabiona historia Solidarności

 

Anna Leszkowska

 

Fundacja Oratio Recta, mająca wielkie zasługi w przywracaniu do powszechnej pamięci przeinaczonych, bądź przemilczanych przez ostatnie 30 lat faktów historycznych, wydała znakomitą książkę Brunona Drwęskiego – Zagrabiona historia Solidarności w tłumaczeniu i z posłowiem oraz komentarzami Jarosława Dobrzańskiego. Książkę, która winna się znaleźć w bibliotece każdego, kogo interesują sprawy publiczne i nieobcy jest mu kształt państwa, w jakim żyje.
„Książka profesora Drwęskiego jest ważnym uzupełnieniem tego pisarstwa, które można dziś określić jako swoistą literaturę drugiego obiegu, próbującą się przeciwstawić propagandowej urawniłowce wydawnictw głównego nurtu i nakazom państwowej polityki historycznej – pisze Jarosław Dobrzański. – Wnosi nowe spojrzenie na zjawisko, które uważane jest powszechnie za jedno z najważniejszych wydarzeń w najnowszych dziejach ojczyzny. Przesądziło o obecnym kształcie Polski i zdeterminowało jej los historyczny na wiele następnych lat”.

Bruno Drwęski, urodzony w Montrealu politolog, historyk i publicysta, specjalizuje się w najnowszej historii Polski, dziejach europejskiego ruchu robotniczego i problemach postaw politycznych. Książka, jaką polski czytelnik dostaje właśnie do ręki jest nie tylko wynikiem badań naukowych nad zjawiskiem jakim była Solidarność, ale wypływa z głębszego jego zrozumienia, wynikającego z faktu zamieszkiwania autora w Polsce, jako że jest on absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Sorbony.

Bruno Drwęski nie ogranicza się więc tylko do warstwy faktograficznej związanej z Solidarnością w latach 80., ale sięga głębiej, do historii przed- i powojennej Polski oraz problemów gospodarczych i społecznych, z jakimi władza powojenna musiała się zmierzyć. Pokazuje obraz klas społecznych – skromną liczebnie „starą” klasę robotniczą przetrzebioną przez wojnę, konieczność odbudowywania przemysłu przy pomocy chłopstwa, które dopiero w 1944 roku zostało uwolnione od feudalizmu, a wręcz niewolnictwa (co miało wpływ na świadomość „nowej” klasy robotniczej), rodzącą się nową klasę mieszczaństwa i inteligencji, wybitej przez okupanta i własne, przedwojenne „elity” odpowiedzialne za powstanie warszawskie.

Na tym tle – ujmującym także sytuację międzynarodową – buduje obraz jeszcze bardziej szczegółowy i mocniejszy, pokazujący w odbudowującej się Polsce kolejne konflikty społeczne wynikające z przyspieszonej transformacji: ustrojowej, gospodarczej i społecznej. A w ich wyniku kryzysy: roku 1956 (przyjmowanego za czas „narodzin” polskiej dysydencji), 1968, 1970 i 1980 (zakończonego stanem wojennym w 1981 roku).

Analizując ten czas, autor wskazuje na głębokie sprzeczności społeczne, jakich władza nie potrafiła rozwiązać w ramach ustroju socjalistycznego, a które stały się źródłem powstania NSZZ Solidarność. To uruchomiło całą lawinę: upadek ustroju poprzez wywołanie pierwszej „kolorowej rewolucji”, ale i upadek samej Solidarności i jej ideałów, w imię których strajkowały miliony robotników.
Pokazując dokumenty, jakie obecnie straciły klauzulę tajności, Bruno Drwęski burzy dzisiejszą narrację beneficjentów tego ruchu społecznego, który wyniósł do władzy dzieci ówczesnych wysokich urzędników partyjnych i państwowych a miliony robotników pozbawił miejsc pracy, całe społeczeństwo zaś wydziedziczył z majątku, jaki ono po wojnie stworzyło. Obnaża hipokryzję tych przywódców Solidarności, którzy mieli na sztandarach bogoojczyźniane hasła, żeby po zdobyciu władzy odebrać sobie za nie sowitą zapłatę.

Książka jest arcyciekawa nie tylko z powodu ujawnienia tego kto był/jest kim, ale i z tego powodu, że pokazuje nieznane wcześniej kulisy działań różnych – bardzo licznych – stron tej rebelii: i polskiej emigracji, i rządów USA, Francji, Wielkiej Brytanii, Mosadu, CIA, Watykanu. Także – największego beneficjenta tego autentycznie rewolucyjnego ruchu – Kościoła katolickiego, który dzięki Solidarności wyrósł na najzamożniejszą i najbardziej wpływową siłę w państwie. Są tam takie perełki, jak sposób zdobycia przez biskupa Wojtyłę kapelusza kardynalskiego czy późniejszego urzędu papieskiego.

Niemniej ciekawa jest też druga część książki – Posłowie Jarosława Dobrzańskiego, pokazującego różne na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat prace dotyczące Solidarności, różnie oceniające ten ruch. Tytułując ten rozdział: „Solidarność 1980 – łabędzi śpiew polskiego socjalizmu ludowego” udowadnia na przykładach z literatury przedmiotu jego prawdziwość. (al.)

“Sprawy Nauki”, 31.10.2020 r.

Zagrabiona historia Solidarności – został tylko mit

 

Anna Leszkowska

 

Po upływie 30 lat od dojścia do władzy przywódców Solidarności nadszedł czas na bilans. W tym celu musimy zrozumieć, czym był realny socjalizm i jak powstał ruch społeczny zrodzony z protestu w sierpniu 1980 roku.

Pod koniec wojny, wśród ruin i cmentarzysk milionów pomordowanych, nielicznym z początku i często odizolowanym komunistom udało się zorganizować Polaków do odbudowy kraju.
Pomimo niedociągnięć, Polska Ludowa przywróciła nie tylko dumę narodową, ale także żywotność kulturową i społeczną, która miała wielokrotnie się przejawiać po 1945 roku. Paradoksem tej historii było to, że po ponad 30 latach realnego socjalizmu system ten wytworzył opozycyjny związek zawodowy.

Narodziny Solidarności były chaotyczne, jednak były nie przyczyną, ale konsekwencją kryzysu spowodowanego niedocenianiem potrzeb tworzonych przez socjalizm. Nieświadomość wielu socjalistycznych przywódców co do rezultatów wychwalanych przez nich zasad doprowadziła do coraz większych nieporozumień, potem niezadowolenia, a w końcu buntu. Eskalacja ta stworzyła ogromną szansę dla Stanów Zjednoczonych i sił kapitału, które dążyły do zmiany relacji kapitał- -praca istniejących na świecie od 1945 roku. Wykorzystały do tego luki systemu, bo komuniści, choć otrzymali liczne ostrzeżenia: NRD 1953, Polska i Węgry 1956, Czechosłowacja 1968 itd., nie wyciągnęli wniosków z efektów ogromnego postępu kulturalnego, nie docenili też celów przeciwnika, za to przeceniali spójność i siły obozu socjalistycznego.

Mimo że wiele kadr PZPR skorzystało z możliwości kształcenia i awansu społecznego, jakie otworzył nowy ustrój, często zachowały przedsocjalistyczną mentalność, indywidualistyczną kulturę drobnego przedsiębiorcy i fascynację blichtrem zachodniego społeczeństwa. Walka klas nie jest drogą usłaną różami, to prawdziwa wojna. Zamiast zgodzić się na skonfrontowanie przyzwyczajeń z nową sytuacją, z jej wyzwaniami, wielu przywódców partyjnych umościło się w niej wygodnie, uznając swoją pozycję za ostateczną.

Paryska odsłona

Wspomnienia jednego z liderów francuskiego związku zawodowego CGT, Jeana-Pierre’a Page’a, z pochodzenia, przez matkę, Polaka, pomagają zrozumieć proces, który doprowadził do odejścia Solidarności od jej pierwotnej bazy pracowniczej.
CGT, Powszechna Konfederacja Pracy, powitała najpierw delegację oficjalnych polskich związków zawodowych, Centralnej Rady Związków Zawodowych, latem 1980 roku, kiedy już rozpoczęły się strajki w Stoczni im. Lenina. Dla tych związkowców, członków PZPR, sytuacja pozostawała pod kontrolą i nie było czym się martwić. Rok później, w październiku 1981 roku, to już Solidarność przybyła do francuskich związków zawodowych. Jean-Pierre Page w przedmowie do francuskiego wydania tej książki tak to opisywał:

„Otrzymałem telefon od Georges’a Séguy. Powiedział, że przywódca Solidarności Lech Wałęsa przyjeżdża do Paryża. To nie były już tylko strajki, które się zwielokrotniły, ale pojawienie się tego, co nazwano niezależnym związkiem zawodowym. Wkrótce mieliśmy odkryć, że nie był aż taki niezależny! Sekretarz generalny CGT poinformował mnie, że wszystkie francuskie konfederacje związkowe zamierzają powitać delegację Solidarności na lotnisku Orly i że moja obecność jest potrzebna. W tym dniu pojechałem po Lecha Wałęsę, Bronisława Geremka i całą delegację, aby zabrać ich z samolotu na konferencję prasową w obecności liderów ZZ CGT, CFDT, CFTC, FO, FEN. (…)

Tego dnia pojawiło się wiele otwierających oczy niespodzianek. Ujawniły one myśli Wałęsy oraz intelektualistów, którzy mu towarzyszyli, a raczej go pilnowali. Dyskusja, naznaczona wymijającymi odpowiedziami, była intensywna, ale pozostawiła uczestników w wielkim zakłopotaniu. Działaczki CGT osłupiały, kiedy Wałęsa wyjaśnił im swoją koncepcję roli kobiety: matka w rodzinie, dobra katoliczka, ograniczona do zadań domowych: dzieci, gotowania, sprzątania. Wydawało się to tym bardziej szokujące, że w zasadzie Solidarność narodziła się z powodu zwolnienia robotnicy i działaczki, Anny Walentynowicz. W rzeczywistości, jak zobaczymy później, było to nie przejęzyczenie, ale głębokie przekonanie Wałęsy. Dla wielu takie widzenie spraw było niespodziewane. Media przecież tyle trąbiły na temat nowoczesności i odnowy uosabianej przez ten związek zawodowy!

A to było akurat to, Solidarność. A co z samorządnością i z kontrolą pracowniczą w przedsiębiorstwach, jak on to widział? W tym czasie dużo debatowano na te tematy w CGT i CFDT, były nawet pewne próby z samorządnością. A dla niego i jego towarzyszy to wszystko było bardzo niejasne, był to bardziej frazes, hasło niż cokolwiek innego.
Wieczorem, na kolacji, sytuacja stała się wręcz surrealistyczna! Wobec demonstrowanej przez Wałęsę ignorancji historycznej, Henri Krasucki (1924-2003, członek Biura Politycznego Francuskiej Partii Komunistycznej, Sekretarz generalny CGT od 1982 r.), który reprezentował kierownictwo CGT, w końcu dał mu wykład na temat historii Polski. Tymczasem my rozmawialiśmy z Geremkiem, Mazowieckim, Cywińskim. Nasza wymiana zdań wkrótce przybrała charakter polityczny. Na nasze pytania dotyczące kierunków rozwoju Solidarności ich odpowiedzi były bardzo jasne. Sprawy czysto związkowe nie były głównym przedmiotem ich zainteresowania, a nawet wcale się nimi nie interesowali. Ważna była władza, a tym samym zmiana ustroju. Dla naszych rozmówców Solidarność była więc tak naprawdę koniem trojańskim i niczym więcej. Podobnie jak Bronisław Geremek inni członkowie delegacji należeli kiedyś do PZPR.
Nasza dyskusja nie toczyła się według norm dyplomatycznych, ich zamiary były jasne, tak jak środki polityczne, jakimi dysponowali. Później odkryto, że oprócz środków politycznych istniało znaczące międzynarodowe wsparcie finansowe. Co do CGT, oni uznali, że musimy wybrać: z nimi, tak jak to zrobiła CFDT, albo przeciw nim! (…)

Solidarność nie pojawiła się ot tak, nagle, na spokojnej scenie, jej narodziny umożliwiła powolna ewolucja społeczeństwa. Ukryte motywacje jej przywódców były bardziej polityczne niż związkowe. Od samego początku uzyskała bezwarunkowe międzynarodowe poparcie najbardziej antykomunistycznych związków zawodowych, które również zapewniały o swoim apolitycznym i rzekomo niezależnym, czysto związkowym charakterze. Spieszyły jej z pomocą. Nie było w tym właściwie nic nowego, bo już w roku 1956 Międzynarodowa Konfederacja Wolnych Związków Zawodowych (obecnie przekształcona w Międzynarodową Konfederację Związków Zawodowych) z pomocą AFL-CIO i CIA zebrała kwotę 850 tys. dolarów na sfinansowanie węgierskiego funduszu solidarności . Więc były precedensy…”.

Rozbieżne cele

W ciągu 10 lat, jakie upłynęły od momentu, w którym strajkujący robotnicy gdańscy zażądali rozszerzenia zdobyczy socjalnych przyniesionych przez socjalizm, przeszliśmy do ideologicznego, a następnie politycznego upadku tzw. obozu pokoju. Robotnicy polskich stoczni, kopalń czy przemysłu stalowego po okresie strajków, demonstracji, stanu wojennego, represji, działań nielegalnych ustąpili miejsca intelektualistom i ekonomistom, którzy mieli dojścia na zachodnie salony. Następnie w ciągu kilku miesięcy doszło do wstrząsu społecznego, z którego skutkami narody Europy Wschodniej do dziś się nie uporały.

W PZPR część kadr, głównie aparatu gospodarczego, skorzystała z okazji, jaką było powstanie Solidarności, aby realizować swoje pomysły, które miały na celu wcale nie obronę osiągnięć socjalizmu, czyli publicznej własności środków produkcji, lecz przeciwnie – likwidowanie ich. Z kolei doradcy Solidarności, którzy wspinali się po szczeblach drabiny społecznej często dzięki PZPR lub korzystając z jej pasów transmisyjnych, zrywali z nią wraz z rozwojem swoich kontaktów i sieci popleczników na Zachodzie, zawężaniem się możliwości rozwoju własnej kariery oraz rosnącą biernością systemu, co popchnęło ich do przechodzenia od rewizjonizmu, przez trockizującą lewicowość, następnie socjaldemokratyzm, do wizji socjalliberalnej, a na końcu czysto liberalnej.

W partii, podobnie jak w Solidarności, pojawiło się środowisko, które kierowało system ku czemuś mdłemu i kompatybilnemu z postkeynesowskim kapitalistycznym Zachodem. Inni marzyli wprost o liberalizmie związanym z ponadnarodową Europą, z NATO, pod amerykańskim przywództwem. Co stało się realistyczne od momentu, gdy Reagan przyjął kurs na nową zimną wojnę, ZSRR został wepchnięty w afgańską pułapkę zastawioną przez Zbigniewa Brzezińskiego i gdy ogłoszenie stanu wojennego w Polsce dopełniło w oczach wielu opozycjonistów delegitymizacji idei odnowy socjalizmu.

Ta ewolucja ograniczała się właściwie do warstwy intelektualistów, podczas gdy ludność była coraz bardziej zdezorientowana, z jednej strony zafascynowana pozornym bogactwem mieszkańców państw zachodnich, choć z drugiej nie życzyła sobie likwidacji zabezpieczeń społecznych, jakie przyniósł realny socjalizm. To w tym kontekście masowa Solidarność robotnicza lat 1980 i 1981 rozpadła się po ogłoszeniu stanu wojennego, zostawiając po sobie dość odizolowane podziemne grupki, czasem bardziej robotnicze, czasem bardziej inteligenckie.

Trzeba także wziąć pod uwagę Kościół, podzielony na pragmatyków powściągliwych w obliczu „dekadencji moralnej” Zachodu i radykalnych antykomunistów. Watykan wpadł w tym okresie w ręce Opus Dei i był pod wpływem zamożnego Kościoła niemieckiego. Wybrano polskiego papieża, który, chociaż cechował się wrażliwością społeczną, był silnie antykomunistyczny – stąd jego zbliżenie z Reaganem. Sytuacja międzynarodowa popychała z kolei kapitał do zdobywania nowych rynków, bo od połowy lat 70. był on w kryzysie, zagrożony zmniejszaniem się stopy zysku.
Grupy interesu, które kapitaliści finansowali, odgrywały istotną rolę w Polsce i poza nią. Nie można też pominąć wpływu polskiej emigracji, od dawna zdominowanej przez zwolenników Polski tradycjonalistycznej, która po 1945 roku prawie zniknęła, ale na Zachodzie wciąż cieszyła się poparciem najbardziej reakcyjnych kręgów.

Zachodnie lobbies i fundacje interesowały się wszystkim: uniwersytetami, mediami, środowiskami ekonomistów, polskimi stypendystami na Zachodzie, a także związkami zawodowymi. Odrzucano często racjonalne i obiektywne podejście. Używano do propagandy też prawie wszystkiego, od najbardziej etnocentrycznego i emocjonalnego nacjonalizmu po różne odcienie konserwatyzmu i powierzchownego goszyzmu, izolując, marginalizując i bojkotując tych, którzy temu prądowi stawiali opór, tym bardziej że stan wojenny przyczynił się do delegitymizacji systemu i polaryzacji zachowań.

Pożegnanie ideałów

Mało która w historii siła twierdząca, że opiera się na ruchu związkowym, a nawet na samorządności pracowniczej, otrzymywałaby aż takie wsparcie środowisk konserwatywnych. Sprawiedliwość społeczna, prawo udziału pracowników w zarządzaniu przedsiębiorstwem, niezależność związkowa – wszystko to zostało wykorzystane i zapomniane, jak tylko zaczęto dochodzić do władzy. Elity wolały marzyć o swobodzie podróżowania, nowoczesności, inwestycjach zagranicznych, swobodzie przedsiębiorczości, otwartych rynkach, dobrobycie, efektywności, kompetencji, Europie, nie precyzując jednak, co to oznacza.

Niezależnie od tego, czy tym, którzy wówczas byli chronieni przed konkretnymi skutkami walki klas, podobało się to, czy nie, imperializm nie zniknął i dążył do zmiany układu sił powstałego po II wojnie światowej. Wykorzystywał zaś zbiurokratyzowanie coraz bardziej tracącego oddech realnego socjalizmu, karierowiczostwo i dążenie do „dogonienia Ameryki”. Popieraniu Solidarności towarzyszyła ofensywa ideologiczna mająca na celu stopniowe zdyskredytowanie ideałów socjalizmu i postępu społecznego, choć w latach 80. wiele artykułów w prasie podziemnej pokazywało, że nadal dominują one w poglądach dołów opozycyjnych, w tym tych najbardziej antykomunistycznych. Nigdy przed rokiem 1989, poza wąskimi kręgami intelektualnymi, nie mówiono o promowaniu wartości neoliberalnych, co najwyżej używano terminu „rynek”, ostrożnie unikając słowa „kapitalizm”.

Rola CIA

Nie można pisać o historii Solidarności, nie wspominając o roli AFL-CIO, Amerykańskiej Federacji Pracy-Kongresu Przemysłowych Związków Zawodowych, której aparat był od początku zimnej wojny ściśle związany z establishmentem waszyngtońskim. Przewodniczący AFL-CIO, Lane Kirkland, był skrajnym antykomunistą, który wycofał się z krajowych obowiązków i poświęcił departamentowi międzynarodowemu federacji oraz realizowaniu ekspansjonistycznych strategii USA.

Środki finansowe amerykańskiego związku zostały uruchomione już w 1980 roku za pośrednictwem Polish Workers Aid Fund. Kirkland uznał, że „kwestia polska nie jest wewnętrznym polskim problemem”. Wykorzystywał swoje kontakty z CIA i wielkim biznesem w ścisłej współpracy z Irvingiem Brownem, który kierował biurem AFL-CIO w Europie. David Dubinsky, członek Rady Wykonawczej AFL-CIO, powiedział, że jego związek powinien zostać nazwany AFL-CIA. Irving Brown zresztą odegrał po wojnie ważną rolę w antykomunistycznym rozłamie ZZ CGT we Francji, który doprowadził do powstania ZZ CGT-FO (FO, czyli Force Ouvrière, Siła Robotnicza). Już w tym czasie dowożenie walizek dolarów miało osłabić CGT i CGIL, Włoską Powszechną Konfederację Pracy, podczas gdy DGB, Federacja Niemieckich Związków Zawodowych, utworzona pod egidą amerykańskich władz okupacyjnych, wspierała AFL-CIO.
Irving Brown wiele lat później przyznał, że jako agent CIA, w dużej mierze finansowany przez CIA, firmy i administrację amerykańską, przyczyniał się do powstawania frakcji związków zawodowych. Wraz z Jayem Lovestone’em odegrał kluczową rolę w powstaniu rozłamowej organizacji antykomunistycznych związków zawodowych, doprowadzając w 1949 roku do oderwania się od Światowej Federacji Związków Zawodowych (WFTU) tzw. Międzynarodowej Konfederacji Wolnych Związków Zawodowych (ICFTU), która stała się zalążkiem utworzonej w 2006 roku Międzynarodowej Konfederacji Związków Zawodowych (ITUC).

Nic dziwnego, że po antykomunistycznych manewrach w Europie Zachodniej ci bardzo szczególni związkowcy zaczęli się troszczyć o Europę Wschodnią. George Cabot Lodge, milioner, pracownik naukowy i ambasador USA, zauważył: „Dzisiejszy mało znany związkowiec może być jutrzejszym premierem lub prezydentem”.
AFL-CIO skorzystała również z poparcia National Endowment for Democracy , utworzonej przez Ronalda Reagana w 1983 roku, aby jego zdaniem, „zrobić to, czego CIA nie mogła zrobić”. George Meany, poprzednik Kirklanda, już wcześniej założył American Institute for Free Labor Development (AIFLD), dysponujący środkami finansowymi przeznaczonymi na penetrację ruchów związkowych.

W połowie lat 70. wiele osób z różnych krajów Europy Wschodniej skorzystało ze szkoleń Departamentu Pracy USA. Wszystkie te programy zostały zainicjowane już w latach 50. przez nazistowskiego generała Reinharda Gehlena, który stanął na czele zachodnioniemieckiej służby szpiegowskiej i miał otrzymywać na takie działania około 6 mln dolarów rocznie.

Ważny był udział AFL-CIO i prozachodniego reformistycznego międzynarodowego ruchu związkowego w przejęciu Solidarności, a także pomoc CFDT, Francuskiej Demokratycznej Konfederacji Pracy. Wiemy dziś, o jak istotne sumy chodziło, nawet jeśli wiele pozostaje jeszcze do odkrycia. Ostatecznie zarówno w Polsce, jak i na świecie Solidarność była jednym z instrumentów osłabienia walki o prawa pracujących, wzmocnienia polityki antyspołecznej oraz quasi-religijnej promocji NATO, UE i zachodniej polityki interwencji wojskowej, ze szkodą dla suwerenności narodów.

Bilans „zwycięstwa”

Ile milionów Polaków musiało wyemigrować, jaki drenaż mózgów nastąpił od czasu zwycięstwa liderów Solidarności? I co się stało z milionami jej członków z roku 1980? Te kwestie pozostają do omówienia. Przy sporządzaniu bilansu ery Solidarności trzeba będzie je uwzględnić. W naszej książce staramy się prześledzić, co sprawiło, że Polska wbrew woli weszła w świat, na który nie była przygotowana, co pokazują, jeśli dobrze je przeanalizować, wybory z czerwca 1989 roku, podważające legendę Solidarności.

Rozbicie obozu Solidarności po 1989 roku, nawet jeśli opierało się na rywalizacji jednostek i celowo niejasnych zasadach politycznych, nie mogłoby nastąpić, gdyby sytuacja była dobra i zostałby zagwarantowany postęp społeczny. Ale prawdą jest też, że obóz związkowy z przeciwnej strony, czyli OPZZ, był w trudnej sytuacji, sabotowany od wewnątrz przez liberalną ekipę PZPR, która przejęła ster w końcu lat 80. Mimo, że były organizacjami kilkumilionowymi – Solidarność w roku 1980 i OPZZ w 1989 – oba związki po 1989 roku jednocześnie stopniały jak śnieg na słońcu. Dziś to jedynie skromny aparat, najczęściej uzupełniony siecią działaczy w kilku zakładach pracy.
To samo zjawisko można zresztą zaobserwować w większości krajów, gdzie wyrzeczenie się walki klasowej przez przywódców związkowych doprowadziło do utraty ich legitymacji i reprezentatywności, nawet jeśli WFTU, mającej komunistyczne korzenie, udało się odbudować część swojej siły, skoro obecnie liczy 100 mln członków w 135 krajach – wobec reformatorskiej ITUC, która przez pewien czas marzyła o byciu jedynym związkiem zawodowym na świecie. Siłą ITUC i ETUC, Europejskiej Konfederacji Związków Zawodowych, pozostaje ich zdolność do finansowania liderów związkowych na całym świecie, dzięki środkom, które otrzymują od lobbystów, fundacji, instytucji publicznych i prywatnych, na szczeblu krajowym, europejskim i światowym.
Bruno Drwęski

Powyższy tekst jest przedmową autora do wydania polskiego. O książce pisaliśmy w SN 11/20 – Zagrabiona historia Solidarności

Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.

sprawynauki.edu.pl, 26.11.2020 r.

 

Wyblakła legenda związku „Solidarność”

 

Piotr Wasilewski

 

Ubiegłoroczne rocznice czterdziestolecia powstania i rejestracji związku zawodowego „Solidarność”, fundamentu przemian ustrojowych w naszym kraju sprzed trzech dekad i zarazem istotnego czynnika upadku socjalizmu w krajach obozu sowieckiego, nie uzyskały takiego rozgłosu, na jakie zasługiwały. Stało się tak nie tylko z powodu szalejącej pandemii i pogłębianych od lat podziałów społecznych wywołanych przez polityków. Winni są również sami przywódcy związku i ich doradcy, którzy wraz z nastaniem ustroju wolnorynkowego w wyniku  kapitalistycznej transformacji zasilili elity władzy i zapomnieli – a raczej porzucili – 21 robotniczych postulatów leżących u podstaw jego powstania, w jakich nie było nic o wartościach neoliberalnych i kapitalizmie. Wielka energia społeczna „Solidarności” uszła w powietrze. Powstały nowe elity władzy, które przejmowały najgorsze tradycje PZPR-u, i ruszył proces alienowania się od społeczeństwa, które zaczęło tracić kontrolę nad władzą, stwierdzał  gorzko w 2005 roku Kazimierz Kutz, wybitny reżyser i senator RP, w jednym ze swoich śląskich felietonów.

A jaki dzisiaj jest związek „Solidarność”? Ideologicznie pusty i jałowy jak PZPR za czasów Rakowskiego i podobnie jak wiele innych związków współcześnie pełni funkcję pasa transmisyjnego interesów właścicieli środków produkcji, zamiast być świadomym rzecznikiem proletariatu  i prekariatu. To opinie prof. Bruno Drwęskiego, kanadyjsko-francuskiego historyka i politologa, autora wydanej w 2019 we Francji a rok później w Polsce książki Zagrabiona historia Solidarności. Został tylko mit. Wyjątkowa to pozycja ze względu na opis najnowszej historii Polski i udziału w niej największego ruchu społecznego, opis krytyczny wobec lansowanej wersji dziejów, w której fakty są zastępowane niejednokrotnie mitologią i legendami, podawanymi za oczywistość i jedyną prawdę.

Pragnęlibyśmy – pisze Drwęski – w rzeczy samej dokonać dekonstrukcji i demistyfikacji legendy ruchu, który na początku deklarował się jako samorządowy, a więc obiektywnie socjalistyczny, ale w rzeczywistości doprowadził do powstania neoliberalnego społeczeństwa kapitalistycznego, zatomizowanego, spolaryzowanego, odpolitycznionego i odwiązkowionego, w którym organizacje i partie mające masową bazę społeczną nie istnieją i w którym nawet pojęcie samorządności zostało wyparte ze zbiorowej pamięci i z języka tych spadkobierców Solidarności, którzy używają jej legendy do legitymizacji swojej władzy lub do walki o władzę. Proces demitologizacji prof. Drwęski przeprowadza szczegółowo, pokazuje przekształcenia jakim „Solidarność” ulegała do przełomu lat 80. i 90. Bardzo dużo miejsca poświęca pomocy jakiej udzielał jej Zachód, w wielorakiej postaci i z różnych źródeł, także m.in. z central wywiadowczych i innych agend rządowych. Finansowanie działalności podziemnego związku zawodowego oraz struktur ówczesnej opozycji – po latach trudne do weryfikacji – wzbudza do tej pory kontrowersje,  wzmocnione podziałami powstałymi po 1989 roku. Ogromne pieniądze i inne walory napływające w tamtym czasie zdaniem badacza miały określone wskazania politycznie i ideologiczne.

Opracowanie Drwęskiego świetnie uzupełnia wydaną kilkanaście lat wcześniej książkę amerykańskiego socjologa i politologa Davida Osta Klęska Solidarności. Gniew i polityka w postkomunistycznej Europie (2007), najbardziej znaną w świecie publikację o tym ruchu. Opisał w niej jak doszło do tego, że jego przywódcy zdradzili swych robotniczych sojuszników, przyjmując bezkrytycznie lansowane przez międzynarodowe instytucje finansowe neoliberalne rozwiązania, w tym program „terapii szokowej”, wskutek czego robotnicy najbardziej stracili na transformacji. Ost proroczo też przewidywał, już w 2005 roku, że gospodarka kapitalistyczna, taka jaka nastała w Polsce po 1989 roku, systemowo plasuje robotników na dole drabiny społecznej i produkuje nędzę, przez to partia, która ich pozyska, wygra wybory.

Warto sięgnąć po oba wspomniane tytuły oraz przy okazji po kilka innych poświęconych kosztom, jakie poniosło polskie społeczeństwo w procesie reform. Wydanie tych książek starano się zbyć milczeniem, gdyż nie pasowały do głównego nurtu publicystyki apologetów zmian; pozostają  jednak ważnym dokumentem. Do nich należą prace uznanych profesorów: Tadeusza Kowalika www.polskatransformacja.pl (2009), Jacka Tittenbruna Z deszczu pod rynnę. Meandry polskiej prywatyzacji (2007), Witolda Kieżuna Patologia transformacji (2012), a także przejmujące studium-reportaż Elizabeth Dunn Prywatyzując Polskę. O bobofrutach, wielkim biznesie i restrukturyzacji.

miesięcznik “Informator Biblioteki Kraków”,  luty nr 2/2021

 

Zagrabiona historia Solidarności?

 

Uwagi na marginesie książki Bruno Drwęskiego.

 

Edward Karolczuk

 

W 2020 roku w ramach „Biblioteki Przeglądu” ukazała się potrzebna i wartościowa książka Bruno Drwęskiego Zagrabiona historia Solidarności. Został tylko mit. Czytelnicy otrzymali ją do swoich rąk w 40 lat po powstaniu „pierwszej” Solidarności. W swoich rozważaniach Drwęski prezentuje odmienną od dominującej postawą ideologiczną. Urodził się w Montrealu i to sprawiło, że nie był bezpośrednio uwikłany w nasze wewnętrzne układy i rozgrywki. Spogląda więc na nasze wewnętrzne problemy korzystając nie tylko z literatury krajowej, ale i zagranicznej. Ma to swoje zarówno pozytywne strony, jak i pewne niedogodności. Autor opowiada się za tezą, że o klęsce realnego socjalizmu zdecydowały interesy uprzywilejowanej warstwy zarządzającej i ideologiczny rozkład PZPR. Wyraźnie sympatyzuje z „pierwszą” Solidarnością powstałą w wyniku strajków sierpniowych, nie widząc w jej programie antysocjalistycznych celów.
Podstawowa teza przewijająca się przez wszystkie stronice książki sprowadza się do tego, że siły polityczne, które doszły do władzy w 1989 roku stworzyły mit założycielski powstającego w Polsce kapitalizmu, oparty na „sfabrykowanej legendzie o tym, czym była Solidarność w 1980 roku, podczas, gdy cały program założycielski związku został zlikwidowany i zapomniany. Legenda została sfabrykowana w celu usprawiedliwienia słynnej »terapii szokowej« narzuconej dość nieoczekiwanie, choć zapoczątkowanej jeszcze w latach 1987-1988”.
Drwęski jest zwolennikiem mocno udokumentowanej i zgodnej z prawdą tezy, że warunki do przemian po 1989 roku zostały przygotowane przez ekipę Jaruzelskiego przez całe lata osiemdziesiąte. Pisze on, że „Zmiana ustroju politycznego, gospodarczego i społecznego, oficjalnie wprowadzona w 1989 roku, faktycznie rozpoczęła się w roku 1987 wraz z uruchomieniem czegoś, co nazwano drugim etapem reformy gospodarczej, i przyśpieszyła wraz ze sformułowaniem we wrześniu 1988 roku rządu Mieczysława Rakowskiego, dziennikarza opowiadającego się od lat 60. po stronie najbardziej liberalnej frakcji PZPR”. Nastąpiła wówczas pełna legalizacja rozwoju sektora własności burżuazyjnej, kadra kierownicza uzyskała prawo do tworzenia firm prywatnych obok firm państwowych, którymi kierowali i w imieniu których mogli podpisywać korzystne dla założonych przez siebie umowy. Tak zwana nomenklatura partyjna została uprzywilejowana w prywatyzowaniu państwowych i spółdzielczych zakładów pracy, którymi kierowali i w których interesie powinni działać. Lekarze do dziś łączą prawo do pracy w prywatnej i społecznej służbie zdrowia, co jest oczywistą podstawą konfliktu interesów i legalizacji korupcji.
Drwęski jako człowiek „z zewnątrz” dostrzegł znaczenie tego, co się działo w ZSRR po dojściu do władzy Michaiła Gorbaczowa i przeczy tezie, że ze strony ZSRR groziła wówczas jakaś interwencja w Polsce w celu obrony socjalizmu i zahamowania kapitalistycznych przemian. Drwęski stwierdza jednoznacznie, że „rozpoczęta w ZSRR pierestrojka Gorbaczowa popychała w tym samym kierunku liderów PZPR”.
Druga strona ówczesnego sporu ideowo-politycznego również nie próżnowała w wypieraniu ze świadomości społecznej programu „pierwszej” Solidarności. „Trzeba było przez całe lata 80. budować na fundamencie odkurzonych mitów nowy zbiór wyobrażeń, by Polacy mogli do pewnego stopnia uznać go za własny na początku lat 90. Stanowił on połączenie wysiłków poczynionych w kilku kręgach intelektualnych Solidarności podziemnej, środowiskach emigracyjnych z okresu od II wojny światowej, a także ośrodkach propagandy mocarstw zachodnich, w oparciu o publikacje wydane za granicą oraz audycje radiowe w języku polskim takich rozgłośni, jak Radio Wolna Europa, Głos Ameryki, BBC, Radio France International, Deutsche Welle itp.”.
Sprzeczność w ocenie „pierwszej” Solidarności
Drwęski dostrzega trudności, jakie istnieją w niektórych środowiskach w ocenie „pierwszej” Solidarności. Jedni widzą w jej powstaniu pierwszą „kolorową rewolucję” w Europie, manipulowaną i zdalnie sterowaną przez imperializm. Drudzy natomiast widzą w „pierwszej” Solidarności symbol spontanicznego, czystego ruchu ludowego, który odszedł od swoich zasad po wprowadzeniu stanu wojennego.
Nietrudno zauważyć, że Bruno Drwęski opowiada się raczej za drugim poglądem. Odrzuca on tezę, że „pierwsza” Solidarność od początku była ruchem maskującym swój antykomunizm. W poglądzie jego można dostrzec pewne echa syndykalizmu. I tu leży przysłowiowa kość niezgody.
Inaczej sprawa miała się z podziemną i „drugą” Solidarnością, legalizowaną ponownie w 1988 roku. „Druga” Solidarność, pod względem programowym to już całkiem inny związek. Zdaniem Drwęskiego za tą tezą przemawia to, że do 1989 roku nikt nie mówił o zamiarze wprowadzenia kapitalizmu w Polsce. Nawet Leszek Balcerowicz stwierdził, że przemianę własnościową w ramach terapii szokowej przeprowadzano bardzo szybko, aby społeczeństwo „nie miało czasu na reakcję, dopóki nie stanie się ona nieodwracalna”.
Według niego „pierwsza” Solidarność była „ruchem”, który „od początku deklarował się jako samorządny, a więc obiektywnie socjalistyczny”. Oprócz roszczeń politycznych strajkujący wysunęli, jego zdaniem, „kilka żądań ekonomicznych i społecznych, które teraz popadły w zapomnienie, ponieważ pozostają w jaskrawej sprzeczności z regułami społeczeństwa kapitalistycznego, w szczególności dotyczącymi emerytur, zasiłków rodzinnych, urlopu macierzyńskiego, regulowania godzin pracy i poprawy kondycji bezpłatnej opieki zdrowotnej”.
Bruno Drwęski nie dostrzega, że antysocjalistyczny charakter żądań „pierwszej” Solidarności wyrażał się właśnie w tych żądaniach „ekonomicznych i socjalnych”, gdyż w ówczesnej sytuacji gospodarczej podważały one ekonomiczne podstawy ówczesnego ustroju politycznego. Przypomnijmy tylko kilka, zorganizowano tysiące strajków, w wielu zakładach kilkakrotnie, że za strajki miano płacić jak za urlopy, emerytury miały być od 50 lat dla kobiet i 55 dla mężczyzn. Stoczniowcy nie należeli do mało zarabiającej grupy zawodowej, a zażądali podwyżek płac, które stały się wzorem dla następnych grup zawodowych, co musiało wywołać szybką inflację i braki na rynku podstawowych artykułów konsumpcyjnych.
Natomiast „drugi” NSZZ Solidarność, ukształtowany w wyniku wprowadzenia stanu wojennego, „doprowadził do powstania neoliberalnego społeczeństwa kapitalistycznego, zatomizowanego, spolaryzowanego, odpolitycznionego i odzwiązkowionego, w którym organizacje i partie mające masową bazę społeczną nie istnieją i w którym nawet pojęcie samorządności zostało wyparte ze zbiorowej pamięci i z języka tych spadkobierców Solidarności, którzy używają jej legendy do legitymacji swojej władzy lub do walki o władzę. Sam związek Solidarność, który stał się jedynie cieniem tego, czym mógł być 40 lat temu, i przeistoczył się w pas transmisyjny narodowo-katolickiej prawicy, często zwanej na zachodzie populistyczną, przestał już odwoływać się wprost do swojego programu założycielskiego przyjętego na pierwszym kongresie we wrześniu 1981 roku”.
Ocena strajków lipcowo-sierpniowych
Ocena charakteru protestów sierpniowych jest skomplikowana, jeśli się będzie uwzględniało oddzielnie poszczególne kryteria i ich wyniki cząstkowe. Tymczasem zdaniem Drwęckiego nawet obecność kultu katolickiego wśród strajkujących i przeciwieństwo władzy państwowej sprawia, że „strajków z sierpnia 1980 roku nie można uznać za antysocjalistyczne, jeśli ograniczyć się do analizy głównych postulatów bazy związkowej”. Drwęski nie docenia w tym przypadku tego, że Kościół katolicki w Polsce nigdy nie był zwolennikiem socjalistycznych stosunków społeczno-ekonomicznych. Hierarchia Kościoła katolickiego potrafiła zaadoptować się do ówczesnych układów i czerpać korzyści ekonomiczne i polityczne, zawsze jednak przedstawiając się jako prześladowana i represjonowana.
Drwęcki za dobrą monetę wziął formalne zapewnienia strajkujących, ich przywódców i doradców, że chciano zwiększyć „samodzielność poszczególnych przedsiębiorstw”, że chcieli „rzeczywistego uspołecznienia zarządzania i gospodarowania”, a nawet to, że wysunięto koncepcję tak zwanego strajku czynnego, polegającego na przejmowaniu kontroli nad produkcją przez komitety strajkowe. Niestety, to, że wielu członków PZPR „wywodzących się z różnych warstw społecznych, przynajmniej na początku dostrzegało w nowym związku i w jego żądaniach samorządności autentyczną możliwość realizacji celów socjalizmu”, nie ma nic do rzeczy. Już klasycy marksizmu twierdzili, że nigdy w ocenie jakiejś epoki czy ruchu politycznego, nie można kierować się tym, co poszczególne epoki, osoby czy partie polityczne same mówią o sobie. Nawet jeśli Drwęski zgadza się z poglądem księdza Józefa Tischnera, że „wszystkie fundamentalne wartości etosu solidarności są częścią wartości socjalizmu”, to nie zmienia to charakteru powstałej w wyniku strajków „pierwszej” Solidarności. Skąd się zatem wziął antykomunistyczny, neoliberalny program w „pierwszej”, a szczególnie w „drugiej” Solidarności?
Bruno Drwęski znalazł proste wytłumaczenie dostrzeżonych trudności i sprzeczności w ocenie charaktery „pierwszej” Solidarności. „Można postawić hipotezę, że im niżej, ku bazie społecznej ruchu, się schodzi, tym bardziej autentyczne [czyli robotnicze, socjalistyczne – E.K.] są te żądania. I na odwrót, im bliżej szczytu, intelektualistów, tym bardziej maskują one dwójmyślenie, podwójny język. Z drugiej strony trzeba stwierdzić, że polskie społeczeństwo w tamtym czasie nie wykazywało żadnego zainteresowania wprowadzaniem systemu kapitalistycznego, pomimo oczywistej fascynacji dobrami konsumpcyjnymi, które był on w stanie wyprodukować”. I po raz kolejny okazuje się, że masy są dobre, to ci na górze są podstępni, fałszywi i źli. Ale jak tę sprzeczność przezwyciężyć? – Nie da się…
Odwrotny jest w przypadku aparatu partyjnego i partyjnej nomenklatury oraz Jaruzelskiego. Uprzywilejowana warstwa zarządzająca przyczyniła się do obalenia „realnego socjalizmu”, a Jaruzelski wprowadzając stan wojenny był jego zdecydowanym obrońcą i zwolennikiem pokoju. Albowiem „Podkreślał jednocześnie zaangażowanie w odnowę socjalizmu, co wydawało się wiarygodne w świetle podtrzymania decyzji o reformie gospodarczej, która miała wejść w życie z dniem 1 stycznia 1982 roku”.
Na razie wstępnie ograniczymy się do stwierdzenia, że masy mają takich przywódców, na jakich zasługują. Pozornie pokrętne rozważania filozoficzne przywódców wyrażają cele polityczne, tylko w bardzo abstrakcyjnych kategoriach, które dla poszczególnych jednostek nie zawsze są zrozumiałe. Czy może jednak być tak, że milionowe masy pracujące są za socjalizmem, a garstka doradców na ich oczach knuje przeciwko socjalizmowi bez poparcia znacznych sił społeczno-politycznych? Albo, że uprzywilejowana warstwa zarządzająca prze ku kapitalizmowi, tylko dla zmyłki nazywanemu gospodarką rynkową, a Jaruzelski chce ją zatrzymać poprzez stan wojenny? Drwęski nie dopuszcza myśli, że stan wojenny był wprowadzony po to, by bronić interesów uprzywilejowanej warstwy zarządzającej, dla której interesów rozwijająca się anarchia stała się niebezpieczna i musiał przygotować warunki pod kolejny etap w restauracji kapitalizmu. Przecież budowa socjalizmu (komunizmu) została nie tylko w Polsce praktycznie poniechana w 1956 roku, i przyznają to nawet najbardziej zażarci antykomuniści. Należy porzucić złudzenia, że za czasów Gierka rozwijano i umacniano w Polsce socjalizm. A stan wojenny w myśl jego twórców skierowany był przeciwko PZPR, gdyż musiano ją sparaliżować, aby przygotowanie warunków do jawnej kapitalistycznej transformacji było możliwe. Ostatnie miesiące panowania Jaruzelskiego, to przecież jawny szantaż na Plenum KC PZPR, że albo będzie tak, jak on chce, albo on rezygnuje z funkcji, razem ze swoimi zwolennikami.
Otóż postarajmy się przejść przez wszystkie sprzeczności w analizie Bruno Drwęskiego.
Na jakim etapie rozwoju socjalistycznych przeobrażeń była Polska pod koniec lat 80-tych?
Wbrew temu co zadekretowała ekipa Gierka, Polska nie była na etapie realizacji zadań rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego, ale na etapie realizacji zadań okresu przejściowego od kapitalizmu do socjalizmu. Polska była więc w okresie przejściowym od kapitalizmu do socjalizmu, a nie w żadnym socjalizmie, rozwiniętym socjalizmie, wysoko rozwiniętym społeczeństwie socjalistycznym, czy tak jak przedstawiają to obecnie historycy na usługach Instytutu Pamięci Narodowej (IPN) – w komunizmie. Co jest istotą okresu przejściowego od kapitalizmu do socjalizmu? Istotą tego okresu jest to, że współistnieją obok siebie i walczą ze sobą stosunki burżuazyjne i komunistyczne. W sensie politycznym jest to problem „kto – kogo?”, czyli: zwycięży tendencja burżuazyjna czy komunistyczna. Powszechnie używany socjalizm nie jest żadnym odrębnym ustrojem społeczno-ekonomicznym, lecz okresem walki pomiędzy stosunkami burżuazyjnymi i komunistycznymi we wszystkich sferach życia społecznego. Ma to swoje konsekwencje teoretyczne i praktyczne. Sprzeczności te przebiegają bowiem we wszystkich sferach życia społecznego i w świadomości i działaniach każdego człowieka. W odniesieniu do poszczególnych osób wszystko zależy od tego, na ile potrafią one sposób świadomy hamować określone tendencje lub im bezwolnie ulegać.
Tak więc neoliberalne i burżuazyjne tendencje nie pojawiły się w uprzywilejowanej warstwie zarządzającej czy Solidarności po 1985 roku, lecz tkwiły w niej od początku, tylko w specyficznej sytuacji mogły się bardziej uzewnętrznić i zwyciężyć. Ale sprzeczność między społecznym charakterem procesu produkcji, a prywatnym przyswajaniem jej efektów tkwi w obecnym kapitalizmie, tkwiła też w innej formie w „realnym socjalizmie”.
Sprzeczności w łonie PZPR, na które Drwęski słusznie wskazuje jako na jedną z przyczyn upadku „realnego socjalizmu”, miały swoje źródła w istniejących burżuazyjnych stosunkach społeczno-ekonomicznych i wymusiły w konsekwencji rozwiązania, które zaostrzyły sprzeczności społeczne w „realnym socjalizmie” na tyle, że został on obalony rękoma klasy robotniczej.
Drwęski nie zajmuje się analizą rzeczywistych stosunków społeczno-ekonomicznych w Polsce, ani ich odniesieniem do etapu rozwoju socjalizmu i komunizmu. Dlatego ciągle napotyka sprzeczności, na które znajduje wyjaśnienia logiczne, ale one mają się nijak do rzeczywistości. Może to też wynikać z jego „zewnętrznego”, czysto logicznego oglądu problemów.
Rok 1980 i walka o władzę w łonie PZPR
W Polsce budowa socjalizmu (komunizmu) została praktycznie zaniechana po roku 1956, chociaż elementów załamania się tej polityki można doszukiwać się już wcześniej. Sytuacja taka owocowała zaostrzeniem się sprzeczności społecznych i gospodarczych, co dawało o sobie znać w 1956, 1968, 1970, 1976 i najsilniej w 1980 roku. W międzyczasie unikano ideologicznej oceny istniejących stosunków społeczno-ekonomicznych i politycznych, co więcej – niejednokrotnie stosunki burżuazyjne nazywano „socjalistycznymi”, czym wywoływano zamęt i oburzenie społeczne mas pracujących. Partia nie rozumiała różnicy pomiędzy rzeczywistym i formalnym uspołecznieniem środków produkcji, tym bardziej nie rozumieli jej strajkujący. Ale ta nieświadomość sprawiła, że zamiast kierować oburzenie mas przeciwko kapitalizmowi – kierowano je przeciwko „socjalizmowi”.
Do walki ze zjawiskami kryzysogennymi, zupełnie nie rozumiejąc ich społeczno-ekonomicznej genezy, postulaty zgłaszały wszystkie frakcje w PZPR. Ponieważ zbliżający się kryzys był widoczny przed rokiem 1980, najbardziej przygotowane do politycznego okiełznania spodziewanego protestu społecznego wydawały się środowiska prawicowo-oportunistyczne, a nie żadni „komuniści”, ponieważ „komunistów” usuwano systematycznie ze stanowisk w partii, państwie i gospodarce po 1956 roku. Może wydawać się dziwne, ale wszyscy przedwojenni komuniści byli inwigilowani po roku 1948. Jeśli „komuniści” polscy próbowali się zorganizować w 1981 roku, od razu spotkali się ze zmasowaną nagonką sił prawicowo-oportunistycznych, „pierwszej” (tej rzekomo dobrej) Solidarności, prasy imperialistycznego Zachodu i niektórych partii w krajach „realnego socjalizmu”.
Nie było chińskiego muru pomiędzy ekipą Gierka i walczącymi frakcjami a antysocjalistyczną opozycją
Gierek nie dostrzegł, że preferowany przez niego rozwój gospodarczy zaostrzył sprzeczności społeczne i wyzwolił siły, które otwarcie parły do restauracji kapitalizmu. Dlatego, jest prawdopodobne, że nawet gdyby pozostał na stanowisku, dalszy rozwój gospodarczy doprowadziłby jedynie do rozwoju sprzeczności na wyższym pułapie, co mogłoby zaowocować jeszcze większym wstrząsem społeczno-politycznym lub nawet wojną domową. Zapewne musiałby podejmować podobne działania do Jaruzelskiego, aby doraźnie łagodzić powstające sprzeczności, by jednak również tak, jak on skończyć w ostateczności w jawnym porozumieniu z burżuazyjną kontrrewolucją.
Formalny charakter uspołecznienia własności w wyniku nacjonalizacji w „realnym socjalizmie” i istniejące stosunki towarowo-pieniężne sprawiły, że powstały w ówczesnych warunkach ustrój miał więcej cech kapitalizmu państwowego, niż „komunizmu”. O klęsce „realnego socjalizmu” nie przesądziło więc powstanie ani „pierwszej”, ani „drugiej” Solidarności, czy imperialistyczny spisek Papieża z Reganem i dywersja, czy błędy kierownictwa partii i jej I sekretarza, lecz nierozpoznane sprzeczności w ramach własności społecznej, konflikty interesów, prywatyzowanie własności ogólnospołecznej przez poszczególne kolektywy pracownicze i osoby zatrudnione w państwowych zakładach pracy. „Formalna własność społeczna została zniszczona przez realne procesy prywatyzacyjne w jej własnych ramach”.
W Polsce Ludowej, podobnie, jak i w innych państwach „realnego socjalizmu”, jeśli uwzględnimy realne procesy, panował w rzeczywistości ustrój bliższy kapitalizmowi państwowemu, w którym dominującą pozycję zajmowała uprzywilejowana warstwa zarządzająca wszystkimi dziedzinami życia społecznego, która w miarę upływu czasu w istocie stawała się coraz bardziej wrogą większości społeczeństwa odrębną, wyzyskującą quasi-klasą społeczną. Uprzywilejowanie tej warstwy polegało nie tylko na wyższych płacach i łatwiejszym dostępie do funduszy spożycia zbiorowego (z którego Gierek był dumny ponieważ był przekonany, że służył większości społeczeństwa), ale na zmonopolizowaniu procesu podejmowania decyzji i decydowaniu o kierunku realizowanej polityki i jej skutkach. Przywileje tej warstwy rozwijały w miarę jak zaostrzały się nierozpoznane sprzeczności w łonie „socjalistycznej” gospodarki i społeczeństwa.
Nie można warstwy tej utożsamiać z biurokracją, czyli ogółem pracowników biurowych (umysłowych), stanowi ona bowiem co najwyżej uprzywilejowaną jej górną część, świadomą swej odrębności. Warstwa ta w 1980 roku, przy ówczesnym stanie antykapitalistycznych nastrojów społecznych, nie popartych jednak głębszą wiedzą, nie mogła jeszcze otwarcie przekształcić się w zwartą klasę prywatnych właścicieli przedsiębiorstw państwowych i spółdzielczych, chociaż dominowały wśród niej już wówczas sympatie do liberalnych rozwiązań gospodarczych i burżuazyjny pragmatyzm. Ale w wyniku polityki Gierka wyobcowywała się ze społeczeństwa coraz bardziej. Opozycja polityczna w rzeczywistości była opozycją nie wobec socjalizmu i komunizmu, bo tych nie było, ale wobec kapitalizmu państwowego. Ponieważ warstwa ta swoje interesy widziała w likwidacji własności państwowej i państwowej kontroli – poparła neoliberalną wersję kapitalizmu z wielomilionowym bezrobociem ludowych mas po roku 1989. „Socjalistyczny” charakter klasy robotniczej był więc równie płytki, jak dzisiejszy katolicyzm społeczeństwa polskiego.
W czasie przesłuchań przed komisją Grabskiego zadano Gierkowi z pozoru naiwne pytanie, ale zawierało w sobie ukrytą tezę: jaki był osobisty udział Gierka w „tworzeniu nowego ruchu związku zawodowego »Solidarność«, co ma m.in. wpływ na rozbicie społecznej jedności narodu”? Gierek zarzucił, że pytanie jest „niepoważne” i zasłonił się decyzją Komitetu Centralnego w tej sprawie.
Następne pytanie było o podobnym charakterze: „Jaki jest osobisty udział Gierka w powiązaniu ze znaną opozycją antysocjalistyczną i antypaństwową?” Z odpowiedzi Gierka wynika, że nie rozumiał dlaczego zadaje mu się takie „absurdalne” pytanie.
Ale na sprawę można popatrzeć szerzej niż widziała to komisja Grabskiego. Zdzisław Rurarz (były doradca ekonomiczny Gierka, były ambasador, który 23 grudnia 1981 roku, po wprowadzeniu stanu wojennego, zwrócił się o azyl polityczny w USA) napisał: „Gierek jest winien, choć nie tylko on sam i nawet nie przede wszystkim, za kryzys w Polsce. Ale tylko dzięki jego tolerancyjności doszło do powstania KOR, prekursora Solidarności. To dzięki jego zgodzie (a były silne sprzeciwy) doszło do papieskiej wizyty w czerwcu 1979 r., której finałem było powstanie Solidarności. To wreszcie umowy z Gdańska-Szczecina-Jastrzębia stały się możliwe dzięki Gierkowi. To nic, że potem je podeptano. Stały się one w historii Narodu wydarzeniem bezprecedensowym”.
Ekipa Gierka nie stanowiła jedności, ale problem opozycji występował jeszcze ostrzej w odniesieniu do jego doradców. Jeśli wierzyć Rurarzowi po tym, jak już poprosił o azyl i starał się przypodobać nowym mocodawcom, to doradzał on Gierkowi cierpiącemu wewnętrznie z powodu zależności od ZSRR. Rurarz przedstawiał się wówczas jako ten doradca Gierka, który wewnętrznie był przekonany o konieczności upadku „realnego socjalizmu”. W sprawie proponowanych zmian miał napisać do Gierka 56 stronicowy raport z propozycjami reformy, którą Gierek uznał na „bardzo ciekawą”. „Propozycja moja była mieszanką modelu jugosłowiańsko-węgierskiego, ale kładła duży nacisk na prywatne rolnictwo, rzemiosło, drobny przemysł, czego w tamtych modelach nie było. Rzecz jasna, powrotu do gospodarki kapitalistycznej nawet nie 83-84 sugerowałem, bo to było zupełnie nierealne, choć już wtedy nie miałem wątpliwości, że wyjście kraju z marazmu gospodarczego możliwe było tylko tą drogą”. Wyznanie Rurarza o tym, że uważał wyjście z problemów gospodarczych w restauracji kapitalizmu w Polsce, rodzi oczywiście pytanie o sposób filtracji doradców dla I sekretarza KC PZPR i to jakie poglądy wyrażali ci, którzy nadal pozostali doradcami. Ale, jak zobaczymy, niektórzy z nich po wybuchu kryzysu w 1980 roku nawet nie musieli ukrywać politycznej istoty swoich pomysłów.
Ale jeszcze bardziej wymownym jest przykład Andrzeja Werblana, który pisał przemówienia dla Władysława Gomułki, ale również dla Edwarda Gierka, i to nie wszystkie tylko te, co ważniejsze i programowe. Uważany był za ideologa partii. Był autorem głównego hasła propagandowego epoki Gierka: „Oby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Z syberyjskiego zesłania wyciągnęła go I Armia Wojska Polskiego, z którą dotarł do kraju. W 1946 roku wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej i w 1948 roku został członkiem Rady Naczelnej. Po zjednoczeniu PPR I PPS był sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Kielcach w okresie największego nasilenia stalinizmu. Pracę w KC rozpoczął w 1954 jako asystent Bolesława Bieruta. W PZPR przeszedł wszystkie szczeble kariery od zastępcy członka KC, poprzez kierownika wydziałów propagandy i nauki, sekretarza KC i w 1980 członka Biura Politycznego. Był posłem na sejm I, III, IV, V, VI, VII, i VIII kadencji. Od 1971 do 1982 był wicemarszałkiem Sejmu. A po drodze jeszcze od 1972 do 1974 roku był redaktorem naczelnym organu teoretycznego PZPR Nowe Drogi, a w latach 1974-1981 dyrektorem Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu. Po rozstaniu się z KC udzielił poparcia dla podważających zasadę centralizmu demokratycznego rewizjonistycznych struktur poziomych w PZPR.
Otóż po latach okazało się, że Andrzej Werblan nie był tym, za kogo się podawał, lecz zupełnie innym dygnitarzem partyjnym i państwowym. Na pytanie-stwierdzenie Roberta Walenciaka, że gdy Werblana przywieziono na Syberię był wrogiem komunizmu, odpowiedział, że nim pozostał również wówczas, gdy ją opuszczał w drodze do I Armii WP. Natomiast na zarzut, że on i żołnierze byli tą grupą, która wprowadzała w Polsce „ustrój socjalistyczny”, zaprzeczył wyrażając jednocześnie zdziwienie: „My? Nikt nam tego nie mówił. Wręcz przeciwnie! Słowo socjalizm było zakazane w I Armii. Była tylko demokracja. Komuniści, ci nasi oficerowie polityczni, mieli zakaz mówić o jakimkolwiek socjalizmie. Starannie wystrzegali się tego, żeby mam powiedzieć, że niosą coś na podobieństwo Związku Radzieckiego. Gdyby powiedzieli, że mamy sowietyzować Polskę, mieliby z tym wojskiem na pieńku. Zresztą nie sądzę, żeby oni sami, ci komuniści, wtedy tak myśleli. Oni raczej sądzili, że Stalin kazał, że to ma być demokratyczny ustrój, a nie radziecki. Takie było wyobrażenie. Wracaliśmy do kraju z przekonaniem, że to będzie po trosze jak przed wojną. Może trochę sprawiedliwiej”. Nie jest to wypowiedź sprzed 75 lat tylko nie więcej niż 3.
Na poparcie tezy o swoim antykomunizmie przypomniał, że w 1944 napisano przeciwko niemu donos w armii, że negatywnie wyrażał się o ustroju w Związku Radzieckim. Komentując ten dokument z dumą powiedział, że nie było to sprzeczne z prawdą. Stacjonując już po wojnie w Modlinie, zaczął interesować się polityką. Ale polityka Polskiej Partii Robotniczej, jego zdaniem, była oparta głównie na przemocy, główną formą jej działalności była polityka kadrowa, obsadzanie swoimi ludźmi większości stanowisk państwowych i gospodarczych. Zaprezentował właściwie antykomunistyczną motywację wstępując do Polskiej Partii Socjalistycznej, za co zresztą został zwolniony z wojska. „Mnie PPR nie odpowiadała. Uważałem ją za partię oszukańczą. Podejrzewałem, że coś przed społeczeństwem ukrywają. Na czele stoją komuniści [chodziło o dawnych członków KPP – E.K.]. Oni na pewno mają poglądy podobne do radzieckich, ale się z tym kryją. Przysięgają, że ich celem nie jest socjalizm, tylko demokracja, a to nieprawda. Nie wierzyłem im”.
Z powodu antyradzieckości i antykomunizmu Andrzej Werblan znalazł się w PPS i został członkiem jej Rady Naczelnej, a w momencie zjednoczenia PPR i PPS, wszedł z „rozdzielnika” do PZPR i zaczął szybko robić karierę. Echa dawnych poglądów funkcjonowały w latach późniejszych, dlatego jego oceny o Gierku trzeba przyjmować z pewną dozą ostrożności. Konflikty klasowe bardzo zręcznie zastępowane są przez niego antyradzieckością.
Kilkadziesiąt lat później Andrzej Werblan przyznał, że inne kraje socjalistyczne krytykowały ekipę Gierka nie tylko za niedostatki socjalizmu w Polsce, ale również z powodu braku Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu. Werblan zaproponował powołanie takiego Instytutu i został jego dyrektorem. Z rozbrajającą szczerością powiedział swemu rozmówcy: „Zastrzegłem jednak, że to tylko z nazwy będzie instytucja na kształt radziecki. W rzeczywistości sprawami teorii marksizmu miał zajmować się niewielki zakład”. Główne zadanie instytutu widział Werblan w badaniu opinii o polityce partii oraz w studiach zespołu Leszka Balcerowicza nad „modelem reformy dostosowującej system gospodarczy do praw rynku”. Opublikowane w 1979 roku wyniki prac tego zespołu pokazują, że w Instytucie „Balcerowicz w czasach późnego Gierka opracował w zarysie plan swojej późniejszej transformacji ustrojowej. W jego referacie wszystko w zasadzie jest, z wyjątkiem prywatyzacji. Zamiast prywatyzacji figuruje uniezależnienie i urynkowienie”. Okazuje się więc, że Gierek, nie interesując się w ogóle sprawami ideologicznymi, przyzwolił, aby pod szyldem marksizmu-leninizmu przygotowano program kapitalistycznej transformacji ustrojowej, a Werblan nigdy nie zrezygnował ze swych najgłębiej leżących antykomunistycznych przekonań. Werblan z całą szczerością przyznał, że dla tego Instytutu i związanych z nim środowisk najlepsza sytuacja w kierunku „reform” była wówczas, gdy jawna opozycja „antysocjalistyczna” nie była zbyt liczna. Mówił: „Jak patrzyłem przed Sierpniem na opozycję? Dostrzegałem w jej istnieniu pewien pożytek. Pożyteczna rola, którą ta opozycja odegrała, polegała na tym, że ona w istocie rzeczy wymuszała ze strony partii prowadzenie maksymalnie liberalnej polityki w obszarze związanym z inteligencją. Ale wymuszała o tyle, o ile była właśnie taka, jaka była. Niezbyt silna”. Mówił to człowiek, który przez dziesiątki lat odpowiadał w PZPR za sprawy ideologii i nauki…
W swoich Pamiętnikach Gierek zwracał uwagę na inny aspekt problemu jego doradców i otoczenia. Z jego wypowiedzi wynika, że dopóki to było dla niego wygodne, tolerował wokół siebie koniunkturalistów zdolnych do posłużenia się każdą ideologią. Umieszczali oni „marksistowskie ozdobniki” w jego przemówieniach w sposób świadomy, dla doraźnego uzasadnienia bieżącej polityki. Ich rzeczywiste cele stały się czytelne dopiero po rozpoczęciu kapitalistycznej transformacji. Gierek nie wyjaśnił o kogo mu dokładnie chodziło, można się tylko domyślać, że być może o tych doradców i pomocników z jego otoczenia, którzy przeszli do ekipy Jaruzelskiego. Pod adresem autorów „płomiennych przemówień i żarliwych artykułów o wyższości socjalizmu, strażników »czystości« doktryny, czuwających, by każdy dokument czy tekst zawierał odpowiednią ilość marksistowskich »zaklęć«”, pisał: „Czy nie poczuwają się oni do moralnej odpowiedzialności za to, że przekonywali innych do idei, w którą sami nie wierzyli?”. Być może, pisząc te słowa, miał na myśli Werblana.
Jeśli te stwierdzenia są prawdziwe, to świadczą o dokonującej się przez lata tragedii narodowej. Okazuje się, że nowy ustrój budowali ci, którzy nie byli do niego wewnętrznie przekonani. Nic dziwnego, że każdy kolejny kryzys był wykorzystywany do kompromitacji socjalizmu i proponowania rozwiązań, które w ostatecznym rachunku doprowadziły do jawnej próby restauracji kapitalizmu już w 1980 roku. Dziwne jest tylko to, że socjalizm ten trwał tak długo…
Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość” – płaszczyzną porozumienia prawicowych oportunistów i antysocjalistycznej opozycji
Jedną z form wypracowywania programu na zbliżającą się „odnowę” stanowiło konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość (DiP) i Gierek wiedział o jego działalności, ponieważ on i kilku innych członków Biura Politycznego otrzymywało jego raporty. Jerzy Szperkowicz pisał, że na inauguracyjnym posiedzeniu konwersatorium 14 listopada 1978 roku było obecnych „2 członków KC i 7 działaczy katolickich, 3 doradców Gierka i 4 przyszłych ekspertów »Solidarności« z Gdańska i Szczecina, 5 członków Akademii Nauk i 17 profesorów zwyczajnych, 2 egalitarystów i 5 artystów, 12 historyków i 2 futurologów, a nadto filmowcy i literaci, a przede wszystkim mnóstwo dziennikarzy, w tym sporo wiarygodnych”.
Konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość, które powstało 14 listopada 1978 roku, działało początkowo za wiedzą i przyzwoleniem najwyższych władz partyjno-państwowych. Z czasem jednak przybrało formy konspiracyjne i w istocie okazało się w istocie antyustrojowym spiskiem.
Bardzo znamiennym było również to, co o Stefanie Bratkowskim, który kierował pracami konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość, po latach napisał Wojciech Jaruzelski w swej książce, uzasadniającej wprowadzenie stanu wojennego. Jaruzelski stwierdził w niej między innymi, że jesienią 1980 roku różnice w poglądach na ocenę sytuacji były między nimi „bardzo niewielkie”, że starał się przekonać Bratkowskiego, o „czystych” „intencjach kierownictwa partii i rządu”. Jego zdaniem propozycje Bratkowskiego, „wyprzedzały realny czas, szły dalej niż istniejące wówczas możliwości”. Z tego też względu zapamiętał „szczególnie interesujący trzeci raport DiP-u”, w którym, dodajmy od siebie, zaproponowano jawną współpracę pomiędzy obydwoma ośrodkami kontrrewolucji. Różnice, zatem pomiędzy Jaruzelskim a DiP-em, nie dotyczyły celów, lecz jedynie strategiczno-taktycznych względów przy ich realizacji.
Praktyka życia politycznego pokazała, że program konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość stanowił płaszczyznę jednoczącą siły kontrrewolucyjne z siłami prawicowo-oportunistycznymi usadowionymi w PZPR, przewidywał on jawną transformację w kierunku burżuazyjnego neoliberalizmu. DiP stanowił swoiste teoretyczne i intelektualne zaplecze sił prawicowo-oportunistycznych PZPR i otwarcie antykomunistycznych. Bezpośrednio przed wybuchem protestu społecznego w kwietniu 1980 roku opracowano drugi raport pod bardzo znamiennym tytułem: Jak z tego wyjść?, i przedłożono go niektórym czołowym osobistościom życia politycznego, zarówno PZPR, ZSL, jak i Kościoła katolickiego. Znalazły się w nim wszystkie hasła i propozycje programowe, które pojawiły się po stronie strajkujących i w rządowych środkach masowego przekazu. Stały się one podstawą do krytyki ówczesnego „realnego socjalizmu” i kapitalistycznej transformacji.
Pytanie do Gierka czy nie jest on powiązany z antysocjalistyczną opozycją, z uwagi na udział w DiP jego doradców, nie jest więc takie absurdalne, jak się początkowo wydawało. Nie ma zapewne nic dziwnego w tym, że publicysta Die Zeit napisał, że DiP – to „dysydenci w samym aparacie”. Z kolei Leszek Moczulski w odpowiedzi na pytanie o ówczesną „polską opozycję” powiedział, że składała się ona głównie z trzech różnych grup, przy czym „pierwszą jest wewnątrzpartyjna opozycja, która nazywa się »Doświadczenie i Przyszłość« i składa się głównie z intelektualistów partyjnych”.
DiP wypracował inną jakościowo płaszczyznę programową, mającą za swój cel likwidację „realnego socjalizmu” w Polsce. Między jedną i drugą grupą opozycji nie było przysłowiowego chińskiego muru. Potwierdzają to słowa Jacka Kuronia (członka Komitetu Samopomocy Społecznej – Komitet Obrony Robotników), który tak określił DiP: „jest to grupa […] są to ludzie związani wyraźnie z władzą w taki lub inny sposób, eksperci, dyrektorzy, redaktorzy wydawnictw, to ludzie jakoś z władzą związani, w części członkowie partii, w części nie”. Ponadto dodał, że „zostali przez władzę zepchnięci na pozycję mniej więcej takiej grupy jak KOR”.
Zdaniem Jacka Kuronia między KOR a DiP istniała pewna różnica, co do stosowanych metod walki politycznej, co do taktyki. Przy czym oceny i analizy przedstawione przez DiP nie budziły zastrzeżeń, a nawet zasługiwały na uznanie. DiP i KOR dopełniały i uzupełniały się niejako. Kuroń mówił: „Grupa »Doświadczenie i Przyszłość« bardzo pozytywnie w mojej ocenie widziała sytuację i nawet poprawnie drogi wyjścia, tyle tylko, że ona cały czas wierzyła, że można to osiągnąć apelując do rządu, i tym się różniła od KOR, który przez cały czas stał na stanowisku, że trzeba apelować do społeczeństwa, aby ono program władzy narzuciło. Z tego punktu widzenia nasza racja była większa niż ich. Oni mieli nad nami tę zasadniczą przewagę, że oni głównie zajmowali się studiami nad sytuacją i mają bardzo szczegółowe opracowania, a KOR tak szczegółowych informacji nie ma. Ta grupa pracuje, przygotowują kolejne opracowania i z tego punktu widzenia jest to bardzo wartościowa grupa”.
Brak pozytywnego ekonomicznego programu KOR, pewna wspólnota ideowa KOR i DiP oraz tożsamość doraźnych interesów sprawiły, że doszło do zespolenia wysiłków tych dwu sił politycznych. Propagowanie ekonomicznych (chociaż nie tylko) rozwiązań DiP, mieściło się w ramach politycznych koncepcji KOR, a kierunek polityczny reprezentowany przez KOR, dążenie do ograniczenia wpływu partii na całokształt życia społecznego, sprzyjał wcielaniu w praktykę społeczno-gospodarczą ekonomicznych reform proponowanych przez DiP, które w istocie podważały ekonomiczne podstawy socjalizmu takiego, jak go sobie wówczas wyobrażano.
Jadwiga Staniszkis o wydarzeniach lata 1980 i klęsce „realnego socjalizmu”
Zdaniem Staniszkis już przed Sierpniem’80 część aparatu partyjnego była zainteresowana obaleniem „zespołu Gierek-Babiuch”, ale „zbyt mocno zaufała swoim zdolnościom demobilizacji sprowokowanego protestu społecznego, po tym, jak wykorzystała go wcześniej jako narzędzie gier frakcyjnych i dźwignię rewolucji pałacowej”. Masowe protesty sprowokowane więc zostały przez ludzi z kręgów oficjalnej władzy, aby rozładować niekorzystne nastroje społeczne, dokonać niezbędne roszady kadrowe i uzyskać legitymację społeczną do bliżej nieokreślonych dalszych zmian systemowych.
Według Staniszkis dla ekipy Gierka walkę z opozycją utrudniała konieczność ubiegania się o zachodnie kredyty oraz odwoływanie się przez opozycję do retoryki „obrony robotników”, co składało się na pojęcie „represyjnej tolerancji” albo „niepełnego pluralizmu”. Czy to były rzeczywiste powody polityki Gierka wobec opozycji – można wątpić, bo przecież kredyty i tak by udzielono Polsce w związku z nadmiarem w bankach tzw. petrodolarów. Ale ustępstwa wobec antysystemowej opozycji wywoływały polemiki ideologiczne wewnątrz partii i w „służbach bezpieczeństwa” i pogłębiały ich rozkład wewnętrzny. Te „służby bezpieczeństwa” są jednak przez Staniszkis mitologizowane poprzez błędne przypisywanie im samodzielnego ideologicznie i politycznie charakteru, podczas, gdy były one służebne wobec systemu Gierkowskiego w jego całokształcie, razem z tkwiącym w nim sprzecznościami. Dlatego w poglądach Staniszkis niejasna jest ideologiczna różnica pomiędzy „służbami bezpieczeństwa” a „ekipą Gierka”.
Dla nikogo myślącego nie jest tajemnicą, że „służby bezpieczeństwa”, nie tylko te cywilne ale i wojskowe, musiały przygotowywać się do nadciągających nieuchronnie protestów społecznych w 1980, tym bardziej że w przeszłości często rozpoczynały się one w zakładach, w których prowadzono produkcję zbrojeniową. Staniszkis o sytuacji przed sierpniem 1980 roku pisała: „Walki frakcyjne wewnątrz partii trwały w najlepsze, a służby bezpieczeństwa wybiórczo informowały grupę rządzącą o zakresie działań opozycji; aparat bezpieczeństwa wydawał się zdeterminowany, by wykorzystać opozycję jako instrument przygotowywanego właśnie przewrotu pałacowego przeciw ekipie Gierka”.
Bardziej słuszne byłoby powiedzenie, że ten, kto miał wpływ na „służby bezpieczeństwa” – wykorzystywał je w walce frakcyjnej, niż czynienie z nich niezależnej od nikogo frakcji. Ponieważ różne frakcje miały większy lub mniejszy wpływ na „służby bezpieczeństwa”, to również ich wykorzystywanie mogło być różne. Nie możemy zapominać, że w służbach tych bardzo istotna jest podległość i dyscyplina służbowa. Wbrew sugestiom Staniszkis o działalności pracowników i agentów służb specjalnych nie decyduje ideologia tylko rozkaz. Służby bezpieczeństwa nie były jednoznacznie ideologicznie określone, lecz toczyła się w ich łonie również walka ideologiczna, ale jak na razie problem ten nie jest podnoszony nawet prze IPN-owskich historyków.
W rozpatrywaniu roli służb specjalnych jest kilka mitycznych uproszczeń. Po pierwsze „aparaty bezpieczeństwa” były pod kontrolą Kani, Kowalczyka i Jaruzelskiego, a więc ludzi z ekipy Gierka. Po drugie, nie informowano jedynie tych współtowarzyszy z ekipy, których chciano się pozbyć, aby zdobyć dla zrekonstruowanej ekipy legitymizację do kierowania krajem i dalszej liberalizacji we wszystkich dziedzinach życia społecznego. Po trzecie, jeśli w partii trwały walki frakcyjne, to te same podziały, chociaż mniej jawnie musiały występować w łonie „służb bezpieczeństwa”, jeśli jedni gasili jakiś konflikt, to drudzy go zaostrzali.
Ale chyba najważniejsze, jest stwierdzenie zawsze dobrze poinformowanej Staniszkis, że „aparat bezpieczeństwa wydawał się zdeterminowany, by wykorzystać opozycję jako instrument przygotowywanego właśnie przewrotu”. To już bowiem przekraczało ramy walki frakcyjnej na jednej płaszczyźnie ideologicznej, a stało się sojuszem z jawnymi wrogami ówczesnego ustroju politycznego i gospodarczego, którym zorganizowano dostęp do głównych ośrodków strajkowych. Stąd też konsekwencje dopuszczenia sił wrogich „realnemu socjalizmowi” do największych skupisk klasy robotniczej i negocjacji z komisjami „rządowymi”, nie mogły skończyć się roszadami na samym szczycie władzy, lecz musiały pociągnąć za sobą daleko idące skutki.
W 2016 roku Staniszkis udzieliła Dziennikowi Gazecie Prawnej wywiadu z jednoznacznymi tezami. Jej zdaniem, wyrażonym w typowym dla niej socjologiczno-sowietologicznym języku, przed 1980 rokiem ekipa Gierka była w pułapce totalnej władzy, która nie dawała jej jednak możliwości realnej kontroli nad przebiegiem procesów społecznych. Poszukując wyjścia „Chcieli mieć jakby drugą nogę, lecz taką, którą mogliby kontrolować. […] Wtedy, w sierpniu 1980 roku, Gierek wysłał do stoczni niejakiego [Tadeusza – E.K.] Pykę, by ten też doprowadził do porozumienia, ale ktoś, inna frakcja, te porozumienia zrywała. […] I ta frakcja doprowadziła do powstania Komitetu Strajkowego reprezentującego zakłady z całej Polski. […] Solidarność była dla nich bardzo ryzykowna, bo z jednej strony, wiadomo to z dokumentów, które pokazał później płk Kukliński – Rosjanie przygotowywali manewr obrony przez atak, a z drugiej – komuś zależało, by związek zawodowy powstał, by społeczeństwo się opierało. […] Z jednej strony próba porozumienia ze strajkującymi, z drugiej – zgoda na Solidarność, bo to dawało komunistom szansę na nowe otwarcie ideologiczne”. Zdaniem Staniszkis ludzie z kręgów władzy (w jej nomenklaturze koniecznie musieli to być komuniści) najbardziej obawiali się ewentualnych represji ze strony Rosjan, dlatego posłużyli się Lechem Wałęsą. Staniszkis zwróciła ponadto uwagę na to, że „część ekspertów, która pojechała do Gdańska, dostała bilety na pociąg w [Warszawskim – E.K.] Komitecie Wojewódzkim. Oczekiwano, że przekażą robotnikom wiedzę o ideologicznych ograniczeniach, w których funkcjonowała władza. […] Dobierano ludzi tak, by tworzyć też kanały nieformalnych przecieków. Przecież Tadeusz Kowalik, doradca Solidarności, był profesorem w szkole partyjnej, do której uczęszczał przyszły premier Jagielski [przewodniczący drugiej komisji rządowej – E.K.]. W świetle tych wszystkich układów, piętrowych zabezpieczeń, tej całej siatki, to Wałęsa był mały pikuś”. Następstwem toczącej się walki frakcyjnej było to, że „oni ten strajk podgrzewali zamiast go zakończyć. Robotnikom chodziło o niezależność, a komunistom o rewolucję w wymiarze ideologicznym, która będzie udawała, że nic się nie stało. Wprowadzenie Wałęsy na przywódcę strajku w Gdańsku, Naszkowskiego w Pile i tego typu ludzi w innych miastach stanowiło zabezpieczenie przed Moskwą. Rząd mógł powiedzieć: wszystko kontrolujemy. Ale skutek działań był realny, bo powstał nowy podmiot – Solidarność – w pewnym tylko zakresie kontrolowany przez władzę. Drugim etapem dototalizacji był stan wojenny, dzięki któremu wojsko ograniczyło nie tylko Solidarność, lecz i aparat partyjny”. Do wątku o opanowywaniu protestu społecznego Staniszkis wprowadziła także Radzieckich. „W drugiej połowie lat 90. brałam udział w seminarium poświęconym historii zimnej wojny. Był gen. Jaruzelski, marszałek Kulikow, był gen. Gribkow, do tego prof. Brzeziński i jeszcze kilku Amerykanów, a także działacze Solidarności. Pamiętam, jak któryś z Sowietów, patrząc na jednego z ważniejszych działaczy Solidarności, zwrócił się do niego per colonel. Specjalnie użył angielskiego słowa, żeby Amerykanie się zorientowali, że to żaden opozycjonista, tylko człowiek ówczesnej władzy, ich pułkownik”.
Tu dostrzegamy kolejny niepodjęty problem badawczy: na ile Radzieccy, którzy mieli swoje wpływy w polskich służbach specjalnych mogli wywierać pośredni wpływ na przygotowania do naciągających protestów społecznych i zachowania opozycji politycznej.
Poprzestaniemy jednak na tym, co działo się do roku 1980. Jest bardzo znamienne, że ten daleko idący w swoich wnioskach wywiad ze Staniszkis nie wywołał żadnych dyskusji i protestów w środkach masowego przekazu ze strony byłych działaczy „pierwszej” Solidarności czy IPN-owskich historyków. Wbrew temu, co sugerują wszyscy reżymowi historycy, nie chodzi tu o udział w protestach sierpniowych kilku agentów, ale o udział służb specjalnych w całym procesie organizowania protestów i negacji dorobku Polski Ludowej.
Wbrew sugerowaniu czytelnikowi przez Staniszkis swego obiektywizmu, była ona zaangażowana w cały proces pomimo posiadanej wiedzy lub domyślania się agenturalnej działalności niektórych przywódców strajków. Była ona jeszcze bardziej radykalna niż inni w sprawie odsunięcia PZPR od wpływu na kształtujący się nowy system polityczny. Oceniając zaangażowanie Staniszkis w okiełznanie konfliktu społecznego latem 1980 roku, nie można nie zauważyć również jej rozczarowania porozumieniami sierpniowymi. Napisała ona między innymi, że „Ograniczona rewolucja polityczna w Polsce nie wygenerowała rewolucji społecznej zdolnej zmienić strukturę dominacji opartą na państwowej własności środków produkcji”.
Podstawowym celem, do którego tacy doradcy, jak Staniszkis chcieli wykorzystać strajki, było poważne ograniczenie własności państwowej, która stanowiła ekonomiczną podstawę socjalizmu, takiego, jak go wówczas rozumiano. Zastanawiające jest to, że Staniszkis mogła poruszać się swobodnie na terenie zakładu ogarniętego strajkiem. Jaka była alternatywa dla własności państwowej, to pokazała powszechna prywatyzacja po 1989 roku i wejście do Polski wielkich monopoli zachodnich.
Z kolei Andrzej Gwiazda oceniając przyczyny strajków w sierpniu 1980 roku powiedział między innymi: „Wyglądało to tak, jakby w partii zwalczały się jakieś dwie frakcje: jedni wywołują strajki, a drudzy je tłumią. Doszliśmy do wniosku, że być może chodzi o obalenie Gierka, ponieważ w PRL-u nie było innego sposobu zmiany ekipy rządzącej. […] Jest wiele zdarzeń świadczących o tym, że strajk sierpniowy był prowokowany”. Po ponad 30 laty Joanna i Andrzej Gwiazdowie byli za konsekwentnym ujawnieniem wszystkich współpracowników PRL-owskich służb specjalnych, którzy ich zdaniem odgrywali i odgrywają ogromną rolę polityczną i gospodarczą. Dlatego Joanna Gwiazda powiedziała: „Przegrała nieagenturalna opozycja przedsierpniowa i nieagenturalna »Solidarność«. […] Z publikacji, które już się ukazały, wynika jednak, że nie docenialiśmy wpływów i ilości agentury. Gdybyśmy wiedzieli, w co się pakujemy, trzymalibyśmy się od opozycji z daleka, nie zakładalibyśmy żadnych WZZ-ów i »Solidarności«. To się po prostu nie mogło udać. Gdybyśmy wtedy wiedzieli to, co wiemy dziś… to by nas sparaliżowało”.
Można byłoby wskazać na wiele podobnych wypowiedzi uczestników wydarzeń 1980 roku. Na tym jednak poprzestaniemy. Szerzej o tych sprawach piszę w przygotowywanej do druku książce poświęconej Edwardowi Gierkowi.
Widzimy więc, że charakter nawet „pierwszej” Solidarności nie jest „socjalistyczny”, bo w warunkach dominujących burżuazyjnych stosunków społeczno-ekonomicznych „socjalistyczny”, czy „komunistyczny”, być nie mógł. „Pierwsza” Solidarności była wyrazem sprzeczności tkwiących w łonie gospodarki państwowej i wobec braku ich rozpoznania, ale nie przyczyniła się do ich rozsadzenia. „Realny socjalizm” obalono przy bierności i dezorientacji robotników, nad czym z dużym zapałem i rozmachem pracowały siły prawicowo-oportunistyczne w łonie PZPR i jawnie antysocjalistyczna opozycja. Sprzeczności wyzwolone w 1980 roku nie dało się powstrzymać w ramach dotychczasowego „realnego socjalizmu”.
Opozycja antysocjalistyczna w Polsce jest dumna ze swoich dokonań. Ale w rozpadzie ZSRR i prywatyzacji jego gospodarki, wobec braku zorganizowanej opozycji, wiodącą rolę odegrała neoliberalnie usposobiona uprzywilejowana warstwa zarządzająca, która również w Polsce była główną siłą prącą do zmian. Kapitalistyczna transformacja w czystej postaci przebiegła tam bez udziału zorganizowanej antysocjalistycznej opozycji. To, że w Polsce opozycja antysocjalistyczna przypisuje sobie ogromną rolę w obaleniu „realnego socjalizmu” nie jest więc uzasadnione. Bruno Drwęski stawia problem przyczyn dlaczego ekipa Jaruzelskiego nie sformułowała programu obrony „socjalizmu”: „czy wynikało to głównie z wewnętrznej ułomności polskiego jądra władzy, czy było skutkiem trwającego już procesu transformacji Związku Radzieckiego, który rozpoczął się w 1985 roku”. Kwestia ta nie może być badana przez IPN-owskich historyków i politologów z zasadniczych przyczyn ideologicznych i politycznych.
Wielu ludzi starszego i młodszego pokolenia „lewicy”, jest przekonanych, że ekipa Jaruzelskiego wprowadzając stan wojenny miała zamiar bronić „socjalizmu”. Bruno Drwęski postawił tezę przeciwną. Dostrzegł, że im dalej było od wprowadzenia stanu wojennego, „tym bardziej polskie jądro władzy dążyło do kompromisu z opozycją i tym bardziej stawało się nieprzejednane wobec odłamów najbardziej zdeterminowanych, by utrzymać socjalizm – […] albo zdecydowanych go zniszczyć, aby odbudować go na nowo”.


Na zakończenie wypada stwierdzić, że „pierwsza” Solidarność nie była organizacją socjalistyczną. Zaproponowała antykomunistyczny program-minimum, taki jaki w ówczesnych warunkach, bez narażenia się na natychmiastowe zlikwidowanie jej z użyciem przemocą, oraz co bardzo ważne, dała legendę dla „drugiej” Solidarności, która mogła nobilitować kadry odpowiedzialne za przyśpieszoną kapitalistyczną transformację, prywatyzację, wywołanie kryzysu najcięższego w historii najnowszej, przymusową emigrację 4 milionów zdolnych do pracy obywateli, masowe bezrobocie, katastrofalny stan usług publicznych, powstanie nieznanego w historii Polski długu publicznego i powstanie kompradorskiej klasy burżuazji. Te dwie Solidarności nie są więc oddzielone chińskim murem, lecz stanowią ideowo-polityczną dialektyczną ciągłość.
Niezależnie od tych krytycznych wątków odnoszących się jedynie do początków „pierwszej” Solidarności, uważam książkę Bruno Drwęskiego za godną polecenia dla wszystkich zainteresowanych najnowszą historią polityczną. Znajdzie się w niej wiele nowych dla polskiego czytelniczego ocen i poglądów, danych o ingerencji obcych państw w nasze wewnętrzne sprawy, które mogą był podstawą przewartościowania IPN-owskiego bełkotu w sprawie przyczyn i mechanizmu upadku „realnego socjalizmu”.

Dziennik “Trybuna” 16-18 kwietnia 2021 r. nr 75/2021

 

 

O każdej książkowej wypowiedzi snuć można wiele różnych uwag, ale litości, są granice czytelniczej percepcji, nie wspominając już o jasności i wartości wywodu. Stąd pogubiłem się zupełnie w tak przedstawionej wersji lat Polski Ludowej.

 

 

„Zagrabiona historia Solidarności ? ” to prawie pięciokolumnowy, a więc bardzo duży tekst Edwarda Karolczuka prezentujący liczne uwagi, nie koniecznie zresztą na temat książki Bruno Drwąskiego pt. „Zagrabiona historia Solidarności. Został tylko mit”, opublikowany w „Dzienniku-Trybunie” 16-18 kwietnia br.
Zaczynają się – jak sam autor je nazwał – te uwagi na marginesie od przedstawienia pracy i jej autora, który m.in. „jest zwolennikiem mocno udokumentowanej i zgodnej z prawdą tezy, że warunki do przemian po 1989 roku zostały przygotowane przez ekipę Jaruzelskiego przez całe lata osiemdziesiąte. Pisze on, że Zmiana ustroju politycznego, gospodarczego i społecznego, oficjalnie wprowadzona w 1989 roku. faktycznie rozpoczęła się w roku 1987 wraz z uruchomieniem czegoś, co nazwano drugim etapem reformy gospodarczej, i przyśpieszyła wraz ze sformułowaniem we wrześniu 1988 roku rządu Mieczysława Rakowskiego, dziennikarza opowiadającego się od lat 60. po stronie najbardziej liberalnej frakcji PZPR. Nastąpiła wówczas pełna legalizacja rozwoju sektora własności burżuazyjnej.”
I jeszcze : „O klęsce „realnego socjalizmu” nie przesądziło więc powstanie ani „pierwszej”, ani „drugiej” Solidarności, czy imperialistyczny spisek Papieża z Reganem i dywersja, czy błędy kierownictwa partii i jej I sekretarza, lecz nierozpoznane sprzeczności w ramach własności społecznej, konflikty interesów, prywatyzowanie własności ogólnospołecznej przez poszczególne kolektywy pracownicze i osoby zatrudnione w państwowych zakładach pracy…Formalna własność społeczna została zniszczona przez realne procesy prywatyzacyjne w jej własnych ramach”. „
Spisek nie obalił socjalizmu,
gdyż nie był „żadnym odrębnym ustrojem społeczno-ekonomicznym, lecz okresem walki pomiędzy stosunkami burżuazyjnymi i komunistycznymi we wszystkich sferach życia społecznego. Ma to swoje konsekwencje teoretyczne i praktyczne…. jedną z przyczyn upadku „realnego socjalizmu”, miały swoje źródła w istniejących burżuazyjnych stosunkach społeczno-ekonomicznych i wymusiły w konsekwencji rozwiązania, które zaostrzyły sprzeczności społeczne w „realnym socjalizmie” na tyle, że został on obalony rękoma klasy robotniczej.” Miał się dokonać także poprzez niejako porozumienia ekip partyjnych z „z burżuazyjną kontrrewolucją.”
Ten dominujący wątek,
szeroko rozwijany w tekście artykułu, dotyczy poczynań, winy, chyba i zdrady rożnych PZPR-owskich elit, doradców i przywódców, począwszy od 1956 roku kiedy „budowa socjalizmu (komunizmu) została nie tylko w Polsce praktycznie poniechana”. I dalej: „Należy porzucić złudzenia, że za czasów Gierka rozwijano i umacniano w Polsce socjalizm. A stan wojen­ny w myśl jego twórców skiero­wany był przeciwko PZPR, gdyż musiano ją sparaliżować, aby przygotowanie warunków do jaw­nej kapitalistycznej transformacji było możliwe.”
Powyżej przedstawiłem
w największym, możliwym skrócie główne tezy i opinie Edwarda Karolczuka – kto chce i starczy mu sił oraz cierpliwości, może to skonfrontować z całym tekstem. Zanim jednak przejdę do zasadniczych kwestii koniczne są dwa zastrzeżenia.
Przede wszystkim panu Karolczukowi serdecznie dziękuję za tę wyrażoną, wspaniałą budowę socjalizmu w Polsce we wcześniejszych latach pięćdziesiątych, która tylko zapewne w jego wyobraźni zasługuje na żałość po jej zaprzestaniu. I nie mam tu oczywiście na myśli rewolucyjnych, zasadniczych reform społecznych i zmian ustrojowych, a polityczną praktykę ich realizacji, wiążącą się m. in. z łamaniem zapowiedzi zawartych w Manifeście Lipcowym, treściach referendum ludowego z 1946 roku i obowiązującego prawa oraz całe odium wszechogarniającego zła, które niósł ze sobą w tym czasie stalinizm w Polsce. Nie wiem czego to „poniechanie” miło dotyczyć – zatrzymania tworzonych powszechnie pod przymusem spółdzielni produkcyjnych na wsi, skromnego dopuszczenia prywatnej inicjatywy głownie w usługach, zaprzestania państwowej indoktrynacji społeczeństwa, ateizacji i walki z Kościołem? Tego autor, doktor historii z wykształcenia, niestety nie wyjaśnia, podobnie nie uszczegóławia swojej wizji socjalizmu (komunizmu), ale wyżala się, że „komunistów usuwano systematycznie ze stanowisk w partii, państwie i gospodarce po 1956 roku.” Nie będę autorowi podpowiadał, a czytelników absorbował prostą odpowiedzią jak to się toczyło i dlaczego miało miejsce.
Pomijam nadto wszystkie, osobiste „wycieczki autora” pod adresem Władysława Gomułki, a później Edwarda Gierka i Wojciecha Jaruzelskiego oraz szeregu innych, prominentnych partyjnych działaczy , także rozliczne przypuszczenia o bardziej lub mniej sprawczej roli organów bezpieczeństwa, gdyż w gruncie rzeczy wszystkie one nic nie wnoszą do dominującej tezy autora o błędzie zaniechania budowy socjalizmu (komunizmu),a następnie realnego socjalizmu.
W okresie
ponad trzydziestu ostatnich lat wystarczająco dużo, często i kompetentnie rozważano i pisano o przyczynach klęski realnego socjalizmu w Polsce i nierealnego komunizmu w ZSRR. Równie sporo o licznych inicjatywach i próbach naprawy, zmiany i przekształcenia tego ustroju na lepszy i bardziej efektywny, podejmowanych tak przez kolejne ekipy rządzące, tzw. środowiska rewizjonistyczne czy też grupy reformatorskie. Działo się to z częściowo i tylko chwilowo pozytywnym skutkiem, w dalszej perspektywie nie rozwiązywało szeregu podstawowych problemów. Dodać tu koniecznie należy, że źródła niepowodzeń tych wszystkich poczynań leżały zupełnie gdzieś indziej, nie wiążąc się z zaklinaną diagnozą o „nierozpoznaniu sprzeczności w ramach własności społecznej” i „istniejących burżuazyjnych stosunkach społeczno-ekonomicznych.” To wszystko zwalnia mnie od polemiki z tymi bardzo kontrowersyjnymi opiniami autora recenzji.
Nie oznacza, że w jednym, i to w sumie dużo ważniejszym, niż tytułowe zagrabienie takiej czy innej historii Solidarności, jesteśmy zgodni. Dotyczy to, co pośrednio wynika z omawianego tekstu, krytycznej oceny autora kapitalistycznej, polskiej rzeczywistości, gdyż próbuje szukać dróg jej zmiany. Tylko tu jesteśmy jednomyślni, ale ja nie widzę jej w powrocie do przeszłych idei, a jako konieczność stałego definiowania aktywnej i sprawczej roli lewicy we współczesnym, ciągle zmieniającym się świecie.
Dodać przy tym należy, że w takich staraniach nie pomagają oczywiście panu Karolczukowi wyrażone przez niego opinie o autorze wspomnianej książki: „nie zajmuje się analizą rzeczywistych stosunków społeczno-ekonomicznych w Polsce, ani ich odniesieniem do etapu rozwoju socjalizmu i komunizmu. Dlatego ciągle napotyka sprzeczności, na które znajduje wyjaśnienia logiczne, ale one mają się nijak do rzeczywistości. Może to też wynikać z jego „zewnętrznego”, czysto logicznego oglądu problemów.” Z logiką jest jednak tak panie doktorze, że nie ma ona ani zewnętrznego, ideologicznego czy też jakiegoś innego oglądu. Powyższe dotyczy również wyjaśniania minionej rzeczywistości.
Podobnie jest z fragmentem tekstu: „Pytanie do Gierka czy nie jest on powiązany z antysocjalistycz­ną opozycją, z uwagi na udział w DiP [Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość” – Z. T.] jego doradców, nie jest więc takie absurdalne, jak się początkowo wydawało. Nie ma zapewne nic dziwnego w tym, że publicysta „Die Zeit” napisał, że DiP – to dysydenci w sa­mym aparacie”. O związkach Jaruzelskiego z podejrzanymi osobnikami też można przeczytać, co w sumie oznacza, że autor tekstu okopał się w warownej twierdzy swoich wyobrażeń, podejrzeń i fobii nie mając nadal zamiaru wychylić się z niej na inne oceny, poszukiwania i poglądy, a przede wszystkim na realnie wtedy istniejący świat.
Ostatnio powróciły
podobne niejako rozważania niedawnej przeszłości w tekście Wojciecha Pomykały (Festiwal Michaiła Gorbaczowa we współczesnej Polsce, „Dziennik-Trybuna”, 14.03.2021). To odwołanie do dużo wcześniejszych opinii o zaniechaniu wyboru przez PZPR chińskiej drogi przeobrażenia ustroju. Poza zwracaniem uwagi na azjatycką specyfikę i tamtą szczególną sytuację nikt jednak nigdy, łącznie ze wspomnianym autorem, nie potrafił wskazać konkretnych metod i sposobów powtórzenia jej w Polsce. Zapewne dlatego, że w odróżnieniu od Europejczyków Chińczycy mają żółtą karnację skóry i skośne oczy.

Dziennik “Trybuna” 12-13 maja 2021 r. nr 93-94/2021

Zagrabiona historia Solidarności. Został tylko mit

 

Dr hab. Lech Mażewski

 

Streszczenie:
Niniejszy tekst stanowi recenzję pracy Brunona Drwęskiego poświęconej NSZZ „Solidarność”, w której autor podejmuje próbę ustalenia tożsamości tej organizacji. W dużym stopniu za nietrafiony należy uznać sposób prezentowania przez Drwęskiego idei „samorządnej Rzeczpospolitej”, wyrażający raczej anarchokomunistyczne tęsknoty niż odnoszący się do polskiej rzeczywistości po strajkach sierpniowo-wrześniowych 1980 r. Nie znaczy to, że skorzystanie z dorobku Karola Marksa dla zrozumienia przemian, do których doszło w Polsce w latach 1980–1990, byłoby zupełnie bezużyteczne. Jednak zamiast odwoływać się do koncepcji walki klasowej, warto byłoby raczej sięgnąć do teorii powstania i upadku formacji społeczno-gospodarczych.

Obchodzona w ubiegłym roku czterdziesta rocznica strajków sierpniowo-wrześniowych 1980 r. stanowiła dobrą okazję, aby po raz kolejny zastanowić się nad istotą powstałej w ich wyniku w Gdańsku 17 września 1980 r. organizacji. W porozumieniu gdańskim strajkujący zapisali, że „nie zamierzają pełnić roli partii politycznej”, ale zobowiązali się być nowym ruchem związkowym. Niedługo potem dokonana rejestracja NSZZ „Solidarność” przesądziła o związkowej formie prawnej nowego bytu. W trakcie I Krajowego Zjazdu Delegatów (dalej – I KZD) we wrześniu i październiku 1981 r. zgromadzeni w Gdańsku Oliwie reprezentanci związku określili swoją organizację ponadto jako spełniającą cechy „wielkiego ruchu społecznego”. Wszystko to nie rozstrzygnęło jednak, czym w rzeczywistości była NSZZ „Solidarność”. Bruno Drwęski w recenzowanej pracy pt. Zagrabiona historia Solidarności. Został tylko mit nie powiela istniejących dotąd interpretacji, starając się stworzyć kolejną odpowiedź na pytanie o tożsamość związku. Należałoby zatem się przyjrzeć jego stanowisku, tym bardziej że autor ten nie ukrywa swoich lewicowych poglądów, czerpiąc inspiracje do badań zarówno z marksizmu czy mało znanego w Polsce anarchosyndykalizmu. Drwęski jest politologiem, historykiem i publicystą, urodzonym w Montrealu w 1955 r. Studia historyczne ukończył na Uniwersytecie Jagiellońskim. Posiada dwa doktoraty i habilitację uzyskane we Francji. Jest członkiem redakcji kilku czasopism naukowych zarówno francusko-, jak i anglojęzycznych. Przedmiot jego naukowych dociekań stanowią najnowsze dzieje Polski, ujmowane w perspektywie analiz politologicznych. Prezentowana książka ukazała się w Paryżu w 2019 r. Te informacje w dużym stopniu wyjaśniają naukowe i ideowe źródła teoretycznej inspiracji autora. Recenzowana praca składa się z siedmiu rozdziałów, przedmowy do polskiego wydania oraz obszernego posłowia autorstwa Jarosława Dobrzańskiego. Na początku zostało przedstawione szersze tło pojawienia się nowego związku, po czym następuje analiza historii NSZZ „Solidarność” od strajków sierpniowo-wrześniowych 1980 r. aż do przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, a więc upadku PRL i powstania kapitalizmu. Szczególnie dużo uwagi Drwęski poświęca okresowi po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 r., bo wtedy rzeczywiście doszło do ukształtowania nowej tożsamości tej organizacji, która pozostała ze związku po nieudanej próbie wywołania strajku generalnego w odpowiedzi na decyzję gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Znalazło się tu wiele ciekawych informacji, do których trudno dotrzeć w Polsce. Obszerne posłowie nic nie wnosi do analiz zawartych w monografii, a Dobrzański zdaje się ścigać w lewicowości z Drwęskim. Całość książki uzupełnia indeks osób. Brak bibliografii jest o tyle zrozumiały, że w monografii nie korzysta się ze zbyt wielu dokumentów lub archiwaliów, odesłania zaś do ówczesnej publicystyki oraz obowiązującego wtedy stanu prawnego czy późniejszych wspomnień protagonistów tamtych wydarzeń nie są zbyt liczne. Autor mało odwołuje się do literatury przedmiotu (cytowanych jest dosłownie kilkanaście prac, w tym właściwie nie ma jakichkolwiek znaczących pozycji powstałych w Polsce). Złe wrażenie robi liczne cytowanie wypowiedzi pochodzących ze stron internetowych. Trzeba podkreślić duży wysiłek wydawcy, aby książka miała odpowiedni poziom edytorski. Efekt tych zabiegów jest jak najbardziej pozytywny. Niekiedy jednak razi dość tendencyjny dobór zdjęć, bo można odnieść wrażenie, że najważniejszym kandydatem solidarnościowej opozycji w wyborach w czerwcu 1989 r. był Jacek Kuroń (s. 264–265), a nawet istotne znaczenie miał Jarosław Kaczyński (s. 266). Czas lidera lewicy Komisji Samoobrony Społecznej „Komitetu Obrony Robotników” (dalej – KSS „KOR”) przecież już wtedy minął, skoro jego idée fxe, budowa samorządowego socjalizmu, od dawna była martwa, natomiast dla prezesa Prawa i Sprawiedliwości moment polityczny dopiero miał nadejść, o czym nikt wówczas jeszcze nie wiedział. Po francusku tytuł książki brzmi: Une solidarité qui a coûté cher! Histoire populaire de Solidarność. Révolution dans le socialisme ou „révolution colorée” antisocialiste? Można to przełożyć na polski następująco: Solidarność, która drogo kosztowała! Ludowa historia Solidarności. Rewolucja w socjalizmie czy antysocjalistyczna „kolorowa rewolucja”? Niewątpliwie oryginalny tytuł lepiej oddaje zamierzenia autora niż tytuł nadany przez redaktorów serii „Biblioteka «Przeglądu»”. Dlaczego dokonano tej zmiany? Może bano się określania działalności NSZZ „Solidarność” po wprowadzeniu stanu wojennego jako czegoś w rodzaju współczesnych „kolorowych rewolucji”, bo byłoby to zbyt obrazoburcze? Ale takie pozycje już ukazują się w Polsce. Czy chodziło bardziej o doraźną polemikę z dominującymi w Polsce elitami postsolidarnościowymi na temat wydarzeń zapoczątkowanych strajkami z lata 1980 r.? To z kolei byłby błąd, skoro książka nie jest o pamięci historycznej, a dotyczy głównie politologicznej analizy roli ruchu solidarnościowego odgrywanej w polskich przemianach ustrojowych w latach 1980–1990, szczególnie w restauracji kapitalizmu. Uczony z Montrealu, starając się udzielić odpowiedzi na pytanie, czy w przypadku powstania i działalności NSZZ „Solidarność” mieliśmy do czynienia z rewolucją w socjalizmie, czy raczej „kolorową rewolucją” o wektorze antysocjalistycznym, stawia problem tożsamości ruchu zrodzonego w wyniku strajków sierpniowo-wrześniowych 1980 r. Udzielona przez Drwęskiego odpowiedź nie jest zadowalająca, stąd właśnie kwestia ta będzie przedmiotem moich krytycznych uwag zawartych w tej recenzji. Na marginesie natomiast pozostawię zagadnienie sformułowane we francuskim podtytule pracy. Wspominałem już, że autor sięgnął do rzadko stosowanego obecnie w Polsce marksizmu jako metody badań w zakresie nauk politycznych, uważając, że potrzebujemy „znalezienia klasowych korzeni wszystkich konfliktów, krajowych i międzynarodowych” (s. 21). W efekcie nie boi się używać takiego określenia, jak „walka klasowa”, z którym wielokrotnie spotykamy się na stronach monografii. Nie jest to jedyny termin zaczerpnięty z marksistowskiego imaginarium w odniesieniu do Polski po strajkach z lata 1980 r. Drwęski od początku jasno formułuje tezę, że tożsamość NSZZ „Solidarność” sprowadzała się do afirmacji samorządności robotniczej, co zostało dobitnie wyrażone w programie przyjętym na oliwskim zjeździe we wrześniu i październiku 1981 r. (s. 22). Jego wysiłek sprowadza się nie tylko do obrony tej tezy, ale też do ukazania, że idea ta ostatecznie przegrała nie na skutek własnej słabości i obojętności wobec niej robotników, ale w wyniku zmasowanych zabiegów kapitalistycznego Zachodu, a głównie świadomej polityki Stanów Zjednoczonych i złowrogiej CIA, co jest oględnym określeniem jego stanowiska w tej sprawie. W obu przypadkach uczony z Montrealu nie ma racji, a próba stosowania analiz zaczerpniętych na równi z marksistowskiej teorii walki klasowej, jak i anarchosyndykalizmu, który miałby w sposób nieuświadomiony towarzyszyć masom związkowym w latach 1980–1981, prowadzi jedynie na manowce. Drwęski słusznie pisze, że w porozumieniu gdańskim strony umieściły zapis odnoszący się do samorządu robotniczego (s. 102). W pkt 6 uzgodniono, że: „Związki zawodowe powinny uczestniczyć szczególnie w pracach nad ustawami o socjalistycznych organizacjach gospodarczych i o samorządzie robotniczym. Reforma gospodarcza powinna opierać się na zasadniczo zwiększonej samodzielności przedsiębiorstw i rzeczywistym uczestniczeniu samorządu robotniczego w zarządzaniu”, jednak Tadeusz Kowalik, jeden z członków Komisji Ekspertów przy gdańskim Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym (dalej – MKS), wspominał, że sprawa samorządowej reformy gospodarczej właściwie w ogóle nie interesowała robotników i członków MKS, a jedynie ekspertów obu stron: „Strajkujący pracownicy i ich przedstawiciele nie przejawiali jednak skłonności do rozwijania samorządu. […] Jeśli więc ostatecznie w porozumieniu znalazł się ustęp o żądaniu reformy gospodarczej opartej na zwiększonej samodzielności przedsiębiorstw i rzeczywistym uczestnictwie samorządu robotniczego w zarządzaniu, to przez delegatów strajkujących uważane to było za ustępstwo dla strony rządowej, lub za daninę na rzecz własnych doradców”. Ludwik Dorn podnosił, że dokładnie taki sam stosunek do idei samorządu robotniczego, aczkolwiek wtedy bardziej używano określenia „samorząd pracowniczy”, mieli delegaci na I KZD NSZZ „Solidarność”. 3 września 1980 r., gdy gdański MKS przekształcił się w Międzyzakładowy Komitet Założycielski, został przyjęty „Projekt aktualnego programu działania Niezależnych Związków Zawodowych”. Można uznać ten dokument za pierwszą próbę sformułowania programu nowego ruchu związkowego, gdyż podpis pod nim brzmi: „Międzyzakładowy Komitet Założycielski Niezależnych Samorządnych Związków Zawodowych w Gdańsku”. W „Projekcie…” mowa jest jedynie o sprawach czysto związkowych, a więc o sposobach obliczania dodatku drożyźnianego, o układach zbiorowych pracy, o wymogach związanych z bezpieczeństwem i higieną pracy, nowej regulacji umów o pracę. NSZZ – jak czytamy – „[…] będzie zmierzał do zmniejszenia rozpiętości dochodów uzyskiwanych za pracę poprzez stałe podnoszenie płac najniżej zarabiających”, a także będzie „[…] dążyć do tego, by żadna matka nie była zmuszona przez warunki materialne do podejmowania pracy zarobkowej”. Poza tym była tu mowa o nowych wyborach do rad zakładowych”. W rzeczywistości na początku września 1980 r. zakulisowo rozegrał się ostry spór w sprawie rzeczywistego sensu prezentowanego dokumentu. Szło o to, iż Kuroń, nie wątpliwie twórca „Projektu…”, chciał, aby obok nowych związków zawodowych istotną rolę zaczęły odgrywać rady zakładowe, co miałoby doprowadzić do uczynienia z funkcjonowania samorządu pracowniczego powszechnej zasady ustroju państwa. Drogę do tej ustrojowej rewolucji otworzyłyby proponowane wybory do rad zakładowych. Nie ulega wątpliwości, że propozycja z początku września 1980 r. to tylko skromny początek, niejako pierwszy krok, na drodze budowy republiki rad zakładowych. Potem pojawiłoby się żądanie tworzenia regionalnej reprezentacji rad zakładowych, a na końcu powstałby organ centralny ruchu samorządu robotniczego, np. w postaci drugiej izby parlamentu. Czy w takiej sytuacji nie zostałby postawiony problem władzy w państwie, do kogo powinna ona należeć? Wkrótce Krajowa Komisja Porozumiewawcza NSZZ „Solidarność” ten programowy dokument przyjęła, ale – jak to ujął w wywiadzie Andrzej Gwiazda – „zapadło milczenie. Nikt już do niego nie wracał”. Okoliczności powstania pkt 6 porozumienia gdańskiego oraz losy pierwszego dokumentu programowego nowego ruchu związkowego to dobitny sygnał, jakie znaczenie dla przyszłych mas związkowych i ich przywódców miał problem samorządu robotniczego. Ta kwestia pasjonowała nie tylko przedstawicieli lewicy opozycyjnej, ale też pozostającej w strukturach PZPR, jednak dla robotników od samego początku nie miała większego znaczenia. Przejdźmy teraz do koncepcji „samorządnej Rzeczpospolitej”, choć nie wiadomo, dlaczego Drwęski posługuje się tu często określeniem „samorządna Rzeczpospolita Polska” (np. s. 41). Uchwała programowa przyjęta przez I KZD NSZZ „Solidarność” nie pozostawia wątpliwości, która nomenklatura jest poprawna. Zresztą tłumacz mógłby zadbać o wyeliminowanie tego błędu językowego. W tezie 20. wypowiedziano się za „utworzeniem autentycznych samorządów pracowniczych”, w tezie 1. zaś wyraźnie wskazywano, że dyrektor przedsiębiorstwa powinien być powoływany i odwoływany przez radę pracowniczą. Jak wiadomo, ustawy z 25 września 1981 r. o samorządzie załogi przedsiębiorstwa państwowego i o przedsiębiorstwach państwowych (Dz.U. 1981, nr 24, poz. 123 i 124) nie w pełni regulowały tę kwestię, co było przedmiotem protestów ze strony delegatów na I KZD. Kolejnym krokiem w kierunku ideałów samorządowego socjalizmu był pkt 3 tezy 22.: „Uważamy za celowe rozpatrzenie potrzeb powołania ciała o charakterze samorządowym (Izby Samorządowej lub Izby Społeczno-Gospodarczej) na szczeblu najwyższych władz państwowych. Jej zadaniem byłby nadzór nad realizacją programu reformy gospodarczej i polityką gospodarczą oraz podobnych instytucji na niższych szczeblach”. Szczegółowe regulacje prawne i praktyka ustrojowa rozstrzygnęłaby o tym, jakie te ciała uzyskałyby znaczenie ustrojowe oraz jak ułożyłyby się ich stosunki z organami przedstawicielskimi pochodzącymi z wolnych wyborów (Sejm, rady narodowe stopnia podstawowego), a także radami narodowymi stopnia wojewódzkiego nieposiadającymi tej cechy. Tak bowiem wówczas myślano o przebudowie systemu rad narodowych. Można się zgodzić z Drwęskim, że te postanowienia Uchwały programowej stanowią nawiązanie do ideałów anarchosyndykalizmu. Należy jednak uznać, że to jedynie blade odbicie tego, co postulował ów nurt ideowo-polityczny na przełomie XIX i XX w., a więc w okresie swojej świetności. W tamtych koncepcjach właściwie chodziło o zniesienie państwa na rzecz związków zawodowych i/lub samorządu robotniczego, co nadawało im rys anarchokomunizmu. Delegaci na Zjazd „Solidarności” z pewnością w swoich postulatach nie szli tak daleko. Projektowany przez NSZZ „Solidarność” system ustrojowy był rodzajem syntezy zasad demokracji z ideałami samorządowego socjalizmu. O trwałości tego projektu przesądziłaby praktyka, której ten system nie został poddany. Jedno było oczywiste: na czele państwa miał stać Sejm, pochodzący z wolnych wyborów, czyli polegających na swobodzie zgłaszania kandydatów na posłów, a trzon aparatu państwowego miały stanowić samorządy terytorialne, czyli rady narodowe także pochodzące z wolnych wyborów, i instytucje grupujące reprezentantów innych samorządów – na czele z samorządem załogi. Ten prosty schemat ustrojowy mógłby zostać zakłócony przez powołanie sądownictwa konstytucyjnego, choć wcale tak być nie musiało. Stałoby się to w sytuacji, gdyby orzeczenie o niekonstytucyjności aktu o mocy ustawy miałoby charakter ostateczny. Wówczas w istotny sposób niwelowałoby nadrzędną rolę Sejmu (wraz z ogólnopolską reprezentacją samorządów) w systemie organów państwa. Na podstawie dokumentów programowych przyjętych na oliwskim zjeździe nie da się rozstrzygnąć, jaki ostatecznie został przyjęty model ustrojowopolityczny. Analiza dyskusji, która toczyła się w trakcie I KZD NSZZ „Solidarność”, pozwala stwierdzić, iż wówczas toczył się istotny spór ustrojowy między Antonim Macierewiczem i Stefanem Kurowskim a Jackiem Kuroniem. Szło o to, jaki kształt polityczny i społeczno- -gospodarczy ma przybrać nowa Polska. Macierewicz z Kurowskim żądali wolnych wyborów nie tylko do rad narodowych, ale również do Sejmu. Ważniejsze dla nich było wprowadzenie pewnych rynkowych mechanizmów gospodarczych czy położenie nacisku na rozwój drobnego sektora prywatnego zarówno na wsi, jak i w mieście niż ustanowienie powszechnego samorządu pracowniczego. Adwersarze Kuronia wyrażali nie tylko własne poglądy. Dorn na podstawie sondaży Ośrodka Badań Społecznych NSZZ „Solidarność” Region Mazowsze stwierdzał: „W opinii związkowców samorząd pracowniczy nie należy do spraw najważniejszych. W naszym badaniu, jako „sprawę pierwszej wagi”, określiło go 21% badanych”. Ponadto w ich rozumieniu nowo wybrany Sejm miałby się stać konstytuantą mającą prawo określenia docelowego ustroju państwa. Lider lewicy KSS „KOR” polemizował, że realizacja takiego programu grozi bezpośrednim starciem z obozem rządzącym, który musiał obawiać się utraty władzy. W tej sytuacji formułował propozycję powołania Komitetu Ocalenia Narodowego (dalej – KON) czy później Rządu Narodowego (dalej – RN), w obu przypadkach złożonych z osób cieszących się zaufaniem Kościoła, PZPR i NSZZ „Solidarność”. Zadaniem tych gremiów byłoby – z jednej strony – wdrożenie istnienia powszechnego samorządu pracowniczego i przeprowadzenie reformy rad narodowych, z drugiej zaś – doprowadzenie do wolnych wyborów do Sejmu, który dopiero określiłby ustrój państwa. Zarówno KON, jak i RN mogłyby istnieć także w okresie późniejszym jako gwaranci nowego ładu instytucjonalnego w Polsce. Przy czym RN musiałby najpierw wygrać wybory do Sejmu. Bez wątpienia doszło tu do starcia między zwolennikiem głębokiej reformy ustroju PRL a tymi, którzy opowiadali się za budową nowego państwa. Przedmiotem kontrowersji był nie tyle pożądany model ustroju Polski, bo na jego temat ciągle niewiele było wiadomo, ile sposób, w jaki należało go zbudować, i o to przede wszystkim się spierano. Sprawa samorządu pracowniczego miała głównie znaczenie dla lewicowego środowiska politycznego związanego z NSZZ „Solidarność”, w mniejszym zaś stopniu była ważna dla ich oponentów, co w znacznej mierze podzielali zgromadzeni w Gdańsku Oliwie delegaci. Znajomość i uwzględnienie tych faktów stanowi conditio sine qua non rzetelnej dyskusji na temat koncepcji „samorządnej Rzeczypospolitej”. Z przykrością należy stwierdzić, że z niczym takim nie mamy do czynienia w recenzowanej pracy. Z przełomu października i listopada 1981 r. pochodzą badania przeprowadzone przez pracowników Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, znane pod nazwą Polacy ‘81. Nas będą interesowały tutaj sprawy określające świadomość społeczno-gospodarczą badanych Polaków. Jest to ważne, bo właśnie wtedy doszło nie tylko do uchwalenia ustaw, zawierających regulacje prawne dotyczące samorządu pracowniczego, ale także przyjęcia stosownych postanowień w Uchwale programowej I KZD NSZZ „Solidarność”. Słowem, rzecz była wówczas przedmiotem nie tylko sporów toczonych przez ekspertów czy prominentnych polityków, ale także szerokiej debaty publicznej. Aż 82 proc. respondentów życzyło sobie utworzenia prywatnego sektora w gospodarce, a 43,6 proc. opowiadało się za powstaniem przedsiębiorstw stanowiących wspólną własność państwa i kapitału zagranicznego. Towarzyszyłaby temu zgoda na wzmocnienie roli prywatnej własności w gospodarce zarówno chłopskiej, jak i w miastach. Trzeba jednocześnie zaznaczyć, że wzrosło wtedy przyzwolenie dla nieegalitarnych zasad w ustroju społeczno-gospodarczym (np. brak pełnego zatrudnienia, silne zróżnicowanie dochodów). Z pewnością byłyby to elementy sprzyjające rozpoczęciu już wówczas transformacji ustroju Polski w kierunku kapitalizmu. Natomiast na marginesie znajdowała się problematyka samorządności pracowniczej, o którą tak aktywnie zabiegały środowiska lewicowe. Z tego po raz kolejny wynika, jak nietrafiony okazał się pomysł z samorządem załogi. Okazuje się, że ogół Polaków (w tym i masy związkowe) był znacznie mniej podatny na lewicowe idee niż przywódcy NSZZ „Solidarność” i ich doradcy. To kapitalna zmiana w stosunku do sytuacji z okresu strajków sierpniowo-wrześniowych 1980 r., gdzie postulaty strajkujących pełne były lewicowych złudzeń o charakterze społeczno-gospodarczym, aczkolwiek i wtedy samorząd robotniczy nie budził specjalnego zainteresowania. Drwęski powinien rozumieć, że ta sytuacja nie miała przypadkowego charakteru, jakiejś antysocjalistycznej aberracji większości Polaków, ale u jej podstaw tkwiło mocne strukturalne podłoże. Na początku monografii czytamy: „Ideałem dla polskiego społeczeństwa, w dużej części wywodzącego się z drobnego chłopstwa, pozostawała wciąż, od roku 1944 do 1989, swoboda przedsiębiorczości dla małych gospodarstw, warsztatów, indywidualnych i rodzinnych przedsiębiorstw handlowych, z cenami zakupu i sprzedaży gwarantowanymi przez państwo w ogólnych ramach gospodarki opartej na utrzymaniu tego, co wówczas nazywano zdobyczami socjalizmu, to znaczy porządku opartego na upaństwowieniu wielkich środków produkcji i związanego z tym systemem zabezpieczeń społecznych”. W podsumowaniu stwierdza się, że był to „Rodzaj drobnomieszczańskiego socjalizmu, który nie istniał wówczas ani na Wschodzie, ani na Zachodzie” (s. 28–29) W rozumieniu uczonego z Montrealu powyższe miałoby świadczyć o postfeudalnym za cofaniu Polaków, ale według recenzenta książki mógłby to być świetny punkt wyjścia dla przemian struktury społeczno-gospodarczej Polski po strajkach z lata 1980 r. Nie chodzi łoby tu o żadną rewolucję w kierunku socjalizmu samorządowego, lecz o kolejne kroki na drodze do kapitalizmu, aczkolwiek istotnie różniącego się od modelu istniejącego na demoliberalnym Zachodzie. Co ciekawe, na przełomie roku 1981 i 1982 w Polsce uchwa lono akty prawne umożliwiające taką ewolucję ustrojową, co całkowicie umknęło uwadze ówczesnego kierownictwa NSZZ „Solidarność”. Przecież ustawy z 25 września 1981 r. nie odnosiły się jedynie do regulacji samorządu załogi. Chodziło w nich nie tylko o inne określenie statusu prawnego przedsiębiorstwa państwowego, ale także stworzenie możliwości dysponowania przez nie powierzonym mieniem ogólnonarodowym, w tym zbywania go jednostkom gospodarki nieuspołecznionej, a nawet osobom fizycznym. Na początku lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku określano to mianem małej prywatyzacji. Zawarta w ustawie z 1981 r. o przedsiębiorstwach państwowych zapowiedź powstania przedsiębiorstw mieszanych z udziałem kapitału zagranicznego nie znalazła, co prawda, ustawowej realizacji, ale bez wątpienia świadczyła o postępującym odwrocie od społeczno-gospodarczych podstaw państwa, jakim był PRL u swego zarania. Także niektóre postanowienia ustawy z dnia 26 lutego 1982 r. – Prawo bankowe (Dz.U. z 1982 r., nr 7, poz. 56) są kolejnym przykładem tego odwrotu od społeczno-gospodarczych pryncypiów socjalizmu. W tym przypadku chodziło o przepisy szczególne dotyczące warunków i trybu tworzenia banków w formie spółki akcyjnej z udziałem kapitału zagranicznego. Niestety, także i te rozwiązania prawne nie zostały wprowadzone w życie. I wreszcie nowela kodeksu cywilnego z 26 marca 1982 r. (Dz.U. z 1982 r., nr 11, poz.81) przywróciła normy obszarowe co do wielkości gospodarstw chłopskich na poziomie przyjętym w dekrecie z 7 września 1944 r. o reformie rolnej (Dz.U. z 1944 r., nr 4, poz. 17). Przypomnę, że dla ziem znajdujących się w granicach Polski przed 1 września 1939 r. było to 50 ha, dla terenów poniemieckich zaś dwukrotnie więcej. Nie ulega wątpliwości, że gdyby doszło do realizacji tych rozwiązań prawnych, to już na przełomie roku 1981 i 1982 mógłby się rozpocząć proces transformacji Polski, przynajmniej w wymiarze społeczno-gospodarczym, i to nie w kierunku samorządowego socjalizmu. NSZZ „Solidarność” pełniłby tu funkcję gwaranta, że dokonujące się przemiany prokapitalistyczne nie miałaby jedynie na celu realizacji interesów tworzącej się nowej klasy panującej, ale również że uwzględniano interesy tych, którzy nie znaleźli się w jej łonie. Istotne byłoby również, że nowa klasa panująca nie rekrutowałaby się jedynie z środowisk pochodzenia nomenklaturowego. W tej sytuacji samorząd załogi byłby tylko jednym z elementów nowego ustroju społeczno-gospodarczego Polski i niczym więcej. Nieznajomość przez Drwęskiego tych aktów nie jest czymś nadzwyczajnym, skoro polscy badacze także dotąd nie uwzględniali ich w swoich analizach, a może nawet nie byli świadomi ich istnienia. Dlaczego jednak kierownictwo związku, negocjujące w 1981 r. pakiet ustaw składających się na samorządową reformę gospodarczą, nie brało pod uwagę, jakie instrumenty prawne w ten sposób uzyskało, trudno zrozumieć. Kuroń wspominał, że po przyjęciu stanowiska ze spotkania prezydium Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”, przewodniczących zarządów regionów i doradców, odbytego w Radomiu 3 grudnia 1981 r. był dobrej myśli: „Bo o tym, że załogi stawią opór, byłem wówczas przekonany”. Miałyby to zapewne uczynić w imię ustanowienia samorządowego socjalizmu. Wkrótce okazało się, że stanowiło to kompletną mrzonkę. 13 grudnia 1981 r. za samorządność robotniczą nikt nie chciał umierać, a uczestnikom niezbyt licznych protestów chodziło głównie o uwolnienie internowanych, aresztowanych i skazanych oraz przywrócenie możliwości legalnej działalności związku. Nie powinno to dziwić, gdyż od samego początku idea samorządności robotniczej nie budziła specjalnego zainteresowania wśród związkowców, a jej entuzjastami byli głównie lewicowi opozycjoniści. Idee anarchosyndykalizmu okazały się zatem mało przydatne zarówno dla zrozumienia tego, co miało miejsce w Polsce po strajkach w lecie 1980 r., jak i dla projektowania dalszych przemian ustrojowych. Stało się tak głównie dlatego, że dążenia anarchokomunistyczne były obce masom robotniczym, czego chyba Drwęski w ogóle nie rozumie. Jeśli chodzi o walkę klasową, w sensie przezeń używanym, niewiele jest nam to w stanie wyjaśnić w sytuacji NSZZ „Solidarność” w latach 1980–1990, a jeszcze mniej mówi o okolicznościach restauracji kapitalizmu na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięć dziesiątych. Historia pokazuje, że nie konflikt dwóch klas antagonistycznych prowadził w rezultacie do powstania nowej formacji społeczno-gospodarczej. To nie niewolnicy obalili ustrój niewolniczy ani chłopi pańszczyźniani feudalizm. Za każdym razem nastąpiło to w toku powstawania nowego typu sił wytwórczych, na bazie których formowała się nowa klasa panująca. Co prawda, Karol Marks i Fryderyk Engels upierali się co do wyzwolicielskiej roli proletariatu, który obali kapitalizm, powodując, że przejście międzyformacyjne tym razem na zasadzie wyjątku nastąpi w wyniku walki klas antagonistycznych. Jak wiadomo, do niczego takiego nie doszło. Także upadku socjalizmu nie spowodowali robotnicy przez walkę klasową, a powrót do istniejącego wcześniej typu sił wytwórczych wiązał się z powstaniem nowej klasy panującej, bo przecież nie mogło być inaczej. Dla Drwęskiego samo przejście międzyformacyjne, jakie dokonało się w Polsce, jest nie tylko trudne do zrozumienia, gdyż według Marksa droga miała prowadzić od kapitalizmu do socjalizmu, a nie odwrotnie, ale i do zaakceptowania – chociażby ze względu na związane z tym koszty społeczne. Tę pierwszą kwestię należy wyjaśnić, choć może być to trudne dla człowieka lewicy, a z drugą trzeba się zgodzić, bo chyba niekoniecznie musiało tak być. Marksizm wydaje się jednak bardzo użyteczny dla wytłumaczenia okoliczności zwycięstwa, bo nie powstania, kapitalizmu w Polsce na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Nie trzeba się tu odwoływać do polityki Stanów Zjednoczonych bądź całego Zachodu czy śledzić intryg CIA, ponieważ wystarczy jedynie sięgnąć do teorii formacji społeczno-gospodarczej. W okresie pracy nad Kapitałem Marks pisał: „Na określonym szczeblu swego rozwoju materialne siły wytwórcze społeczeństwa popadają w sprzeczność z istniejącymi stosunkami produkcji albo – co jest tylko prawnym tego wyrazem – ze stosunkami własności, w obrębie których się dotąd rozwijały. Z form rozwoju sił wytwórczych stosunki te zmieniają się w ich kajdany. Wówczas następuje epoka rewolucji socjalnej. Ze zmianą podstawy ekonomicznej odbywa się szybciej lub wolniej przewrót w całej olbrzymiej nadbudowie”. Jeśli teraz spojrzymy, choćby najbardziej skrótowo, na wydarzenia w Polsce po strajkach z lata 1980 r., a w szczególności po wprowadzeniu stanu wojennego, to coraz wyraźniej uwidaczniał się konflikt między rozwojem sił wytwórczych a stosunkami produkcji, których wyrazem było ciągłe wzmacnianie się roli prywatnej własności środków produkcji. Skoro „Solidarność” nie chciała na przełomie roku 1981 i 1982 stać się niejako akuszerką tego przejścia międzyformacyjnego, to kto inny wystąpił w tej roli. To formowanie się nowej klasy panującej, złożonej na początku głównie z przedstawicieli warstw nomenklaturowych, a później też działaczy NSZZ „Solidarność”, i działania podejmowane w interesie budowy kapitalizmu napędzały dokonującą się transformację ustrojową. Emblematyczna wręcz była tu liberalizacja gospodarki dokonująca się pod koniec lat osiemdziesiątych w okresie rządu Mieczysława F. Rakowskiego, zresztą podjęta zbyt późno, co spowodowało chaos z początku lat dziewięćdziesiątych. Po 13 grudnia 1981 r. żadne działania związkowców z „Solidarności”, a później i Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych, nie były w stanie przeszkodzić międzyformacyjnej przemianie Polski od socjalizmu do kapitalizmu. Wielokrotne twierdzenia Drwęskiego, że mogło być inaczej, dowodzą jedynie wręcz dziecięcej wiary w wartość istniejącego socjalizmu. Sprawy mogłyby się potoczyć inaczej jedynie wtedy, gdyby transformacja ustroju Polski została podjęta na przełomie roku 1981 i 1982, do czego istniejący wówczas stan prawny i świadomość większości Polaków stwarzały dobre podstawy. Pozytywną rolę miałaby tu do odegrania także „Solidarność”. Ale i w takiej sytuacji o żadnym socjalizmie samorządowym nie byłoby mowy. Cokolwiek by nie napisać, czas socjalizmu u schyłku lat osiemdziesiątych się skończył. Związek powstały w wyniku strajków z lata 1980 r. mógł jedynie na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zeszłego wieku odegrać rolę czynnika legitymizującego powstawanie nowej formacji społeczno-gospodarczej, dostosowując swój program do zachodzących przemian, na które nie miał praktycznie żadnego wpływu. Drwęski dosadnie napisał, używając języka lewicy, że NSZZ „Solidarność” „Nie była już pasem transmisyjnym ruchu robotniczego, lecz parasolem ochronnym burżuazyjnej władzy” (s. 280). Tak nie musiało być, gdyby kierownictwo NSZZ „Solidarność” po zakończeniu I KZD dokonało syntezy poglądów społeczno-gospodarczych tandemu Kurowski–Macierewicz z umiarem ustrojowopolitycznym Kuronia. Należy jeszcze raz podkreślić, że w takim przypadku samorząd robotniczy niewiele by znaczył w nowej Polsce, a jego zwolennicy znaleźliby się na marginesie rozgrywających się wydarzeń. Jak się okazało, ludziom opozycyjnej lewicy z KSS „KOR” wcale o to nie chodziło. Podjęta przez Brunona Drwęskiego próba odwołania się do samorządu robotniczego w celu określenia tożsamości NSZZ „Solidarność” kończy się niepowodzeniem, a pojęcia zaczerpnięte zarówno z marksizmu, jak i z anarchosyndykalizmu w niewielkim tylko stopniu są nam pomocne w zrozumieniu polskiej rzeczywistości w latach 1980–1990. W dużym stopniu nietrafiony jest także sposób analizy koncepcji „samorządnej Rzeczpospolitej”, wyrażający raczej lewicowe tęsknoty uczonego z Montrealu niż odnoszący się do idei zawartej w Uchwale programowej oliwskiego zjazdu i sporów z tym związanych. Nie znaczy to, że skorzystanie z myśli Marksa dla zrozumienia przemian, do jakich doszło w Polsce po strajkach z lata 1980 r., byłoby zupełnie bezużyteczne. Jednak zamiast odwoływać się jedynie do koncepcji walki klasowej, należałoby raczej sięgnąć do teorii powstania i upadku formacji społeczno-gospodarczych. W efekcie dałoby się dużo więcej zrozumieć z tego, co zaszło w Polsce na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zeszłego wieku.

„Myśl Polityczna” nr 1(7)/2021

 

Bruno Drwęski

 

Odpowiedź na recenzję Lecha Mażewskiego

 

Należy przyznać, że autor niniejszej recenzji włożył wiele trudu, wysiłku i czasu w tę krytyczną pracę. Bez wątpienia podejście książki musiało mu bardzo przeszkadzać, by włożyć tyle pracy w jej metodyczne rozmontowanie. W niektórych kwestiach przedstawił słuszne uwagi krytyczne, ale mam wrażenie, że na ogół przeczytał inną książkę niż ta, którą analizuje. W rzeczywistości chyba chciał promować swoją własną wizję rzeczywistości i dlatego pominął główną część tego, co zostało napisane, aby skoncentrować się na tym, co mogło odpowiadać jego poglądom.

Trzeba przyznać, że wykazuje się on wielką otwartością i powagą, gdyż gotów jest nawet zaakceptować przydatność marksizmu… ale pod warunkiem, że zachowa z niego tylko to, co nie jest fundamentalne, a mianowicie ewolucję formacji społecznych, ekonomicznych i politycznych i rozwoju sił wytwórczych, bez powiązania ich z kwestią podstaw materialnych, społecznych, a więc klasowych. W rzeczywistości nadaje on ton od początku stwierdzając, że w historii przejście od jednej formacji społecznej do drugiej nigdy nie dokonało się za pośrednictwem klasy uciskanej poprzedniego reżimu, wykraczając przy tym poza temat książki, Solidarność. Tak więc niewolnicy nie odegrali chyba(?) żadnej roli w powstaniu chrześcijaństwa, które towarzyszyło przejściu od społeczeństwa niewolników do społeczeństwa feudalnego, a rewolucje angielska, holenderska, amerykańska czy francuska prawdopodobnie nie miały miejsca, a przynajmniej jeśli miały miejsce, to bez udziału burżuazji. I tak rewolucje rosyjska, chińska, wietnamska czy kubańska prawdopodobnie nie miały bazy robotniczej czy chłopskiej, w zależności od przypadku, i w ten sposób dopiero możemy wrócić do tematu, a mianowicie do Solidarności, a tu z pewnością trudno odmówić roli robotnikom.

Ale recenzent nie pisze dokładnie, o jaki typ społeczeństwa oni walczyli, bo nie może tego robić, i gubi czytelnika w labirynt tez strukturalno-formalnych bez korzeni. Z jednej strony wyśmiewa tezę o postfeudalnym/postchłopskim charakterze klasy robotniczej rodzonej po 1945 r., z drugiej zaś ogranicza znaczenie rodzącej się świadomości robotniczej do początku lat 80-tych, co pozwala nie tłumaczyć marginalizacji Solidarności pod koniec 1981 r.

Jest to historia widziana z góry, a nie z dołu, ale to logiczne dla autora podającego się za konserwatystę choć w 1989 r. nie było co konserwować (poza PRLem bo przedwojenna Polska dawno umarła i to definitywnie wtedy), stąd bezdroża “konserwatyzmu bez korzeni” na wschód od Łaby. Chodzi więc przede wszystkim o to, by nie brać pod uwagę rzeczywistej bazy społeczeństwa, jego struktury, kwestii klasowej. Dlatego autor musiał odwołać się do bardzo wątpliwych ogólników o społeczeństwach dawniejszych i poza Polską, które pozwalają mu twierdzić, że kwestia klasowa nie istniała wtedy, tym bardziej więc nie istniała w realnym socjalizmie. Nie rozumiem tylko dla czego ciągle powtarza « uczony z Montrealu » zamiast z Paryża bądź Krakowa. Po co ? O co tu chodzi? A jego pogarda wobec trudu pracy tłumacza i autora posłowia, który przecież prowadził bardzo ważne wątki do refleksji budzi tym bardziej pewną niechęć. Szkoda bo jednak recenzent się napracował i ma coś, widać, w głowie.

 

 

Jarosław Dobrzański

 

          Nieporozumienie czy celowe nierozumienie? Wokół sporu o Solidarność

W odpowiedzi Lechowi Mażewskiemu

 

Nie chciałem odpowiadać merytorycznie na tę recenzję dopóki nie wypowiedział się Autor książki. Teraz więc, po zapoznaniu się z Jego odpowiedzią, dorzucę kilka swoich uwag. Po pierwsze, muszę zwrócić uwagę na ważny aspekt, o którym Bruno Drwęski miał prawo nie wiedzieć, a który w istotny sposób rzutuje na treść owej recenzji. Otóż jej autorem nie jest żaden obiektywny uczony, historyk oderwany od tematu i poddający chłodnej analizie zjawisko społeczne, z którym nic go osobiście nie łączy – jak nadesłana recenzja zdaje się sugerować czytelnikowi. Autorem jest bowiem uczestnik zdarzeń, były działacz intelektualnego pionu ruchu S., który potem stał się czynnym politykiem strony zwycięskiej po 1989 r. – posłem na Sejm – reprezentującym partię o określonej opcji i wizji. I to nie tylko wizji ówczesnej drogi społeczno-politycznego i ustrojowego rozwoju Polski, ale także retrospektywnej wizji najnowszej historii Polski rzutowanej na przeszłość z dzisiejszej perspektywy. Autor broni więc zarazem swojego życiorysu oraz swojej (dość kuriozalnej) interpretacji historii. Na dłuższą metę politykowanie Majewskiemu nie wyszło. Z różnych powodów, o których nie zamierzam mówić (nie będę tu analizował przyczyn, bo nie o niego tu chodzi, lecz o fałszywy obraz książki Drwęskiego, jaki Majewski odmalował w swojej napastliwej recenzji). Wydaje się, że w tej sytuacji drugim najlepszym wyborem kariery dla Mażewskiego okazało się pójście w naukę. Koledzy z S., którzy już wtedy zdążyli opanować uniwersytety, zapewne mogli to ułatwić. I tak polityk Mażewski stał się naukowcem Mażewskim, prawnikiem, specjalistą od problematyki ustrojowej, po drodze będąc uczniem IPN-owskiego nie prawnika, lecz historyka(!) Antoniego Dudka. W czasach obrony kolejnych wypracowań Mażewskiego Antoni Dudek był twardogłowym antykomunistycznym historykiem w typie aktywisty oddelegowanego na front walki ideologicznej (dopiero po uzyskaniu wszystkich nominacji profesorskich dających mu niezależność od władzy ujawnił swoje sympatie polityczne – niby opozycyjne, ale wciąż utrzymane w ramach szerokiego solidarnościowego, poprawnego politycznie dyktatu i dogmatu). Nie twierdzę, że Mażewski eks-polityk nawrócony na naukę ni to prawa, ni to historii nie ma prawa do wypowiadania opinii na temat dziejów Solidarności. Twierdzę natomiast, że skrzętne ukrywanie własnego punktu wyjścia i własnych zaangażowań, tak istotnych w tym przypadku, i kreowanie się na Katona obiektywizmu historycznego to po prostu postępowanie najzwyczajniej nieuczciwe.

 

Po drugie, partią, z ramienia której Mażewski został posłem był neoliberalny KLD. Wcześniej Mażewski znalazł się wśród intelektualnych doradców S w środowisku tzw. gdańskich liberałów, na których czele stali Tusk, Lewandowski, J.K. Bielecki. Ludzie ci, jak wiadomo, od tamtych lat twardo obstają przy słuszności ówczesnego kierunku i sposobu transformacji, mimo że ich ówcześni nauczyciele i późniejsi kierownicy, na czele z Jeffreyem Sachsem, dawno odrzucili tamte metody i cele, uznając je za fundamentalnie błędne teoretycznie i szkodliwe w praktycznym zastosowaniu. Mażewski został do tamtego środowiska dokooptowany przez Lecha Kaczyńskiego, bo wywodził się z nieco innej sekty jajogłowych pomorskich spiskowców osaczających robotniczy związek i narzucających mu się ze swoją “pomocą”. Ta okoliczność tłumaczy nieco odmienny odcień liberalizmu Mażewskiego, a nawet dystansowanie się przezeń od ortodoksji i powoływanie się na konserwatyzm. Tyle tylko, że powoływanie się w 1981 r. na konserwatyzm było niczym więcej niż intelektualną pozą i modą środowisk kręcących się wokół ruchu społecznego, modą wynikającą z  lektur, które były tam wtedy czytane (podrzucane z Zachodu w celu przekładu na polski i drukowania poza cenzurą, „w podziemiu”, za pieniądze CIA). Sam w miniaturowym wtedy krakowskim środowisku konserwatywnych liberałów (czy liberalnych konserwatystów) uczestniczyłem w tych jałowych, czysto literacko-werbalnych sporach o pierwszeństwo słów. Jedynym realnym konserwatyzmem w 1981 r. mogło być bronienie realistycznej linii politycznej z najnowszej historii PRL, a nie dysputy o to czy należy położyć większy lub mniejszy nacisk na elementy liberalne lub konserwatywne w ideologicznym mixie, np. na Friedmana czy może raczej na Hayeka albo może na Burke’a, Michaela Novaka, Oakeshotta, Scrutona lub innego paleokonserwatysty. W tej sztucznej atmosferze wyrastały jak grzyby po deszczu liczne pseudo spory tego typu, które żywiły się wtedy na takim czysto pojęciowym, abstrakcyjnym podłożu, w zupełnym oderwaniu od realiów, co spychało ówczesne debaty, niekiedy bardzo gorące, na manowce rozmaitych utopizmów, czyniąc je sporami sekciarskimi i utrwalając w młodym pokoleniu odwieczną polską chorobę nadmiernego przywiązania do ideologii, a potem do zasady partyjności. Z wymienionych powodów jasne jest, że narracja Drwęskiego, opisująca ruch S w nawiązaniu do historii ludowej oraz do marksizmu, w tym drugim przypadku zarówno w zakresie metodologii jak i – co ważniejsze – aksjologii, nie może budzić życzliwości u autora od prawie pół wieku przywiązanego do thatcheryzmu i rozlicznych odmian liberalizmu w wersji autorytarnej. Autor jednak nie ujawnia swoich ideologicznych sympatii a zarazem podnosi jako zarzut powoływanie się przez Drwęskiego na określony paradygmat (marskistowski), samemu pozując na obiektywistę unoszącego się swobodnie w obłokach bezstronnej naukowości, wolnej jakoby od ideologicznego zakotwiczenia. Wspaniałomyślnie dopuszcza przy tym stosowanie metodologii materializmu historycznego, pod warunkiem uprzedniego pozbawienia go jego kwintesencji, tj. problematyki eksploatacji i konfliktu klasowego.

 

Po trzecie – i jest znów okoliczność wyjaśniająca bardziej przyczyny wrogiego stanowiska autora recenzji do recenzowanej książki niż przyznająca rację jego stanowisku – Mażewski jest sympatykiem szczególnej wizji historii PRL, ruchu Solidarności i transformacji ustrojowej. Mianowicie jest to wizja rehabilitująca dobroczynne skutki autorytaryzmu oświeconej władzy. Lepszy od komunizmu czy też komunistycznego totalitaryzmu, jego zdaniem, jest każdy autorytaryzm, nawet z jakimiś elementami ideologii komunistycznej, ale najlepiej gdyby te elementy zostały sprowadzone jedynie do roli obowiązkowego ornamentu, totemu któremu oddaje się symboliczny hołd, ale który nie ma wpływu na rzeczywistość. Jak wiadomo, pod tym warunkiem niektórzy dawni opozycjoniści gotowi byli warunkowo zaakceptować PRL. Najchętniej zaakceptowaliby PRL z jego ostatniego okresu, pod rządami Rakowskiego, z reformami Wilczka i licznymi niezrealizowanymi projektami (o których mowa w recenzji), które – gdyby zostały wprowadzone w życie w r. 1981 – przyspieszyłyby proces pożądanej przez nich transformacji ustrojowej (czytaj: restauracji kapitalizmu) o całą dekadę. Z tego powodu także Mażewskiemu podobał się urojony wizerunek Jaruzelskiego jako polskiego Pinocheta, wykorzystującego zamach stanu w celu przeprowadzenie liberalnych reform gospodarczych. Mażewski wydaje się ubolewać, że Jaruzelski nie dorósł do tego ideału i że PZPR pod jego wodzą, a wcześniej pod przewodnictwem Rakowskiego, nie skorzystała z osłony wojska i siłowo nie wdrożyła terapii szokowej pod parasolem stanu wojennego. Odziedziczona po Hayeku (autorze niesławnego peanu pod adresem Pinocheta), który w starczym już wieku dwukrotnie pielgrzymował z hołdem do chilijskiego satrapy, sympatia do bonapartyzmu czy zamordyzmu wojskowego kazała Mażewskiemu przychylniej patrzeć i na stan wojenny, i na postać generała Jaruzelskiego, o którego dobre imię dzielnie walczył z innymi politykami i historykami z obozu S. Głoszenie prowokacyjnych tez, jakoby stan wojenny był pierwszym krokiem uczynionym w PRL w kierunku państwa prawa (bo pod rządami generała ustanowiono RPO i TK) spowodowało ostracyzm wobec osobliwej wizji historii we własnym środowisku Mażewskiego i wepchnęło go w objęcia „postkomuny”.

Paradoksalnie przyjazny stosunek do ostatniej ekipy PZPR zyskał Mażewskiemu szczególną przychylność w zbliżonym do post-PRL-owskiej lewicy „Przeglądzie”, który z jednej strony okazał mu życzliwość drukując artykuły Mażewskiego o najnowszej historii PRL, które w innym miejscu mogłyby zderzyć się z politprawną cenzurą, a z drugiej sam czuł się dowartościowany obecnością na jego łamach nie jeszcze jednego nawróconego na postsolidarnościowe ideały kajającego się ex-komucha, ale autentycznego i zasłużonego solidarucha. Na łamach, dodajmy dla porządku, skażonych – w opinii solidaruchów czystych i nieprzekupnych – niegdysiejszą współpracą współtwórców tygodnika z „totalitarnym reżimem”. Niestety redaktorzy udzielający gościny „dysydentowi” z obozu S nie zauważyli, że ceną, którą musieli zapłacić za dobre słowo o bliskich im bohaterach politycznych jest skrajnie antylewicowa i antysocjalistyczna wymowa tekstów Mażewskiego, które zostały opublikowane na łamach lewicowego w ich zamyśle tygodnika. Idąc dalej torem myślenia o rzekomym zastępowaniu „totalitarnej demokracji” przez wyłaniające się z postautorytarnej rzeczywistości „społeczeństwo obywatelskie” Mażewski utrwalał w swojej publicystyce wszystkie dobrze znane fetysze formalizmu prawnego, na czele z mitycznym państwem prawa obudowanym instytucjami (na wskroś przecież politycznymi a w dodatku u swego zarania zniekształconymi przez niską kulturę polityczną i prawną) takimi jak Trybunał Konstytucyjny i Rzecznik Praw Obywatelskich itp, itd. Na podstawie tych pozorów, można by sądzić, że III RP stała się wręcz modelowym państwem prawa. Tylko jak w takim razie wyjaśnić bezprzykładny w skali historycznej i globalnej rabunek własności o gigantycznych rozmiarach – sankcjonowany przez trybunały, rzeczników, sądy powszechne na wszystkich poziomach orzekania, prokuratury, prokuratorię, sejm, samorządy, administracje terenowe i lokalne oraz kolejne parlamentarne rządy – jakim była tzw. dzika reprywatyzacja nieruchomości, by podać tylko jeden przykład nie dający się pogodzić z jakimkolwiek rozumieniem praworządności. Dodajmy, że przed tą patologią po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej nie były w stanie obronić polskich obywateli również europejskie instytucje prawne – niezainteresowane problemem albo bezradne, albo wypowiadające się w oderwanych, pojedynczych sprawach i wtedy zwykle działające na niekorzyść interesu publicznego. Trudno też wyjaśnić, dlaczego tak doskonale skonstruowany i ulepszany w miarę postępów demokracji liberalnej i integrowania się Polski z instytucjami paneuropejskimi instrument prawno-polityczny – demokratyczne państwo prawa III RP, który w dodatku zanalazł się pod rządami oświeconej i zeuropeizowanej partii liberalnej, wspieranej przez równie zeuropeizowaną socjal-demokrację, został obalony przy urnie wyborczej przez partię narodowo-populistyczną, która w dodatku swój sukces powtórzyła w kolejnych wyborach parlamentarnych i prezydenckich, mimo iż podejmowała jawne działania mające na celu jego rozmontowanie.

Po czwarte, Mażewski patrzy na historię S. – jak słusznie zauważył Drwęski – z góry. Nieważne było dla niego to co myśleli i czego chcieli ludzie, ważne były jakieś pisma, jakieś projekty doradców i inteligentów, których Drweski nie przeczytał czy też jeśli przeczytał, to nie uwzględnił w swojej książce ich doniosłej roli. Wśród nich np. wymienia Mażewski jakieś dziwne pomysły Macierewicza i Kurowskiego, spierających się onegdaj z Kuroniem o kształt ustrojowy przyszłej Polski. A także projekty ustaw z przełomu 1981/82, których zbyt lękliwa rzekomo władza nie zdołała przeforsować (o czym już była mowa w punkcie powyżej). Tak czy inaczej, to garstka ludzi miała, w opinii Majewskiego, przesądzić o przyszłym ustroju kraju. I tak się też stało, tylko że nie była to akurat ta garstka, której życzyłby sobie Mażewski w swoich marzeniach o restauracji kapitalistycznej Polski anno domini 1981. Z tego samego powodu między bajki można włożyć powoływanie się Mażewskiego na badania opinii publicznej PAN z 1981 r. jako wiążący dla przemian ustrojowych głos Polaków. Wszyscy wiemy, w jaki sposób przeprowadza się i jaki cel mają badania “opinii publicznej”. Wszyscy historycy pamiętają też w jakim kierunku urabiano w kręgach intelektualnych opinię publiczną w tamtym okresie. Zresztą w przypisach tłumacza i w posłowiu była mowa o kierunku oczekiwań społecznych w owym okresie. Zapewne nie jest przypadkiem, że Mażewski tego nie zauważył. Uwagi tłumacza, o których mowa nie płyną bowiem zgodnie z nurtem ideologicznej wizji recenzenta. Znalazły się zresztą dopiero na ostatnich kartach książki (ss. 343-5 i przyp. 12), w zakończeniu posłowia, więc można być pewnym, że recenzent, zdradzający tak gwałtowną alergię na na wszelkie przejawy lewicowości, nie był w stanie dotrwać do końca tekstu, którego lektura musiała być mu dojmująco niemiła. Nie przeszkodziło mu to jednak w ferowaniu ocen bez pokrycia. Czego by tu nie wymyślić na poparcie naciąganej na siłę tezy Mażewskiego o powszechnym w latach 80. przyzwoleniu społecznym w Polsce dla kapitalistycznej drogi rozwoju gospodarczego, nie da się obronić twierdzenia, że protestującym, czy tylko niezadowolonym, ale biernym, chodziło o oddawnie fabryk, budynków szkół i szpitali ich przedwojennym właścicielom, o zwracania placów z tym co na nich wpierw zburzono w czasie wojny a potem zbudowano za „komuny”, o przywracanie, na podstawie wygrzebanych na pchlim targu lub w antykwariacie bezprzedmiotowych przedwojennych akcji, osobowości prawnej rzekomym nowym zarządom spółek nieistniejących od ponad półwieku w celu uzyskania podstaw do roszczeń majątkowych po tych spółkach, o wydawanie kamienic na podstawie sfingowanych aktów własności 140-letnim spadkobiercom lub ich „kuratorom” itd. Nie sądzę też, by ludzie dopominający się o wolne soboty i rozliczne przywileje socjalne (zapisane wśród postulatów sierpniowych) chcieli likwidacji prawa pracy i zastąpienia stosunku pracy umowami cywilno-prawnymi, by życzyli sobie emerytur kapitałowych, choć jestem pewny, że gdyby w podchwytliwy sposób zapytano ich o jedno i drugie w referendum, nieświadomi konsekwencji mogliby przegłosować szkodliwe dla nich rozwiązania. Trudno też uwierzyć, że życzyliby sobie zlikwidowania ich dawnych miejsc pracy, szkół do których uczeszczali oni i ich dzieci, by chcieli prywatyzacji i likwidacji szpitali oraz ograniczenia dostępu do podstawowej opieki lekarskiej, by marzyli o wieloletnich kolejkach do specjalistów lub płaceniu za drogie operacje, albo że chcieliby masowo emigrować, gdyby wówczas wyobrażali sobie, jakie owoce przyniesie praca na saksach po zaistnieniu ekonomicznych skutków likwidacji żelaznej kurtyny. Krótko mówiąc, zapewne ludzie chcieli lepiej żyć, mniej pracować i więcej mieć. To akurat są życzenia tyleż powszechne, co apolityczne lub ponadpolityczne, w tym sensie, że zawsze będą je zgłaszać tak zwolennicy socjalizmu, jak i kapitalizmu i to pod każdą szerokością geograficzną. W tym sensie można więc powiedzieć, że klasa robotnicza w 1980 r. popierała „kapitalizm”, czyli popierała to co tam się komu w głowie roiło pod tym pojęciem, a że roiło się dobrze wiemy stąd, że nie mogło się roić źle, bo wszyscy „wiedzieli”, że na Zachodzie było lepiej, tylko nie wiedzieli komu i jak długo.

W tym kontekście dorzucę więc jeszcze jedno zdanie, choć jako autor inkryminowanego posłowia wolałbym sprawę pominąć. Zrobiłbym to, gdyby nie sfabrykowane oskarżenie jakobym licytował się z autorem książki na lewicowość. Otóż w żadnym miejscu posłowia nie podjąłem polemiki z autorem. Posłowie, które wedle pierwotnych ustaleń z wydawcą miało być słowem wstępnym, miało za zadanie zachęcenie czytelników do lektury książki oraz ukazanie odmienności zaproponowanego w niej ujęcia na na tle innych prac na temat Solidarności. Postawiłem w nim kilka dodatkowych problemów i rozszerzyłem rozważania na inne poziomy dyskursu, zachęcając do szerokiej dyskusji problematyki demontażu obozu socjalistycznego i transformacji ustrojowej państw postkomunistycznych. To dlatego posłowie stawiało problem transformacji w Polsce na szerszym tle – pytałem w nim o konieczność przekształceń w kierunku kapitalistycznym i o rzekomo nieunikniony i powszechny krach socjalizmu. Stąd obszerna dyskusja na stronach posłowia – na podstawie tekstów w Polsce nieznanych i nigdy wcześniej nie omawianych – kwestii upadku socjalizmu w ZSRR. Mażewski, który upominał się o jakieś pominięte przez Drwęskiego nieistotne papiery doradców S. i zarzucał autorowi ich bagatelizowanie, tym razem nie docenił propozycji spojrzenia na problematykę w szerszym kontekście międzynarodowym i nie pochwalił przywołania nieznanej w kraju literatury przedmiotu. To mnie nie dziwi, gdyż jak wiadomo wśród solidarnościowych “kombatantów” wciąż panuje mesjanistyczny mit Polski zbawiciela świata od komunizmu. Moja korekta nie mogła przecież naruszyć tej świętej wiary każdego prawdziwego Polaka, który miał swój udział w tym dziele lub się z nim utożsamia, więc w tym sensie posłowie nie mogło wnieść nic ważnego ani odkrywczego. Posłowie porównało też spojrzenie na Solidarność zaproponowane przez Drwęskiego z uważaną na Zachodzie za standardową pracą Davida Osta. Oczywiście Ost także nie mógł i nie zrobił wrażenia na zadufanych w sobie styropianach, o ile w ogóle go czytali, bo jak wiemy, oni najchętniej czytają tylko samych siebie a większość z nich sprawia wrażenie, jakby od 40 lat nie przeczytała niczego. Uwierzyli, że sami wyzwolili świat z komunizmu i totalitaryzmu sowieckiego i sami najlepiej umieją objaśnić ten proces, który niestety rozegrał się tylko w ich głowach. Mażewski dokonał tego objaśnienia w nieco niestandardowy z punktu widzenia dziś panującego dogmatu historycznego sposób, więc ze swoimi teoriami musiał się długo błąkać po opłotkach publicystyki historycznej, korzystając z uprzejmości ledwo tolerowanego przez mainstream „Przeglądu”, u redaktorów którego znalazł uznanie za nieskrywaną sympatię do Rakowskiego i Jaruzelskiego, w których większość ideologów obozu Solidarności widzi nadal „komunistycznych zbrodniarzy”.

Dlatego lekceważące i bezpodstawne słowa Mażewskiego o nic nie wnoszącym posłowiu potraktuję jedynie jako typowy przykład niezbyt wzniosłej i wielkodusznej kultury polemiki, tak charakterystycznej niestety dla polskiej publicystyki politycznej ostatnich lat. Zapewne posłowie wniosłoby – zdaniem Mażewskiego – wiele, gdyby powtórzyło lub choćby tylko przywołało w dyskusji jego kuriozalne wyjaśnienia historyczne. Być może brak nazwiska recenzenta w indeksie – nie wymienił go ani Autor książki, ani ja – poruszył jakąś czułą strunę.

Na zakończenie kamyk, a właściwie głaz, do ogródka wydawcy książki. Jako tłumaczowi wielokrotnie oberwało mi się niezasłużenie za niefortunny i bezsensowny tytuł wydania polskiego, przeciwko któremu usilnie, acz bezskutecznie protestowałem, przedstawiając zresztą kilka alternatywnych tytułów, włącznie z dosłownym tłumaczeniem. Na tę sprawę zwrócił uwagę chyba każdy z recenzentów książki, tak życzliwych, jak i skrajnie nieprzychylnych, jak Mażewski. Niech więc zostanie w tym miejscu odnotowany mój publiczny protest przeciw sposobowi postępowania wydawcy, który siłą narzucił autorom (książki i przekładu) błędną decyzję. I to w tak istotnej dla dzieła kwestii. Cóż może być bardziej integralną jego składową niż tytuł. Kierując się fałszywie pojętym marketingiem i szukając chwytliwego tytułu w celu zwiększenia sprzedaży, przekroczono granice ingerencji i granice własności intelektualnej. Takie postępowanie – gdzie decyzję podejmuje nie twórca, ale jakieś niejawne grono osób, w dodatku, jak się okazało, jawnie niekompetentnych, jest naganne etycznie. Jest to objaw braku poszanowania dla cudzej pracy. Co razi jeszcze bardziej w przypadku instytucji odwołującej się do ideałów i wartości lewicy. Jak słyszę książka cieszy się od początku sporą popularnością wśród czytelników i jest jednym z liderów sprzedaży. Jestem pewien, że nie jest to zasługa tytułu i że popularność ta nie byłaby słabsza, gdyby zachowany został tytuł oryginału lub nadany inny, ale dokładnie oddający jej zawartość.

Są w recenzji Mażewskiego fragmenty kompromitujące i za sprawą jego ideologicznego subiektywizmu prawie komiczne. I tak, wedle jego logiki nigdy nie miała miejsca żadna  rewolucja w Rosji (bo tak jak niewolnicy nie obalili niewolnictwa, tak robotnicy nie obalili nigdzie kapitalizmu itp.), ani żadne inne znane z podręczników historii rewolucje. O tym, że w Rosji wrzało przez ostatnią ćwierć XIX w, a proces rewolucyjny trwał przynajmniej od początku XX i wygasł (i to na jakiś czas) po tym jak okrzepło nowe państwo radzieckie napisano na świecie setki tysięcy stron. Tymczasem kuriozalny i motywowany jedynie nienawistnym antykomunizmem pogląd, że było inaczej wcale nie jest w Polsce odosobniony. Z setek książek o rewolucji 1917 i tysięcy artykułów opublikowanym na świecie do Polski, poza nielicznymi wyjątkami, dotarła tylko niewielka, starannie wyselekcjonowana część, w tym książka skrajnie niechętnego komunizmowi Pipesa, który przedstawił to epokowe wydarzenie jako zamach stanu dokonany przez garstkę obłąkańców. W Polsce jeszcze wzbogacono to ujęcie obiegowymi teoriami o spisku żydowskich bankierów z Nowego Jorku z niemieckim sztabem generalnym, który razem z Leninem dostarczył rewolucję z Berlina prosto do Petersburga zaplombowanym pociągiem. A co w takim razie z resztą Rosji?

Ponadto, rzeczywisty obraz historycznego następstwa formacji społeczno-ekonomicznych był zupełnie inny niż twierdzą zwolennicy rewolucji i udziału ludu, zdaniem gniewnego recenzenta, w którym obudził się historiozof na miarę Marksa. W tej sprawie wszyscy dotąd błądzili i Mażewski niespodziewanie objawił się jako kustosz prawdziwego materializmu historycznego. W jego recenzji, niczym nowy Engels, przemówił prawowierny interpretator „Kapitału”: o zmianie ustroju decydowały za każdym razem siły wytwórcze. (Zaznaczmy, że marksiści mówili o wielopłaszczyznowych sprzecznościach, ale mniejsza z tym, zostawmy marksistów marksologom). Musimy jednak dodać, że siły wytwórcze to także ludzie, w tym buntujący się lud. Prócz tego wypada zapytać o te przełomowe zmiany technologiczne. I tu docieramy do komedii czy może raczej farsy. Zapytajmy autora, jakież to nowatorskie siły wytwórcze ujawniły się w Jastrzębiu, Szczecinie, Gdyni i Gdańsku w 1980 r., którym przestały już odpowiadać dotychczasowe stosunki społeczne, i które nagle zmieniły oblicze świata (bo jak twierdzą apologeci S., to 16-miesięczny polski karnawał zmienił Polskę; i nie tylko Polskę, ale przy okazji cały świat, który od tej chwili zaciągnął wobec niej kolejny dług wdzięczności nie do spłacenia)? Czy w późnym PRL wymyślono nową broń międzygalaktyczną, może internet albo sztuczną inteligencję? A może chociaż dokonała się wówczas jakaś rewolucja w przemyśle górniczym i stoczniowym? Mażewski natężył i nadął się mocno od samego początku i zaczął swe krytyczne dzieło z nadmierną powagą, udając uczonego przyczynkarza, a zakończył tak, jak kończy się w Polsce wszystko co nadmiernie poważne – w tonie niezamierzenie kabaretowym.

Zastanówmy się na koniec, jaki morał płynie z tej lekcji historii? Mażewski oskarżał doradców S. o zepchnięcie ruchu na manowce lewicowego utopizmu, nie zauważając jak szybko i głęboko zmieniała się rzeczywistość od początku lat 90. I to nie tylko w Polsce czy na wschód od dawnej żelaznej kurtyny, lecz także w samym centrum kapitalistycznego Zachodu. I to zmieniała się wcale nie w kierunku postulowanym czy pożądanym przez konserwatywnych liberałów. Tak jak każda utopia bowiem, neoliberalizm też posiada zdolność wywoływania skutków – przeciwnych do zamierzonych i deklarowanych. Mażewski nie dostrzegł tego, jak lekkomyślnie i w rewolucyjnym wręcz tempie, z zastosowaniem nadzwyczajnych środków, bezrefleksyjnie, bez poszanowania zasad demokracji, praworządności i zwykłej roztropności, i bez zwracania uwagi na gigantyczne koszty społeczne, zastępowano w Polsce nieudaną próbę realizacji państwowej utopii socjalistycznej wtrąceniem kraju w otchłań utopii neoliberalnej. Nie zauważył też pospiesznego wycofywania się zachodnich elit z polityki „chwalebnego trzydziestolecia”, która w swoim czasie doprowadziła społeczeństwa zachodnie do względnego dobrobytu, którego pozazdrościły im masy ze wschodniej części kontynentu. Ten odtrąbiony wraz z „końcem historii” odwrót dowiódł przecież, że kapitalizm z ludzką twarzą był jedynie maską założoną na chwilę dla podtrzymywania pozorów zachodniej przewagi i w celu stałego podsycania głodu konsumpcyjnego blichtru na Wschodzie. Oligarchia kapitału jednocześnie oszukała swoje własne, jak i obce społeczeństwa. Bardziej humanitarne welfare state, mityczne „państwo dobrobytu”, zostało błyskawicznie wycofane i skasowane, gdy tylko zniknął straszak eksportu rewolucji komunistycznej z ZSRR. Mażewski nie dostrzegł też kolejnych odsłon bankructwa neoliberalnej ortodoksji w postaci coraz częściej powtarzających się fal kryzysów w systemie kapitalistycznym na obu półkulach, na wszystkich kontynentach, które zdołała zarazić epidemia ideologii ekonomicznej tak celnie opisana (nie przez Fidela Castro, Naomi Klein czy Che Guevarę przecież, ale przez rozsądnego republikańskiego prezydenta USA Busha seniora, którego wtedy nie posłuchano) jako „voodoo economics”. Kulminowały one wielkim kryzysem z lat 2007-2009, w czasie którego wypracowano nową metodę pozorowania prosperity – „luzowanie ilościowe”. Odkryto, że „fiducjarny”, fikcyjny pieniądz można generować sztucznie i dowolnie, tak długo, jak długo trzyma się w jednych rękach podstawowe instrumenty sterujące światowym systemem. Tyle tylko, że świat centralnie sterowany z giełdy nowojorskiej i całego sztafażu firm ratingowych i konsultingowych nie tylko osłabł wewnętrznie, ale i skurczył się w ostatnich latach, bo na drodze jego dalszej ekspansji stanęła stale rosnąca potęga gospodarczo-polityczna Chin, podczas gdy Rosja, po chwilowej zadyszce spowodowanej chaotyczną „demokratyzacją” i kleptokratyczną westernizacją pod dyktando MFW i Departamentu Stanu USA, odzyskała wolę i determinację do poszukiwania własnej drogi rozwoju. Dziś wystarczy krótki weekendowy wypad do dowolnej stolicy w Europie zachodniej, by naocznie przekonać się o gigantycznych, katastrofalnych rozmiarach implozji tamtejszego systemu ekonomicznego i politycznego spowodowanej zastosowaniem neoliberalnej „terapii” jako broni masowego rażenia. Proszę choćby przykładowo porównać wygląd ulic paryskich z połowy lat 70. z ich obecnym stanem, przypominającym bardziej nędzę trzeciego świata czy obraz cywilizacji nazajutrz po armagedonie niż dawną okazałość i świetność. Można by dużo pisać o prekaryzacji pracy, o upadku klasy średniej, o ogólnej deterioracji społecznej, ale do umysłów zablokowanych nic nie dotrze. Akurat pod względem prekaryzacji pracy Polska jest liderem w Unii. Mamy największe przyzwolenie na umowy śmieciowe i największą ich relatywną liczbę wśród zatrudnionych. Niektórzy apologeci neoliberalnych praktyk są bardzo nieszczęśliwi – nie z tego powodu wszakże, o którym tu mowa, lecz dlatego, że nie udało się cenzurze medialnej usunąć z języka publicznego określenia „umowy śmieciowe”. Mażewski nic z tego nie zauważył, bo w swoim myśleniu o świecie utkwił na poziomie lektur sprzed 40 lat, gdy młodym, intelektualnie bezbronnym i podatnym na nowe wrażenia i niezadowolonym z ówczesnego status quo ludziom sprytnie podsuwano jednostronny obraz świata, z manichejskim podziałem na imperium zła („komunizm”) i krainę szczęśliwości (zachodni dobrobyt). Nieznający Zachodu, ani tym bardziej stosowanych przezeń – tak wobec własnych społeczeństw, jak i na zewnątrz –  metod zapoczątkowanych przez amerykańskie nauki społeczne i rozwiniętych przez korporacje (technik manipulacji opinią publiczną i sposobów wytwarzania postaw przyzwolenia i konformizmu) zauroczeni Zachodem młodzi ludzie dali się zwieść kolejnej utopii. Można tę epistemiczną bezradność zrozumieć, usprawiedliwić i wybaczyć w przypadku studentów, którzy szukając ujścia dla swej młodzieńczej energii i zapału do zmiany świata na lepsze dali się  nabrać na propagandę Zachodu w 1981 r. Można zrozumieć uporczywe trwanie przy skompromitowanych ideach przez 40 lat, zwłaszcza gdy ich zdezawuowanie musiało by oznaczać zaprzeczenie własnemu awansowi społeczno-ekonomicznemu i podważałoby całą dotychczasową drogę życiową małej części pokolenia, które wygrało dzięki nieuczciwej i niesprawiedliwej transformacji. Ale nie można wybaczyć starcom premedytowanego odrzucenia prawdy i okopania się, wbrew protestom ze strony teorii i doświadczenia, na pozycjach ideowych sprzed kilku dekad, nawet jeśli dla części z nich przyznanie się do błędu musiałoby wywołać potężny dysonans poznawczy i moralny, bo podtrzymywanie tego zbiorowego solipsyzmu jest równoznaczne z zakłamywaniem rzeczywistości i poświęcaniem interesów większości dla niezasłużonych korzyści odniesionych przez częściowo wybraną a częściowo przypadkową mniejszość.

Nie jest wykluczone, a nawet jest bardzo prawdopodobne, że marzenia o samorządnej rzeczpospolitej były w 1980 r. jedynie mrzonkami bez szans na urzeczywistnienie. Były jednak treścią autentycznych dezyderatów, podobnie jak na wskroś socjalistyczne w swoim sensie postulaty komitetów strajkowych, o których dziś niewygodnie jest mówić, bo rzeczywistość jaką po dojściu do władzy Solidarności zafundowano strajkującym kiedyś robotnikom była nie tylko ich zupełnym przeciwieństwem, ale jawną kpiną z wszelkich dążeń do polepszenia podstaw bytowych, które uznano za anachroniczną i anarchistyczną roszczeniowość homo sovieticusa. Wartość książki Drweskiego sprowadza się więc do tego, że ukazuje ona sprzeczność między uświęconym w oficjalnej polityce historycznej wizerunkiem ruchu społecznego a prawdą historyczną. Dziś wiemy, że system neoliberalny się wyczerpał. Być może syndykalizm związku S z 1980 r. był odpowiedzią niedostosowaną do ówczesnych i obecnych realiów, ale był jakąś próbą odpowiedzi i być może był sygnałem ostrzegawczym, upominającym jakiej drogi należało uniknąć. Jaki ma sens poznawczy wyśmiewanie się dziś z tamtych nieporadnych dążeń? Jaki jest w tym moralny sens, by w obliczu krachu systemu zachodniego, kiedy w beznadziejnej sytuacji szuka się po omacku alternatywnych dróg wyjścia, naigrawać się z brutalnie przekreślonych z marzeń milionów zwykłych ludzi i ich nadziei na lepsze jutro, podczas gdy w dalszym ciągu uprawia się nachalną promocję wypranej z realnej treści idei solidarności jako najlepszej polskiej marki i największego polskiego dobra eksportowego – w kraju, w którym doszczętnie i na każdym poziomie zniszczono wszelkie przejawy jakiegokolwiek solidaryzmu społecznego?

Jest coś charakterystycznego w polskiej (a może także w postkomunistycznej) mentalności, co każe ludziom nadmiernie przywiązywać się do rozmaitych idei, koncepcji i postaci, również wtedy, kiedy nie mają lub nie powinny mieć one u nas zastosowania, a nawet wtedy, gdy nie mogą nas w ogóle dotyczyć. Kiedy pojawiła się na świecie Thatcher, szybko za sprawą swej brawurowej i brutalnej polityki znienawidzona przez Brytyjczyków, Irlandczyków i większość świata, w Polsce (ale później również w innych państwach dawnego obozu socjalistycznego, od Albanii po ZSRR, nie wykluczając na ogół rozsądnych w przeszłości Czechów) uznana została na politycznego i ekonomicznego guru (ona sama znalazła swojego guru w osobie odkrytego na nowo, lekceważonego przez pół wieku, anachronicznego ideologa ekonomii, Hayeka, który udzielał jej osobistych korepetycji). Kiedy pojawił się Reagan, a wiele lat później Trump, Polacy zachowywali się podczas amerykańskich wyborów prezydenckich tak, jakby sami mogli w nich brać udział, a jedna gazeta krajowa i co najmniej jedna telewizja w Polsce uznały zgodnie, że to polskie głosy (polonusów zza oceanu) przesądziły o sukcesie wyborczym tego drugiego (nie uwierzyłbym, gdybym nie usłyszał tego na własne uszy). Ten stan całkowitego oddania się we władanie ideologii dotknął nie tylko zwykłych przechodniów, ale przede wszystkim polityków i naukowców działających w tzw. naukach społecznych. Kiedy więc polski historyk czy prawnik, zwolennik neokonserwatyzmu, zajmuje się praktycznymi kwestiami gospodarczymi, to nie potrafi się oderwać od swojej ideologii i uważa, że ma ona dla niego w każdej sprawie i w każdej sytuacji charakter obligujący. Jeśli więc wyznaje liberalizm gospodarczy w duchu Hayeka, to zarazem z jakiegoś powodu uważa, że w Polsce w latach 90. konieczne było wprowadzanie od góry, na siłę, metodami rewolucyjnymi – a więc wbrew przepisom teorii Hayeka, wroga konstruktywizmu i zwolennika spontanicznej ewolucji, katalaksji – neoliberalizmu; potrzebne i zbawienne miało być wdrożenie go dosłownie, co do litery i w najskrajniejszy możliwy sposób, wraz z cofaniem utrwalonych od lat skutków prawnych, z wywracaniem porządku społecznego do góry nogami, z masowym likwidowaniem i wyprzedawaniem za bezcen także zdrowych państwowych przedsiębiorstw czy z bezmyślną reprywatyzacją, cofającą stan prawny nawarstwiony przez kilkadziesiąt lat i wtrącającą realny majątek i życie realnych ludzi w próżnię czarnej dziury po zlikwidowanej PRL. Tymczasem, gdy na ten temat wypowiadają się ludzie w miarę rozsądni, to okazuje się, że potrafią oni oddzielić swoje własne przekonania polityczne czy ideologiczne od kwestii czysto pragmatycznych. By nie przeciągać wywodu, zilustruję to jednym, ale wymownym przykładem. Robert Service jest znanym brytyjskim historykiem Rosji (kiedyś był sowietologiem, ale ten przedmiot wiedzy uległ likwidacji), jednym z wybitniejszych w tym fachu. Nie wiem czy jest znany w Polsce i obawiam się, że raczej nie jest, choć niektóre z jego prac (nie te najważniejsze) przełożono na język polski (nie sprawdzałem, jak dobrze). Z racji studiów doktoranckich w przedmiocie historii Rosji odbytych na Zachodzie, na amerykańskim uniwersytecie, posiadam w swojej bibliotece wiele jego książek (prawie wszystkie), które nabywałem w czasie studiów, jak i  później. Tych, którzy spodziewają się, że dla poparcia moich niepoprawnie „lewackich” opinii przywołam tu jakiegoś „pożytecznego idiotę” z amerykańskiego kampusu ostrzegam, że srodze się zawiodą. Mógłbym oczywiście zacytować wielu autorów życzliwych wobec socjalizmu, a nawet komunizmu, ale nie o to chodzi, by wzmacniać takie czy inne stanowisko ideowe, lecz o kwestię uczciwości intelektualnej. Service, oczywiście, nie ukrywa swoich poglądów. Wiadomo powszechnie, że nie jest lewicowcem. Przeciwnie, znany jest ze swego konserwatywnego stanowiska w sprawach polityki wewnętrznej UK, jak i w sprawach międzynarodowych. Nie kryje się też ze swoim antykomunizmem i antysocjalizmem, a o ZSRR pisze bez jakiegokolwiek śladu życzliwości dla jego ideologii, historii czy kolejnych przywódców KPZR. (W czasie spotkania z czytelnikami podczas promocji swojej książki o Trockim miał powiedzieć, że mimo udanego zamachu na jego życie, zleconego przez Stalina, Trocki jest wciąż żywy, a co więcej za sprawą brutalnego zabójstwa stał się męczennikiem i symbolem, więc jeśli czekan nie był w stanie go wykończyć, to on, Service, liczy na to, że dokona tego wreszcie ta książka). Trudno chyba byłoby znaleźć bardziej prawicowego niż on autora pośród obecnie czynnych na Zachodzie historyków Rosji o międzynarodowej renomie, choć większość z nich ma dziś prawicowe poglądy. Nie muszę dodawać, że nie jest on moim ulubionym autorem (to mało powiedziane) – nie tylko i nie głównie z wymienionych powodów, ale nie to jest teraz ważne. A jednak gdy Service referuje np. politykę gospodarczą Rosji pod rządami Jelcyna – która, dodajmy na marginesie, dyktowana była, tak jak w polityka w Polsce w latach 90., przez tych samych międzynarodowych guru neoliberalnej terapii szokowej – to nie tylko nie znajduje on żadnego zrozumienia i wytłumaczenia dla tak monstrualnego przykładu irracjonalizmu politycznego, ale nie zostawia suchej nitki na tym przejawie samobójczego szaleństwa, które o mały włos nie doprowadziło do upadku Rosji. A przecież jako zdeklarowany konserwatysta a na dodatek antykomunista powinien – za przykładem polskich Thatcherystów-antykomunistów – wynosić tę antyrosyjską politykę Jelcyna pod niebiosa. Życzyłbym sobie i polskiej humanistyce, by nastały kiedyś w Polsce takie czasy, w których autentyczni uczeni polscy, mający takie czy inne osobiste przekonania polityczne, ale nie urzędnicy uprawiający politykę historyczną, będą w stanie pisać uczciwe i prawdziwe książki o przeszłości, umiejętnie oddzielając własne poglądy i preferencje ideologiczne od rzetelnej oceny zjawisk, które poddają analizie i interpretacji historycznej. Może wtedy zdobędą się oni na oddzielenie historii od mitologii historycznej obarczonej nieznośnym balastem zaściankowego polonocentryzmu, pseudonarodowych odruchów, ksenofobicznych stereotypów i mesjanistycznych urojeń.

Na koniec być może drobna, być może ujawniająca coś poważniejszego uwaga o irytującej formie „uczony z Montrealu”, w jakiej recenzent pisze o autorze i którą w kółko powtarza niedorzecznie. Ustrzegłby się przed tym błędem, gdy zadał sobie trud przeczytania choćby tylko pierwszych czterech stron nic nie wnoszącego posłowia, bo tam, na stronie 298, niżej podpisany zawarł obszerniejszą notkę biograficzną autora, z której wprost wynika, że urodził się i spędził dzieciństwo w Kanadzie, po szkole średniej wyjechał na studia do Europy – najpierw do Polski a potem do Francji – i tam też, a dokładnie w Paryżu, rozpoczął w 1981 r. swoją pracę naukową, którą kontynuuje tamże do dziś. Na tylnej okładce znajduje się skrócona wersja tej notki z Montrealem w pierwszym jej zdaniu. Chciałbym się mylić, ale być może sposób recenzowania książek przyjęty w Polsce polega na obejrzeniu okładek, spisu treści i pobieżnym przekartkowaniu wnętrza.

10% RABATU
Bądź zawsze dobrze poinformowany o nowych produktach oraz specjalnych promocjach tylko dla odbiorców Newslettera.

Zapisz się na nasz newsletter i odbierz powitalny prezent: -10% rabatu na pierwsze zamówienie książkowe.
Kod zniżkowy ważny będzie przez 7 dni.
Otrzymasz go tylko wtedy, gdy zapiszesz się przez ten formularz!
    ZAPISZ SIĘ
    Wyrażam zgodę na wykorzystywanie przez Fundację Oratio Recta powyższych danych do wysyłki newsletterów zawierających informacje o nowych numerach czasopisma, książkach wydanych przez fundację oraz o innych prowadzonych przez nas działaniach.
    ×

    Podgląd e-maila :

    Jeśli nadal zastawiasz się co mi kupić na prezent, nie musisz już szukać!

    KUP TERAZ

    Ustawienia wiadomości