Sklep

  • UDOSTĘPNIJ:

Nowa Huta – wyjście z raju

Książka Leszka Konarskiego znalazła się wśród 15 finalistek GRAND PRESS – Książka Reporterska Roku 2020!

Historia 70 lat Nowej Huty, od 1949 roku do dnia dzisiejszego, o tych, którzy budowali socjalistyczne miasto, i tych, którzy socjalizm obalali, bez podziału na złą i dobrą władzę, o mieszkańcach i hutnikach, ich marzeniach o idealnym mieście i szczęśliwym życiu.

Więcej o książce:
Nowa Huta – wyjście z raju

49,00 

Na stanie

Kup dla mnie

Opis

Ta książka to reporterska opowieść o siedemdziesięciu latach Nowej Huty – od 15 czerwca 1949 roku i wbicia łopaty w miejscu budowy pierwszego bloku mieszkalnego aż po wygaszenie 23 listopada 2019 roku ostatniego wielkiego pieca w kombinacie metalurgicznym. Leszek Konarski historii Nowej Huty nie dzieli na czas lepszy i gorszy. Pisze o mieszkańcach Nowej Huty i pracownikach kombinatu metalurgicznego; zarówno o tych, którzy we wczesnych powojennych latach uwierzyli w możliwość zbudowania idealnego miasta i miejsca pracy, i temu celowi poświęcili całe swoje życie, jak i o tych zwalczających później wypaczenia socjalizmu, którzy tych pierwszych potępili i skazali na zapomnienie. Jedni i drudzy mieli swoje ideologie, ale takie same pragnienia – wszyscy chcieli mieć własne mieszkania, dobrą pracę, rodzinę i cieszyć się życiem w najpiękniejszym z miast, które sami dla siebie zbudowali. Marzenie o szczęściu było ważniejsze niż polityka. Co z tego raju zostało?

Od prawie pół wieku Leszek Konarski śledzi losy mieszkańców Nowej Huty i pracowników kombinatu metalurgicznego, pisząc o nich w „Dzienniku Polskim”, „Polityce”, „Życiu Literackim”, „Przeglądzie Tygodniowym”, teraz w „Przeglądzie”. Nieodmiennie fascynowały go i fascynują nadal życiorysy tych, którzy owładnięci byli ideą zbudowania idealnego miasta, zapewniającego wszystkim szczęśliwe życie. Jako reporter kontaktował się z dyrektorami, sekretarzami partii, funkcjonariuszami związkowymi, ale spotykał się i rozmawiał przede wszystkim ze zwykłymi ludźmi – zarówno w ich mieszkaniach, jak i na stanowiskach pracy w hucie, w dzień, a nierzadko podczas nocnych zmian i wydarzeń. Do dziś zwierzają mu się ze swoich problemów, a rzecz, która ich najbardziej boli, jak zauważa w swej książce, „to wychwalanie tych, którzy obalili tu komunizm, a brak szacunku dla tych, którzy Nową Hutę zbudowali”.

LESZEK KONARSKI (ur. 1941) – dziennikarz tygodnika „Przegląd”, wcześniej reporter „Dziennika Polskiego” i „Przeglądu Tygodniowego”, autor sztuk teatralnych, scenariuszy filmowych. Na podstawie jego reportaży został zrealizowany serial telewizyjny Tulipan i film fabularny Czarodziej z Harlemu. W latach 2009 i 2018 nominowany do nagrody Grand Press za najlepszy news w polskiej prasie.

W lutym 2020 roku Nowa Huta zajęła pierwsze miejsce w rankingu na najlepszą europejską dzielnicę mieszkaniową, przeprowadzonym wśród czytelników brytyjskiego dziennika „The Guardian”. Spośród społecznych i architektonicznych atutów tej dzielnicy Krakowa największe uznanie czytelników pisma wzbudziły: atrakcyjność i wygoda zagospodarowania miejskiej przestrzeni, wszechobecna zieleń, różnorodne możliwości spędzania wolnego czasu, ale również oryginalność wysokiej klasy zabytków socrealizmu.
„The Guardian” w komentarzu do tego werdyktu wspomina też o walorach historycznego centrum Krakowa, ale zaprasza przede wszystkim do Nowej Huty, dawnego „robotniczego raju”, którego założenie urbanistyczne, a zwłaszcza szerokie, zacienione aleje zapewniają rzadko już spotykany w wielkich metropoliach komfort swobodnego poczucia rozległości miejskiej przestrzeni.

Informacje dodatkowe

Waga 0.664 kg
ISBN 978-83-64407-69-7
Oprawa miękka ze skrzydełkami
Liczba stron
352
Format 165×235 mm
Waga
664 g.
Data wydania Warszawa 2020
Autor Leszek Konarski
Wydawca Fundacja ORATIO RECTA

SPIS TREŚCI

  • Wyjście z raju
  • Szczęście dla wszystkich
  • Pierwsze lata budowy Nowej Huty (ilustracje)
  • W kufajkach i gumiakach
  • Przedwojenni fachowcy
  • Ostatni projektant
  • Troska o klienta
  • Specjaliści od cementu
  • Zatkane WC
  • Na ołtarzu i w łóżku
  • Huta na ściernisku (ilustracje)
  • Usługi dla szefów
  • Genialni racjonalizatorzy
  • Kapuś ze zgniatacza
  • Zajob z martenów
  • Idiota z konwertorów
  • Skutki dokręcania śrubki
  • Tajny umysłowy
  • Podatek dla mistrza
  • Niewidzialni hutnicy
  • Ustalanie wyników
  • Nowy budowniczy
  • Miłość na suwnicy
  • Gwałt w świetlicy
  • Seks w koksowni
  • Czytają, nie pracują
  • Umarła klasa
  • Wizytówka socjalizmu (ilustracje)
  • Najazd Japończyków
  • Jałowe rozmowy
  • Wszyscy oszukują
  • „Kuzyn” tworzy „Solidarność”
  • Nocne zwierzenia
  • Rząd w sklepie
  • Kiedy będzie lepiej?
  • W stanie wojennym
  • Jeden szczęśliwy
  • Dzień powszedni i świąteczny Nowej Huty (ilustracje)
  • Coraz więcej niezadowolonych
  • Emeryci finiszują
  • Związkowy biznes
  • Przybysz z Nowego Jorku
  • „Wałęsa” z kryminału
  • Żegnaj Włodziu!
  • Stare nawyki
  • Z Ukrainy przez Lozannę
  • Sami pośrednicy
  • Ulice są nasze
  • Dosyć kościołów
  • Literaci jak szczury
  • Włodziu wróć!
  • Bez wypłaty
  • Przeciw „Solidarności”
  • Mleczny jak stal
  • Plac dla Reagana
  • Kaczyński nie przeszedł
  • Nowohuckie plakaty (ilustracje)
  • Idzie nowe
  • Gaszenie pieca
  • Bez żywicielki
  • Park ZUS-owców
  • Park Kulturowy
  • Skwer dla budowniczych
  • Najważniejsze daty z historii Nowej Huty
  • Indeks

Gazety i rozgłośnie radiowe poinformowały, że 24 lutego 1949 roku, w czasie obrad sekretariatu Komitetu Centralnego PZPR zapadła decyzja o budowie we wsi Mogiła pod Krakowem kombinatu metalurgicznego i miasta, o nieustalonej jeszcze nazwie, w którym zamieszkają przyszli pracownicy. To będzie pierwsze w Polsce prawdziwie socjalistyczne miasto, bez podziału na bogate centrum i dzielnice proletariackie, z komfortowymi domami otoczonymi zielenią, wieloma sklepami, żłobkami, przedszkolami, szkołami, domami kultury, kinami, stadionami sportowymi, parkami. W tym mieście wszyscy będą sobie równi, nie będzie podziału na biednych i bogatych.

⁕ ⁕ ⁕ ⁕ ⁕

Przygotowania założeń urbanistycznych i projektu tej największej w dziejach Polski inwestycji miejskiej, przewidzianej początkowo na 60 tysięcy mieszkańców, a dzisiaj trzystutysięcznej dzielnicy Krakowa, podjęła się grupa architektów z inż. Tadeuszem Ptaszyckim na czele. Do swojego zespołu Ptaszycki przyjmował architektów po studiach na najlepszych europejskich uczelniach, kolegów przybyłych z Londynu, choć mieli w papierach, że nie popierają władzy ludowej. Dla niego liczyły się umiejętności, a nie poglądy i przynależność partyjna.

Inżynier Ptaszycki, który sprawdził się już przy odbudowie Wrocławia, cieszył się wielkim autorytetem i dzięki temu władze PRL dały mu dużą swobodę przy projektowaniu Nowej Huty. Mógł więc wymyślać ozdobne arkady z greckimi kolumnami, centrum administracyjne Huty przypominające wenecki Pałac Dożów, ozdobne attyki inspirowane polskim barokiem i renesansem, dekoracyjne latarnie. Warunek był jeden – to ma być pierwsze w Polsce socjalistyczne miasto, o zupełnie innych stosunkach społecznych łączących ludzi, musi służyć mieszkańcom i być zgodne z dyrektywami zatwierdzonymi przez sekretariat KC PZPR. W partyjnych dokumentach czasami pisano: „Nowa Huta – socjalistyczne miasto wiecznej szczęśliwości”. Władze chciały zapewnić mieszkańcom życie w znakomitych warunkach i dobrze płatną pracę w hutnictwie. Takie też były zapewnienia w ogłoszeniach i na plakatach rekrutujących przyszłych budowniczych Nowej Huty. W tym tworzonym od podstaw mieście mieli mieszkać sami szczęśliwi ludzie, nowi obywatele socjalistycznego państwa.

⁕ ⁕ ⁕ ⁕ ⁕

O tym, że Szczepan Brzeziński, elektryk utrzymania ruchu z Wydziału Zgniatacza pisze pamiętniki, wiedziałem od dawna. To właśnie jego bezkompromisowe korespondencje do „Głosu Nowej Huty” i te pamiętniki spowodowały, że połączyła nas wielka przyjaźń. Często telefonowaliśmy do siebie, odwiedzałem go na osiedlu Willowym, gdzie mieszkał w dziesięciopiętrowym bloku nr 36 wraz z żoną Barbarą i trzema synami, Tadeuszem, Mirosławem i Waldemarem. Odwiedzał mnie w moim mieszkaniu w Krakowie i opowiadał o tym, co zaobserwował w Hucie.

Ten zwykły robotnik, niepozorny, niewielkiego wzrostu, miał niezwykły zmysł uważnego patrzenia na to, co się wokół niego dzieje, i potrafił to wszystko znakomicie opisać.

Obowiązującym strojem na każdą okazję była kufajka i gumiaki. Tylko kobiety, operatorzy koparek i kierowcy otrzymywali buty filcowe. Kto wstydził się jechać w gumiakach do Krakowa, w pociągu zmieniał cholewy na półbuty, a w drodze powrotnej znowu zakładał gumiaki.

Gdy jechał do Krakowa, też nie było lepiej: „Chodzenie po ulicach Krakowa nie należało do przyjemności. Omijano nas, bo każdego poznawano z odległości. Nieraz pod naszym adresem były posyłane różne docinki. Utarło się nawet powiedzonko – kufajka i gumowe buty to ubiór budowniczego Nowej Huty. Każdy z nas tak chodził ubrany, bo wymagał tego teren. A i każdą pannę z Nowej Huty można było poznać po nogach, bo miała obręcze wytarte na łydkach od gumiaków”.

W kufajce chodziło się nie tylko do pracy, ale na zakupy, na występy. Do Teatru „Nurt” gumiaki trzeba było koniecznie wypastować czarną pastą. Dopiero, gdy zrobiono dojścia do budynków i powstały pierwsze ulice, można było pochodzić w trochę porządniejszych butach. – Najgorzej było z waciakami w lecie – tłumaczył Brzeziński – gdyż nie wiedzieliśmy, gdzie je trzymać. Przenosiliśmy je z pakamery do pakamery. W jesieni trzeba było coś pokombinować, aby otrzymać nowe. Włos obowiązywał nieco dłuższy i koniecznie nasmarowany brylantyną, aby się dobrze błyszczał. Na włosy zakładaliśmy też aluminiowe zygzakowate spirale albo siatki z cienkich nitek.

Latem 1952 i 1953 roku strojem wyjściowym był duży czarny kapelusz sombrero i do tego koszulka w poprzeczne paski. Dopiero na nią nakładało się normalną koszulę. Obowiązywały wąskie spodnie, buty na wysokich obcasach i kolorowe skarpetki, dziewczyny chodziły w bluzkach w poprzeczne paski i wąskich spódniczkach. Najwięksi nowohuccy eleganci ubierali się w prywatnych krakowskich sklepach i zawsze przywozili stamtąd coś nowego. Dopiero w latach 1954 i 1955 zostały otwarte w Nowej Hucie pierwsze duże sklepy odzieżowe i waciaki zaczęły pomału znikać z ulic.

Mijały lata, ze Szczepanem Brzezińskim spotykałem się dość często. Gdzieś w 1988 roku, dokładnej daty nie pamiętam, ale był to czas, gdy ludzie byli coraz bardziej niezadowoleni z podwyżek cen w sklepach oraz niskich płac, zatelefonował do mnie Szczepan i zapytał, czy może mnie odwiedzić, bo ma bardzo ważną sprawę. Nie może o tym mówić przez telefon.

Przyjechał z dwoma wielkimi, ciężkimi torbami. Powiedział, że zgłosił się do niego funkcjonariusz SB i prosił o udostępnienie pamiętników. Najwidoczniej w przededniu niepokojów społecznych SB chciała je przeczytać i mieć haki na niektórych buntowników. Brzeziński odmówił tłumacząc, że to są jego prywatne notatki i nie ma obowiązku ich udostępniać.

Szczepan powiedział mi, że oficer SB nie miał nakazu rewizji, więc musiał pogodzić się z odmową. Niemniej jednak spodziewa się w swoim mieszkaniu rewizji i przyjechał zapytać, czy może u mnie ukryć te pamiętniki. Powiedziałem mu, że mam taką skrytkę, gdzie mogę mu pamiętniki schować i może być o ich los spokojny.

Rok później, już po czerwcowych wyborach w 1989 roku, zatelefonowałem do Szczepana i zapytałem, kiedy te torby z pamiętnikami odbierze. Odpowiedział, że nie spieszy się, „niech u ciebie leżą, są tam bezpieczne”. Po przejściu na emeryturę, 3 kwietnia 1991 roku Szczepan niespodziewanie zmarł i został pochowany na cmentarzu Grębałowskim w Nowej Hucie. Miał 66 lat.

⁕ ⁕ ⁕ ⁕ ⁕

Od września 1952 roku dyrektorem inwestycji w Kombinacie Metalurgicznym Nowa Huta, potem nazwanym imieniem Włodzimierza Lenina, był inż. Zbigniew Loreth. Przed wojną ukończył studia na Politechnice Lwowskiej, bywał częstym gościem elitarnego Kasyna Kupieckiego w Stanisławowie. Często występował w eleganckim fraku, który przywiózł do Nowej Huty. Jak twierdził, takie przedwojenne fraki mieli wszyscy trzej pierwsi dyrektorzy naczelni nowohuckiego kombinatu.

– W 1952 roku nikt nie pytał o legitymację, szukano fachowców – tłumaczył mi. – Dopiero potem dyrektorzy zapisywali się do partii dla świętego spokoju, jak zresztą wielu bardzo porządnych i uczciwych Polaków, którzy chcieli w kraju mieć możliwość działania. Nikt z nich nie angażował się w żadne sprawy ideologiczne, partyjne rozgrywki, zawsze ważna była dla nich praca. Do 22 lipca 1954 roku, czyli do uruchomienia pierwszego wielkiego pieca, działalność partii była ograniczona. Tak naprawdę w tym okresie nie bardzo było wiadomo, kto jest partyjny. Ja nigdy nie zapisałem się do partii i nikt przez tyle lat nie próbował mnie zwerbować do PZPR, a przecież po wojnie na Śląsku prowadziłem największe inwestycje w hutnictwie surowcowym, w Hutach „Kościuszko”, „Pokój”, „Bobrek”, potem 15 lat budowałem Nową Hutę.

⁕ ⁕ ⁕ ⁕ ⁕

W stalowni konwertorowej poznałem też inżyniera Janusza Złockiego, który wyżalił mi się, że nie pozwolono mu pozostać na stanowisku pracownika fizycznego, choć bardzo tego chciał. Przez dwa lata i trzy miesiące udawało mu się utrzymać w tajemnicy, że jest absolwentem Akademii Górniczo-Hutniczej. Bardzo żałuje, że skończył wyższe studia i ma tytuł inżyniera. Niestety, nie udało się zachować w tajemnicy faktu ukończenia wyższych studiów. Kierownik wydziału wezwał go do siebie i powiedział ostro: „Albo obejmie Pan stanowisko umysłowe, albo będziemy musieli się rozstać!”.

⁕ ⁕ ⁕ ⁕ ⁕

Pierwszy artykuł o seksie w Hucie im. Lenina miałem napisać latem 1972 roku. Długo myślałem, czy powinienem o tym pisać, i wreszcie postanowiłem zrezygnować z tego tematu. A może to była wielka miłość, a ja swoim tekstem zaszkodzę tym ludziom? Nie napisałem i potem tego żałowałem, bo gdybym opisał w gazecie wszystko to, co działo się w upalną lipcową noc na stalowni konwertorowo-tlenowej, to może potem uratowałbym życie kobiecie.

⁕ ⁕ ⁕ ⁕ ⁕

Wielkim światem powiało w Nowej Hucie, gdy w 1975 roku zjechało tu ponad trzydziestu Japończyków, aby nadzorować budowaną w Hucie im. Lenina, a zakupioną w Japonii, potężną Walcownię Blach Karoseryjnych. Pracownicy Huty nie mogli wyjść z podziwu, jak spokojnie grupka skośnookich młodych ludzi zarządza budową, bez okazywania zdenerwowania pokonuje trudności, na nic nie narzeka. Nie ma narad, dyskusji, każdy wie, co ma robić. Dla wielu nowohuckich hutników to był szok.

⁕ ⁕ ⁕ ⁕ ⁕

Największym postrachem stali się jednak w Nowej Hucie „inkasenci”. Ludzie zaczęli bać się wychodzić na ulice, bo nigdy nie wiedzieli, czy przypadkiem nie będą musieli zapłacić za prawo przejścia przez ulicę. Inkasentami stawali się coraz młodsi, prawie dzieci.

Postrachem na osiedlu Stalowym był trzynastoletni Tomasz G. Ten szczupły chłopak, wyglądający na jeszcze młodszego, miał groźny pseudonim „Bandzior” i wyróż­niał się wśród innych osiedlowych „in­kasentów” szczególną brutalnością. Gdy ktoś nie chciał zapłacić za prawo swobodnego przejścia przez ulicę, to z kieszeni wyciągał kawałek łańcucha, kuchenny nóż lub „tulipana”, czyli rozbitej na pół butelki. Opłaty za pozostawie­nie w spokoju pobierał również na terenie szkoły, w miejscach ustron­nych, najczęściej w toalecie. Gdy trze­ba było ściągnąć opłatę od starszego od siebie, to do pomocy angażował dwóch lub trzech kolegów.

Nowa Huta – raj, w który uwierzyły tłumy

Rozmawiała Katarzyna Domagała

Leszek Konarski (autor zbioru reportaży Nowa Huta – wyjście z raju): „Uwielbiałem włóczyć się po wydziałach kombinatu i rozmawiać z robotnikami. Szczególnie w nocy – wtedy huta była zupełną egzotyką. Ze skupieniem obserwowałem, jak z wielkiego pieca wypływa surówka, a z konwertorów stal, by zapamiętać najwięcej szczegółów. To był absolutny kosmos. Wracałem do domu i pisałem”.

Katarzyna Domagała: Podobno nikt jeszcze nie zebrał całej historii Nowej Huty, czyli 70 lat, w jednej publikacji. Panu się udało.

Leszek Konarski: Przez tyle lat ukazało się wiele ciekawych reportaży o budowie tego miasta i kombinatu, są też wiersze i filmy, ale wciąż nie ma rzetelnej i poważnej historii Nowej Huty obejmującej zarówno okres socjalistyczny, jak i dzisiejszy. A wszystkie prace naukowe dotyczą jedynie wybranych okresów: początków budowy czy strajków „Solidarności”. Niestety, w publikacjach książkowych i artykułach prasowych nadal powielane są brednie, choćby takie, że lokalizacja huty miała być karą dla Krakowa za przegrane przez rząd referendum w 1946 roku, a świeckie miasto miało stanowić przeciwwagę dla katolickiego Krakowa.

Mówi Pan o książce: „To moja własna, reporterska wizja Nowej Huty”. Powstała, bo chciał się Pan rozprawić z tymi mitami na jej temat?

Powiedziałbym, że to raczej podziękowanie i apel. Od dawna czułem potrzebę wykrzyczenia sprzeciwu wobec przemilczania wielkich osiągnięć polskiego społeczeństwa po II wojnie światowej w kraju biednym i zrujnowanym – w tym budowniczych Nowej Huty. Dlatego powstała ta książka.

To zbiór minireportaży, przeplatany narracją historyczną, powstałych na podstawie moich wspomnień, ale też materiałów, które przez wiele lat zbierałem i publikowałem jako dziennikarz. 70-lecie Nowej Huty wydawało się dobrą okazją, aby w końcu wydać książkę.

A dlaczego dotychczas żaden z historyków nie podjął się monografii na jej temat?

Mam wrażenie, że w przypadku dziejów Nowej Huty historycy nie potrafią zgrabnie połączyć ze sobą dwóch systemów politycznych: socjalistycznego z tym po 1989 roku. Działa to na zasadzie dziwnego mechanizmu: kiedy pochwalą budowniczych Nowej Huty, narażą się tym, którzy obalili komunę i odwrotnie. Wygodniej jest nie podejmować tematu.

Ale ta nieustanna niezgoda to efekt braku rzetelnej i powszechnie dostępnej historii Nowej Huty.

Można tak powiedzieć. Przez wiele lat dla polityków i historyków Nowa Huta była tematem wstydliwym, a samo mówienie dobrze o budowie miasta i kombinatu było uważane wręcz za propagowanie komunizmu.

W tej kwestii podstawową rzecz trzeba wyjaśnić: budową miasta i huty rzeczywiście dowodziło kierownictwo Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – fakt ten nie podlega wątpliwości. Ale nie można wciąż powielać mitu, jakoby Nowa Huta została zbudowana dla partii. Ludzie zbudowali idealne miasto dla siebie.

Nie można ich więc potępiać za przeszłość, a konkretnie za to, że uwierzyli w ideę miasta, w którym wszyscy żyją na równych prawach. W którym każde mieszkanie jest tak samo piękne i słoneczne – aby nikt nie czuł się gorszy i gdzie każdy ma pracę w wielkim kombinacie metalurgicznym.

24 lutego 1949 roku, w czasie obrad sekretariatu Komitetu Centralnego PZPR, podjęto decyzję o budowie miasta wiecznej szczęśliwości we wsi Mogiła pod Krakowem. Udało się stworzyć raj?

Udało się zrealizować większość planu budowy idealnego miasta, jednak raj trwał krótko – może pięć, sześć pierwszych lat.

A dla kogo był to raj?

Dla wszystkich ludzi, którzy przyjechali go budować z całej Polski. Proszę pomyśleć, że udało im się wyrwać z wielkiej biedy, dostać pracę i mieszkanie, a później założyć rodzinę. Dla wielu tamten czas był najszczęśliwszy w całym życiu.

Jak wyglądało miasto wiecznej szczęśliwości?

Każde osiedle miało szkołę, żłobek, przedszkole, obiekty kulturalne i sportowe, place zabaw dla dzieci, jadłodajnię i restaurację. Wokół osiedli było bardzo dużo zieleni. W piwnicach bloków zaś pralnie, na strychach suszarnie bielizny, a pomiędzy blokami drzewa i ławki, na których można było posiedzieć i porozmawiać z sąsiadami. Wszystko po to, by mieszkańcy czuli się tam bardzo dobrze zorganizowani i szczęśliwi. Do dzisiaj stare osiedla Nowej Huty to takie minimiasta, gdzie jest dostęp do wszystkiego. I, co istotne, w społeczności Nowej Huty nie było podziału na biednych i bogatych. Mieszkania dyrektorów były takie same jak robotników, a na ulicach nikt nie żebrał i nie prosił o wsparcie.

Wszystko jak w bajce, a mimo to ludzie się buntowali.

Dlaczego?

Bali się tego społecznego eksperymentu, mimo że w niego wierzyli. Podejrzewali, że pod idealnym planem może kryć się polityczny podstęp. Strzegli więc tradycyjnych wartości wyniesionych z domów rodzinnych – to dawało im poczucie bezpieczeństwa.

W jaki sposób ich strzegli?

Nie korzystali z tego, co dawała im partia. Nie chcieli oddawać dzieci do żłobków, bojkotowali stołówki, restauracje i tak zwane czerwone kąciki na klatkach schodowych.

Nie rozumiem, dlaczego nie chcieli chodzić do restauracji. Przecież tam był na pewno większy wybór trunków niż w sklepach.

Oczywiście, ale i ceny były wyższe. Mężczyźni woleli więc kupić butelkę w sklepie i napić się w plenerze. I tak restauracje padały jedna za drugą, zresztą inne punkty gastronomiczne też.

Ale jednej z nich udało się przetrwać do dziś. W Stylowej na osiedlu Centrum C 3 wszystko wygląda dokładnie tak samo, jak w 1956 roku. Chodzi Pan tam?

Byłem niedawno, żeby sprawdzić, czy niewielka figurka Lenina stoi jeszcze na środku sali czy może IPN kazał ją już zlikwidować.

I co?

Wciąż jest. Pracownice restauracji bardzo bronią odlanego w brązie Lenina, bo ściąga im do Nowej Huty turystów poszukujących śladów socjalizmu. Ludzie przychodzą tam, aby zjeść PRL-owski kotlet z ziemniakami i kapustą lub na wieczorek „w duchu polskiego socjalizmu”. I to nie żaden kult minionej epoki.

Tylko?

Coś w rodzaju poszukiwania tożsamości dla tej dzielnicy. Gdy kiedyś w krakowskiej gruzińskiej restauracji kelner zaproponował mi czerwone wino i dodał po cichu, że jest to „ulubione wino Józefa Stalina”, to nie znaczy, że w tym lokalu panował kult Stalina.

Nowa Huta często przywoływana jest jako przykład najlepiej zaprojektowanej dzielnicy Krakowa. W czym tkwi siła tego projektu?

Od placu Centralnego ulice rozchodzą się gwiaździście, jak na paryskim Place Etoile. To ten widok – szczególnie z lotu ptaka – robi największe wrażenie. Jednak cały projekt miasta powstał na wzór osiedli amerykańskich.

Głównym projektantem miasta wiecznej szczęśliwości był inżynier Tadeusz Ptaszycki. Z kolei najdłużej żyjący architekt Nowej Huty Stanisław Juchnowicz podobno wyjątkowo mocno oburzał się, gdy mówiono, że Nowa Huta budowana jest na wzór miast sowieckich.

Profesor Stanisław Juchnowicz niestety zmarł w styczniu tego roku. Podczas naszych rozmów wielokrotnie prosił mnie, abym wszystkim przekazywał, szczególnie ludziom młodym, że „Nowa Huta to nie żadne sowieckie miasto”.

Tylko polskie.

To piękny przykład polskiego socrealizmu i bardzo się cieszę, że na terenach najstarszej części Nowej Huty został ustanowiony Park Kulturowy. Ta dzielnica nie jest żadną kopią Magnitogorska ani innego radzieckiego miasta, choć można tak sądzić po szerokości ulic czy pałacowym wyglądzie budynków publicznych. Jednak elementy dekoracyjne na budynkach Nowej Huty nawiązują do polskiego renesansu czy baroku, na przykład do attyk spotykanych w Krakowie, Tarnowie czy Zamościu.

Gdy czytałam, z jakim zaangażowaniem opisuje Pan historie mieszkańców Nowej Huty, wydawało mi się, jakby mieszkał Pan tam od lat.

A faktycznie były to tylko trzy lata. W 1973 roku redakcja „Dziennika Polskiego” załatwiła mi mieszkanie w Nowej Hucie, na osiedlu Kościuszkowskim, żebym nie musiał codziennie dojeżdżać z Krzeszowic. Myślano, że będę narzekał, bo to daleko i wielki mrówkowiec z 15 klatkami, a dla mnie to była wielka przygoda. Szybko zaprzyjaźniłem się z mieszkańcami osiedla. Zapraszali mnie do siebie, żeby się wygadać, wyżalić na wszystko. A mnie to szalenie ciekawiło!

Dostrzega Pan w mieszkańcach Nowej Huty cechy, które ewidentnie odróżniają ich od pozostałych mieszkańców Krakowa?

Są bardziej autentyczni.

W jakim sensie?

Nie zakłamują swoich życiorysów. Przyznają otwarcie, z jak wielkiej biedy wyszli. To właśnie w Nowej Hucie poznałem liczne opowieści o strasznej biedzie, jaka panowała na wsi przed wojną, w czasie okupacji i tuż po wyzwoleniu.

Tam nie musiałem mówić do nikogo „panie doktorze” i „panie profesorze”. Nikt nie chwalił się pochodzeniem. Za to ludzie opowiadali mi o czasach, kiedy byli analfabetami. O tym, jak uczyli się czytać i jak wielką trudność im to sprawiało. Albo jak w hotelach, przed wyjściem do pracy, sypano im do spodni proszek DDT, bo wszędzie były wszy. Zarówno ci z bloku, jak i ci z kombinatu, to byli ludzie wyjątkowo prawdziwi. Jeśli ktoś urodził się w rodzinie Burdelów, to teraz też jest Burdel, a nie Potocki.

A czy to społeczność solidarna?

Jak najbardziej. Niebywały jest patriotyzm mieszkańców Nowej Huty, co można zobaczyć choćby po liczbie portali internetowych poświęconych dzielnicy. Ciągle przybywa też grup dyskusyjnych na Facebooku ­– co ciekawe – zazwyczaj integrujących mieszkańców tylko jednego bloku.

Nie wiem, czy Pani się z tym spotkała, ale duża część osób z Nowej Huty raczej nie powie, że mieszka w Krakowie, tylko w Nowej Hucie. Czasem jeżdżą „do Krakowa”. Z kolei do czerwca tego roku przy placu Centralnym działał jeszcze sklep firmy Unicut, produkującej gadżety i pamiątki związane z dzielnicą. To ciekawy przykład lokalnego patriotyzmu.

Ciekawi mnie, jak wyszukiwał Pan swoich informatorów z kombinatu.

Nie było to trudne, bo uwielbiałem włóczyć się po wydziałach kombinatu i rozmawiać z robotnikami, którzy chętnie opowiadali, co się dzieje na zmianach – i nie tylko. Szczególnie w nocy – wtedy huta była zupełną egzotyką. Ze skupieniem obserwowałem, jak z wielkiego pieca wypływa surówka, a z konwertorów stal, by zapamiętać jak najwięcej szczegółów. To były dla mnie przeżycia księżycowe, absolutny kosmos. Po powrocie do domu siadałem i to wszystko spisywałem.

Czuł Pan, że ma do spełnienia misję dziennikarską i obywatelską?

Bardzo wyraźnie. Miałem wrażenie, że moje dziennikarstwo miało wtedy szczególną moc. Poza tym, wiedziałem, że ludzie z huty liczą na moją pomoc.

Jak miał Pan im pomóc?

Długo przed strajkami hutnicy wyczuwali, że nadchodzi kryzys gospodarczy i musi dojść do zmian politycznych. To napięcie pojawiło się zarówno w 1980, jak i w 1988 roku. Wszędzie politykowano, a pracę jedynie pozorowano. Rewolucja wisiała w powietrzu. Potrzebny był tylko zapalnik.

Czułem, że muszę opisać te wszystkie wydarzenia, ale przede wszystkim protest hutników i ich postulaty. Pamiętam taką sytuację: był chyba marzec 1988, na jednym z wydziałów HiL pracownicy zwołali zebranie na szóstą rano, żeby ogłosić decyzję o strajku, ale wcześniej upewnili się, czy na nie przyjadę. Pech chciał, że zaspałem. Obudził mnie telefon z pretensjami. Okazało się, że hutnicy nie podjęli decyzji o strajku, bo nie zjawił się żaden dziennikarz.

No właśnie, niby rządziła klasa robotnicza, ale z tą klasą robotniczą mało kto rozmawiał.

Mało tego, w hucie starano się unikać określenia „klasa robotnicza”.

A Pan na własnej skórze przekonał się, jak nieprzyjemne konsekwencje wiązały się z nieprzestrzeganiem tej zasady. Właśnie przypomniałam sobie ten fragment!

To z kolei spotkało mnie w 1976 roku, w biurze przepustek Huty im. Lenina, gdy szedłem na zebranie na wydziale slabingu. Powiedziałem, że mam zaproszenie od klasy robotniczej. Pracownik biura przepustek wpadł w totalny szał.

I tak trafił Pan na dywanik partyjny.

Musiałem się tłumaczyć przed szefem ochrony, a potem przed sekretarzem partii, choć nie byłem w PZPR. Całą tę historię opisał Bruno Miecugow w felietonie Niezgodnie z planem w „Życiu Literackim”. I co było najzabawniejsze w jego tekście? Cenzura zamieniła określenie „klasa robotnicza” na „robotnicy”. Eh.

A jak to się stało, że posiada Pan odznakę „Budowniczego Nowej Huty” nr 1962? Przecież całe życie jest Pan dziennikarzem.

Też się zdziwiłem, gdy dostałem wiadomość, że ją otrzymam. Kompletnie nie wiedziałem, co odpowiedzieć znajomym hutnikom, gdy na Wawelu, 22 lipca 1974 roku, prezydent Krakowa Jerzy Pękala przypinał mi do garnituru to odznaczenie. Oni przecież pracują w kombinacie w potwornie ciężkich warunkach, nadwyrężają zdrowie, a tu taki młody goguś z „Dziennika Polskiego” zostaje uznany za budowniczego, którym nigdy nie był.

Kto wpadł na pomysł, żeby Pana odznaczyć?

Przewodniczący Dzielnicowej Rady Narodowej napisał do redakcji, że chcą mnie odznaczyć, bo jestem jednym z nielicznych dziennikarzy, którzy rozmawiają z pracownikami Huty im. Lenina podczas ich pracy. Faktycznie było tak, że większość moich kolegów po fachu nie chciała przychodzić do huty, bo brudno tam, gorąco, zadymienie i hałas ogromny… A mi się to tak podobało.

To były czasy, gdy w kombinacie pracowało 40 tysięcy ludzi i produkowano stal. W listopadzie ubiegłego roku władze ArcelorMittal podjęły decyzję o wygaszeniu wielkiego pieca i zostało około dwóch tysięcy pracowników.

Dokładnie śledziłem historię wygaszenia ostatniego wielkiego pieca, przy okazji obserwując, jak dzisiaj związki zawodowe nic nie znaczą. W krakowskiej hucie ArcelorMittal działa obecnie około dziesięciu związków zawodowych, w tym sześć większych. Kiedy przekazano pracownikom informację o wygaszeniu pieca, wszystkie związki zjednoczyły siły, protestowały w różnych formach, apelowały do rządu i premiera Mateusza Morawieckiego.

Nic nie pomogło.

Nic, bo właściciela huty nie obchodzi, czy protestuje „Solidarność” czy inny związek. Liczy się tylko światowa koniunktura. Ten ostatni piec był bardzo nowoczesny, trzy lata temu go remontowano. Mógł jeszcze z dziesięć lat popracować.

Również w ubiegłym roku Nowa Huta świętowała jubileusz 70-lecia, hucznie i różnorodnie. Śledził Pan te obchody?

Owszem. Program był faktycznie bardzo bogaty, jednak miałem wrażenie, że po raz kolejny zapomniano o ludziach, którzy to miejsce budowali.

Ale przecież niedawno powstał Skwer Budowniczych Nowej Huty między Nowohuckim Centrum Kultury a osiedlem Centrum E. Z moich informacji wynika, że sami mieszkańcy Nowej Huty zgłaszali krakowskim radnym propozycje jego umiejscowienia.

Dobrze, że rada miasta podjęła taką decyzję, jednak do tej pory nie odbyło się oficjalne otwarcie skweru.

A Pan by chciał, żeby w Nowej Hucie stanął – na przykład – pomnik pamięci budowniczych miasta i kombinatu?

Tylko nie pomnik! Nigdy nie zabiegałem o uczczenie ich pamięci w takiej formie, zresztą pomników w Nowej Hucie jest już za dużo. Jan Paweł II ma trzy pomniki, kolejne trzy „Solidarność”, a dwa ksiądz Jerzy Popiełuszko. Nawet smok wawelski ma swój pomnik przy ulicy Kornela Makuszyńskiego!

W takim razie jaka forma byłaby odpowiednia?

Tę książkę napisałem po to, by przypomnieć społeczeństwu o zasługach budowniczych Nowej Huty. Dla mnie historia tego miejsca jest zarówno piękna, jak i tragiczna. Nowa Huta z miasta szczęśliwości stała się miejscem, które do dziś ponosi karę za ideę, która przecież sama w sobie była piękna. A że nie wszystko wyszło…

Najsurowszą karę płacą budowniczowie Nowej Huty.

Od lat żyją z garbem komunistycznej przeszłości. Mało kto o nich pamięta, rzadko są gdzieś zapraszani. Na co dzień siedzą sobie w Parku ZUS-u, bo tak nazywają Park Ratuszowy, i patrzą na zbudowane przez siebie domy, które są bardzo solidne i wierzę, że będą ludziom służyły jeszcze przez wiele lat.

 

Leszek Konarski – dziennikarz tygodnika „Przegląd”, wcześniej „Dziennika Polskiego” i „Przeglądu Tygodniowego”. Autor sztuk teatralnych, scenariuszy filmowych i reportaży.

“KRAKÓW” nr 12 (193) Grudzień 2020

Publikacja za wiedzą i zgodą redakcji miesięcznika społeczno-kulturalnego “Kraków”.

 

 

O Nowej to Hucie piosenka…

Jak Pałac Kultury w Warszawie, tak Nowa Huta w Krakowie symbolizuje socrealizm lat 50. Przeciwko tym, co chcą zburzyć Pałac, wystąpił Franciszek Starowieyski, mówiąc, że budowla ta jest przykładem doskonałego zastosowania symetrii w architekturze. Nowa Huta też ma swego obrońcę – Leszka Konarskiego („Nowa Huta. Wyjście z raju”, Fundacja Oratio Recta, Biblioteka „Przeglądu”).

Podkrakowska wieś Mogiła a właściwie kombinat hutniczy imienia Włodzimierza Lenina, doczekały się mnóstwa utworów na swoją cześć. Trzy z nich przetrwały:   piosenka „O Nowej to Hucie…” piękna muzyką Jerzego Gerta, a także „Poemat dla dorosłych”  Adama Ważyka i reportaż Ryszarda Kapuścińskiego, za który musiał uciekać z kraju: „To też jest prawda o Nowej Hucie”. O innych mało się mówi, bo i nie są to arcydzieła. Tadeusz Konwicki napisał „Na budowie”, w prasie krakowskiej relacje z tej budowy zamieszczali Sławomir Mrożek i Wisława Szymborska.

Leszek Konarski opublikował dzieło, co powiedziawszy podkreślam bez patosu, że można tak nazwać książkę, która jest socjologiczną opowieścią o mieście. Stało się ono życiowym hobby autora. Jest w niej wszystko, jak u kolekcjonera. A więc historia głównego budowniczego, przedwojennego architekta Tadeusza Ptaszyńskiego, który wykorzystał plany osiedla mieszkaniowego, jakie miało powstać w Warszawie na Żoliborzu. Jest cytat ze Stalina, który powiedział, że socjalizm buduje się po to, żeby żyć dobrze i wesoło. Konarski cytuje innego hobbystę, Antoniego Kostrzewę, rzeźbiarza, który tropi krakowskie ślady Lenina. Ustalił on, że syfilis wodza rewolucji był na sto procent pochodzenia krakowskiego. Od podobnych cimeliów roi się w książce.

Biblioteka „Przeglądu” dobiera tematy ze starannością i przekonaniem, że upomni się  o nie  znaczna grupa czytelników, którzy nie uważają, że Nowa Huta, podobnie jak Pałac – pierwotnie imienia Stalina –  musi zostać na powrót zaorana, a na miejscu Pałacu mają powstać nowe gruzy.

Smakowitej lektury.

Krzysztof Mroziewicz

Studio Opinii

 

 

Słodko-gorzka ballada o Nowej Hucie na jej 70-lecie

Na zakończenie nowohuckiego jubileuszu w 2019 roku była potrzebna taka książka, jak ta.

Czytelnik zainteresowany dziejami Nowej Huty i kombinatu metalurgicznego, którego budowa była powodem powstania tego miasta dla pracujących w niej hutników, odnajdzie w niej opisy wielu wydarzeń, w tym opowieści o mało znanych, widzianych z perspektywy losów pojedynczych ludzi lub mini-środowisk. Pozna fakty, osoby, które – powiem wprost – filtrują dotychczas rozpowszechniane legendy, odbrązawiają lansowane mity i lukrowane opowiastki o tym arcyciekawym miejscu na mapie Krakowa i Polski.

Miało to być miasto idealne, według socrealistów architektury bez przedmieść i zaułków, a wedle wtedy rządzących wzorowym  miastem zamieszkałym przez ludzi szczęśliwych, z poświęceniem budujących nowy system. Po 1989 roku robiono wszystko, aby ten niepowtarzalny zabytek socrealizmu zniknął na zawsze, ale – na szczęście – z upływem lat ubywało oszołomów, którzy chcieli doszczętnie wymazać z pamięci gigantyczny wysiłek budowniczych miasta oraz Huty i chwalili tylko tych, którzy tu obalili komunizm.

Te ostatnie cytowane zdania napisał Leszek Konarski (ur. 1941), znany krakowski dziennikarz, od lat pisze w tygodniku „Przegląd”, nestor polskich reporterów, laureat Złotej Gruszki – prestiżowej nagrody  przyznanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Krakowie. W swojej książce „Nowa Huta – wyjście z raju” przedstawia autorską historię tego miasta, widzianą przez reportera właśnie, a nie historyka. Stworzył swoistą panoramę, w której przypomina opowieści i zapisy rozmów, oraz spotkań z różnych lat, z mieszkańcam i pracownikami kombinatu, jakie zebrał przez blisko pół wieku podczas nowohuckich wędrówek dziennikarskich.

Nieodmiennie fascynowały mnie i fascynują nadal życiorysy tych, którzy owładnięci byli ideą zbudowania idealnego miasta zapewniającego wszystkim szczęśliwe życie, napisał  Konarski w swojej książce. W innym jej miejscu przypomina wypowiedź jednego z budowniczych: nie można zapomnieć, że Nowa Huta dała wielką szansę dziesiątkom tysięcy młodzieży, która przybyła tu głównie z bardzo biednych wsi. To byli uciekinierzy z terenów zacofanych, o dużym bezrobociu. Dzięki Nowej Hucie zdobyli, tak jak ja, zawód i wykształcenie. Dostali dobrą pracę, mieszkanie, założyli rodziny.

W zakończeniu kilkusetstronicowej opowieści, opatrzonej wieloma zdjęciami  i kalendarium najważniejszych dat z historii Nowej Huty, Konarski stawia pytanie, czy jest to miasto wiecznej szczęśliwości, i zaraz na nie odpowiada – jest normalne, jak wszystkie inne miasta polskie, tyle, że ma swoją wyjątkową tożsamość. Autor książki uważa, że budowniczowie tego miasta zasługują na wielki szacunek,  przekonuje, iż nic dzisiaj bardziej nie obraża tych ludzi, jak deprecjonowanie ich wysiłku i mówienie, że swoją pracą umacniali socjalizm. Nową Hutę i kombinat budowali dla siebie, dla swoich dzieci i wnuków.

Jak to często bywa Historia pisze różne zakończenia, ma je też Nowa Huta. W listopadzie 2019, czyli na 70-lecie kombinatu, podjęto decyzję o wygaszaniu ostatniego pieca krakowskiej Huty ArcelorMittal i zamknięciu stalowni. W lutym 2020 obie decyzje cofnięto. W tym samym miesiącu brytyjski dziennik „The Guardian” w czytelniczym rankingu najlepszych dzielnic w miastach Europy na pierwszym miejscu umieścił Nową Hutę. W komentarzu zapraszał do odwiedzania dawnego raju robotniczego z zacienionymi alejami i z mistrzowskiej klasy zabytkami socrealizmu w architekturze.

Piotr Wasilewski

Recenzja ukazała się w miesięczniku Biblioteki Kraków pt. “Informator Biblioteki Kraków” (nr 7-8/2020)

 

 

Wyjście z raju. O Nowej to Hucie opowieść…

Kiedy wziąłem do ręki książkę Leszka Konarskiego Nowa Huta. Wyjście z raju (Warszawa 2020), przypomniały mi się te chwile z mojego życia, które spędziłem w tej dzielnicy Krakowa. Był rok 1958. Po ukończeniu studiów polonistycznych w krakowskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej rozpocząłem pracę w Bibliotece Głównej macierzystej uczelni. We wrześniu udałem się do naszego domu studenckiego w Nowej Hucie w poszukiwaniu tymczasowego mieszkania. Od kierownika, nota bene mojego kolegi, dowiedziałem się, że zakwaterowanie tam nie jest możliwe. Na osiedlu szkolnym (B1), na placu przed akademikiem spotkałem Michała Osieckiego, dyrektora Zespołu Szkól Elektrycznych, który zaproponował mi trzy czwarte etatu wychowawcy w Internacie Zasadniczej Szkoły Zawodowej (30 godzin tygodniowo) i pokój służbowy na czwartym piętrze w budynku znajdującym się opodal. Ofertę przyjąłem. Tak zaczęła się moja przygoda z Nową Hutą. Poza pracą – spacery nad zalew, na Plac Centralny, Aleję Róż, sporadyczne wizyty w restauracjach Wisła czy Stylowa, wyprawy do Mogiły i na Kopiec Wandy. I codzienne podróże do Krakowa, najpierw tylko do WSP, później również do II Liceum Ogólnokształcącego im. Króla Jana III Sobieskiego, gdzie od 1959 r. pracowałem także jako nauczyciel języka polskiego. Mieszkałem tu do czerwca 1961 r. Potem do Nowej Huty wracałem często, zwłaszcza do Teatru Ludowego, który za dyrekcji Krystyny Skuszanki i Jerzego Krasowskiego prezentował bardzo ambitny repertuar. Odwiedzałem też artystę malarza Janusza Trzebiatowskiego – 35 lat tu mieszkał i na Osiedlu Kolorowym miał pracownię.

Książka Leszka Konarskiego jest ważnym uzupełnieniem dość licznych ostatnio publikacji na temat Nowej Huty, która dzięki młodym, ambitnym mieszkańcom, potomkom budowniczych miasta, zyskuje teraz blask, staje się coraz bardziej atrakcyjnym miejscem dla turystów odwiedzających podwawelski gród.

„Ta książka to moja autorska historia Nowej Huty – przyznaje Leszek Konarski – od początku jej budowy aż do 23 listopada 2019 r., gdy zgasł ostatni wielki piec w kombinacie metalurgicznym. Widziana i opowiedziana przez dziennikarza, a nie historyka. Chciałem uchwycić, jak to miasto z bardzo lewicowego zmieniło się w prawicowe. I chciałem pokazać, jaka jest dzisiaj ta trzystutysięczna dzielnica Krakowa. Znałem zarówno tych, którzy tu budowali socjalizm, jak i tych, którzy go obalali, przyjaźniłem się z jednymi i drugimi, mam szacunek dla tych i tamtych. […]  Losów Nowej Huty nie dzieliłem nigdy na socjalistyczne i solidarnościowe. Bo zarówno w jednych, jak i w drugich czasach ludzie chcieli żyć lepiej i szczęśliwiej.

To będzie opowieść o ludziach, którzy budowali miasto marzeń i wielki kombinat metalurgiczny dla siebie, aby mieć dom i pracę. Powstało ich wysiłkiem największe w Europie miasto, w którym tak bardzo myślano o mieszkańcach, gdzie miało nie być slumsów ani ciemnych podwórek, podziału na biednych i bogatych” (s. 5-6).

Przytoczyłem dłuższy fragment wypowiedzi wstępnej autora książki o Nowej Hucie, gdyż objaśnia on jego stanowisko wobec tej inwestycji, ludzi, którzy ją realizowali, decydentów z PRL-u, czy później „Solidarności”. Ponieważ po przemianach po roku 1989 wielu polityków, a także dziennikarzy, nie zostawiło na Nowej Hucie suchej nitki, ta „socjalistyczna” dzielnica Krakowa stała się przedmiotem ataków zarówno za socrealistyczną architekturę, jaki za styl życia (opisywano aglomerację jako siedlisko przestępczości), Leszek Konarski zajął stanowisko arbitra, obiektywnego obserwatora, który umie docenić zarówno trud budowniczych miasta, ich poświecenie, radość, że wznoszą swój dom, jak również rolę opozycji, której działalność doprowadziła do przemian ustrojowych. System uległ zmianie, pozostało miasto zbudowane w latach 50. ub. wieku, które swą koncepcją wzbudza zainteresowanie fachowców, jak choćby Philippe’a Hugueta, redaktora naczelnego miesięcznika poświęconego architekturze, wydawanego w Paryżu.

Konarski przypomina, że to nie komuniści projektowali założenia urbanistyczne Nowej Huty, a kombinatem metalurgicznym przez cały okres stalinizmu kierowali przedwojenni inżynierowie. Przykłady: Tadeusz Ptaszycki, główny projektant aglomeracji urodził się w Petersburgu, gimnazjum kończył w Odessie, politechnikę w Warszawie. Brał udział w kampanii wrześniowej, okres okupacji spędził w niewoli niemieckiej. Nigdy nie należał do PZPR. Pierwszym dyrektorem naczelnym huty był w latach 1949-1954 był Jan Anioła, absolwent Budowy Maszyn Politechniki Gdańskiej. Podobnie jak Ptaszycki brał udział w walce z Niemcami, potem we Francji i Anglii służył w polskich formacjach zbrojnych. Do Polski wrócił w 1946 r.

Socrealistyczny styl architektury dzielnicy zrodził się w Stanach Zjednoczonych, z kolei w latach 30. XX w. naśladowano go w budownictwie w Związku Radzieckim. „Attyki na budynkach Nowej Huty – pisze Konarski – nie są kopiami detali architektonicznych z rosyjskich miast, lecz nawiązują stylem do polskiego baroku, do budowli w Krakowie, Tarnowie, Zamościu” (s. 7).

Autor tworzy swą narrację na podstawie notatek z setek rozmów z mieszkańcami i pracownikami kombinatu, jakie przeprowadził w różnych latach swej dziennikarskiej pracy. Nie buduje Nowej Hucie pomnika, nie dzieli jej losów na tę sprzed 1989 r., dzisiaj niejednokrotnie potępianą, i na współczesną, która wychowała pogromców komunizmu. Mówi zarówno o faktach budujących, jak i o wstydliwych, o ludziach uczciwych, jak i o kombinatorach, bandytach, mordercach, alkoholikach. Również nowohucką „Solidarność” opisuje w niejednolitych barwach. Nie dostrzega bohaterskich przywódców, nie znalazł wśród nich „drugiego Wałęsy”. „Dlatego też – pisze – najważniejsze wydarzenia, jak zakładanie struktur „Solidarności” w roku 1980 czy kierowanie strajkiem na przełomie kwietnia i maja w 1988, były dziełem ludzi przypadkowych, nieraz po wyrokach sądowych” (s. 8).

Nowa Huta projektowana była na miasto idealne, zapewniające wszystkim szczęśliwe życie. Służyć temu miały nie tylko założenia architektoniczne miasta opartego na figurze pięcioboku i placem centralnym, od którego promieniście odchodzą główne szlaki komunikacyjne z szerokimi ulicami i dużą ilością zieleni, ale również z całym szeregiem instytucji kulturalnych i socjalnych, oświatowych, jak żłobki, przedszkola, szkoły, świetlice, biblioteki, domy kultury. W założeniu miało to być miasto świeckie bez nowych kościołów. Po akcjach mieszkańców w latach 50. w sprawie budowy świątyni i ta sfera życia duchowego nowohucian została zaspokojona. Od lat 60. rozpoczęto budowę nowych kościołów wraz z obszernymi zabudowaniami parafialnymi.

Nie wszystkie jednak inicjatywy, które miały organizować życie mieszkańców po pracy w idealnym mieście, się przyjęły. Konarski skrupulatnie wylicza te, które nie zyskały uznania nowohucian, a więc jadłodajnie osiedlowe (kobiety tradycyjnie gotowały posiłki w domu), restauracje osiedlowe (społeczność Nowej Huty nie była przyzwyczajona do korzystania z nich jako miejsca życia towarzyskiego), podobnie zamarły pralnie domowe i suszarnie bielizny na strychach, świetlice osiedlowe czy „czerwone kąciki” (miejsca do czytania gazet), kompletnym niewypałem okazały się radiowęzły (radioodbiorniki i później telewizory zniweczyły ten pomysł).

Dziennikarskie doświadczenie autora daje o sobie znać w tych partiach książki, w których śledzi on nieprawidłowości, uchybienia zarówno w procesie budowy miasta, jak i organizacji produkcji w kombinacie. Po okresie autentycznego entuzjazmu, zaangażowania pod koniec lat 60. i 70., przyszedł czas stabilizacji, a z nim pojawili się ludzie nie zawsze odpowiedni na zajmowanych stanowiskach. Przynależność partyjna, a nie kwalifikacje, poczęła dominować. Prowadziło to do różnych wynaturzeń. Na budowach rozprzestrzeniło się zjawisko kradzieży materiałów, w efekcie coraz częstsze szkody budowlane, w kombinacie różnego rodzaju praktyki, jak prace prywatne dla kierowników, jak martwe dusze na listach płac i inne tego typu nieprawidłowości. Nie uległo to zmianie po nastaniu „Solidarności”. Teraz również obowiązywała nomenklatura, choć zapanowały inne kryteria.

Są w książce Konarskiego fragmenty poruszające kwestie obyczajowe, kwestie miłości, wręcz seksu. Tego dotyczą m.in. rozdziały: Miłość na suwnicy, Gwałt w świetlicy, Seks w kotłowni. To typowe materiały dziennikarstwa interwencyjnego, podejmujące tematy raczej skrywane, rozstrzygane przez kolektywy pracownicze, a nie sądy, by nie psuć opinii w zakładzie produkcyjnym. Sprawy często, jak w przypadku oskarżenia o wymuszony seks, trudne do udowodnienia.

Warto w recenzji drukowanej w „Literacie Krakowskim” odnotować rozdział Literaci jak szczury, w którym po wstępnych paru uwagach na temat pisarzy opiewających Nową Hutę, jak Marian Brandys, Ryszard Kapuściński, Wiktor Woroszylski, Andrzej Braun, Jerzy Litwiniuk i prawie wszyscy autorzy krakowscy z Wisławą Szymborską na czele, Konarski konstatuje:

„W latach sześćdziesiątych pisarze jako pierwsi zaczęli opuszczać niczym szczury Nową Hutę […] Dopiero pod koniec 1980 roku, gdy rodziła się „Solidarność”, pisarze i dziennikarze masowo najechali Nową Hutę. Pojawiło się sporo literatów, którzy kiedyś byli piewcami tego socjalistycznego miasta, ale teraz już mieli inne poglądy” (s. 277).

Pozostała część rozdziału to wywiad ze Stanisławem Stanuchem, „jednym z nielicznych, którzy nie opuścili tej dzielnicy”. Przyznać muszę, że więcej się spodziewałem po tym fragmencie książki Konarskiego. Autor kwestie środowiska artystycznego pokazał tu bardzo marginesowo. Nie rozwinął tematu prężnego tutaj środowiska plastyków, działań literatów, roli teatru. Przemilczał rolę opublikowanego w 1955 r. Poematu dla dorosłych Adama Ważyka i ważnej dyskusji literackiej i politycznej wobec tego utworu. Ciekawym przyczynkiem do tych kwestii jest choćby artykuł Anny Grochowskiej Kultura w nowym mieście. O rozwoju życia kulturalnego w Nowej Hucie w latach 19491956, drukowany w „Roczniku Biblioteki Kraków” 2019 czy tejże Literatura w Nowej Hucie. W: Nowa Huta w kulturze kultura w Nowej Hucie, Kraków 2019 i innych autorów.

Osobną wartością książki Konarskiego jest materiał dokumentalny, jakim on operuje. Często cytuje wypowiedzi mieszkańców i pracowników huty. Wymienia nazwiska robotników, majstrów, dyrektorów. Wreszcie cytuje fragmenty materiałów z ówczesnej prasy. Również materiał ikonograficzny z różnych etapów budowy dzielnicy, ludzi, którzy ją tworzyli, pejzaży wsi Mogiła, sytuacji rodzajowych itp. podnosi wartość merytoryczną książki. Ważnym uzupełnieniem jest też kalendarium Najważniejsze daty z historii Nowej Huty i indeks nazwisk.

Na koniec warto zauważyć, że Nowa Huta. Wyjście z raju ukazała się w Bibliotece tygodnika „Przegląd” Fundacji „Oratio Recta”. Serii zasłużonej dla odkłamywania historii PRL-u. Ukazały się w niej m.in.: Andrzeja Karpińskiego Prawda i kłamstwa o przemyśle, dwa tomy tekstów znakomitych autorów (Andrzej Walicki, Bronisław Łagowski, Ludwik Stomma, Andrzej Werblan, Dariusz Jarosz, Lech Mażewski, Dariusz Łukasiewicz, Krzysztof Wasilewski) pt. Polska Rzeczywiście Ludowa, tom I Od Jałty do października 56 i tom II Od Gierka do Jaruzelskiego, Roberta Walenciaka Modzelewski. Buntownik, Brunona Drwęskiego Zagrabiona historia „Solidarności”. Został tylko mit, „Ogień”. Fałszywy mit Tadeusza Byrdaka, Pawła Dybicza, Leszka Konarskiego.

—————————

Leszek Konarski, Nowa Huta. Wyjście z raju, Biblioteka „Przeglądu” Fundacja „Oratio Recta”, Warszawa 2020, ss. 249.

PS Na skrzydełku obwoluty książki Leszka Konarskiego przeczytamy taką m.in. informację: „W lutym 2020 roku Nowa Huta zajęła pierwsze miejsce w rankingu na najlepszą europejską dzielnicę mieszkaniową, przeprowadzonym wśród czytelników brytyjskiego dziennika „The Guardian”. Spośród społecznych i architektonicznych atutów tej dzielnicy Krakowa największe uznanie czytelników pisma wzbudziły: atrakcyjność i wygoda zagospodarowania miejskiej przestrzeni, wszechobecna zieleń, różnorodne możliwości spędzania wolnego czasu, ale również oryginalność wysokiej klasy zabytków socrealizmu”.

Prof. dr Bolesław Faron, historyk literatury, krytyk literacki, publicysta, minister oświaty i wychowania w latach 1981-1985

„Literat Krakowski” nr 13/2020, pismo Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich     

10% RABATU
Bądź zawsze dobrze poinformowany o nowych produktach oraz specjalnych promocjach tylko dla odbiorców Newslettera.

Zapisz się na nasz newsletter i odbierz powitalny prezent: -10% rabatu na pierwsze zamówienie książkowe.
Kod zniżkowy ważny będzie przez 7 dni.
Otrzymasz go tylko wtedy, gdy zapiszesz się przez ten formularz!
    ZAPISZ SIĘ
    Wyrażam zgodę na wykorzystywanie przez Fundację Oratio Recta powyższych danych do wysyłki newsletterów zawierających informacje o nowych numerach czasopisma, książkach wydanych przez fundację oraz o innych prowadzonych przez nas działaniach.
    ×

    Podgląd e-maila :

    Jeśli nadal zastawiasz się co mi kupić na prezent, nie musisz już szukać!

    KUP TERAZ

    Ustawienia wiadomości