• UDOSTĘPNIJ:

Życie pełne historii

Książka z autografem i dedykacją autora

Prośby i treść dedykacji wpisz w uwagach.

DARMOWA WYSYŁKA listem nierejestrowanym Pocztą Polską!

Andrzej Romanowski w rozmowie z Pawłem Dybiczem opowiada o swej drodze naukowca, publicysty i polityka – od dzieciństwa w kulcie wuja, Jana Bytnara „Rudego”, po tytuły i stanowiska uniwersyteckie. Przyznaje się do zmiany poglądów, mówi, za co ceni gen. Jaruzelskiego, czym zaskoczyła go londyńska emigracja i co warte są mity narodowe. Wspomina spotkania z Eugeniuszem Kwiatkowskim, Giedroyciem i Nowakiem-Jeziorańskim, Miłoszem i Michnikiem, a nawet Terleckim, Rokitą… i Rydzykiem. I ludźmi nauki. A zaczęło się od wywiadu z zaczarowanym dorożkarzem…

79,00 

Na stanie

Kup dla mnie

Opis

Prof. dr hab. Andrzej Romanowski (1951) jest profesorem zwyczajnym w Instytucie Historii PAN i redaktorem naczelnym Polskiego Słownika Biograficznego. Na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie studiował i następnie przepracował 49 lat, kierował Katedrą Kultury Literackiej Pogranicza. W wydawnictwie Universitas redaguje serię Biblioteka Literatury Pogranicza. Jako dziennikarz i publicysta czynny od 1968 roku. W latach 80. Współpracownik prasy niezależnej, w roku 1989 członek redakcji drugoobiegowego dwutygodnika „Świat”. Od roku 1990 wchodził w skład redakcji „Tygodnika Powszechnego” (wystąpił w 2002 r.). Od 1993 stały współpracownik „Gazety Wyborczej”. Od roku 2020 stały felietonista tygodnika „Przegląd”.

W początkach III RP działacz polityczny, członek władz krakowskich i krajowych kolejno: Ruchu Obywatelskiego Akcji Demokratycznej, Unii Demokratycznej i Unii Wolności (wystąpił w 1999 r.).

Autor szeregu książek naukowych, eseistycznych i publicystycznych. Z prof. Henrykiem Markiewiczem publikował kolejne serie wielkiego słownika cytatów polskich i obcych Skrzydlate słowa. W ostatnich latach wydał: Polska kalejdoskop kultur (2024), Odwieczny PiS czyli historia Polski (2023), Pamięć gromadzi prochy. Szkice historyczne i osobiste (2021), Antykomunizm czyli upadek Polski (2019), Wschodnim pograniczem literatury polskiej (2018), Tak, jestem córką Jakuba Bermana (z Lucyną Tychową, 2016), Eugeniusz Kwiatkowski (2014).

Karierę publicystyczną zaczął od wywiadu z zaczarowanym dorożkarzem. Dalej mogło być tylko ciekawiej. Prof. Andrzej Romanowski opowiada o swojej drodze naukowca, publicysty i polityka. Od czasu gdy wzrastał w kulcie kuzyna, Jana Bytnara „Rudego”, po zaszczytne tytuły i stanowiska uniwersyteckie. Z redaktorem Pawłem Dybiczem łączy go zawód dziennikarza, choć ich życiorysy wiele różni. Może dlatego w tej rozmowie nie ma gry, udawania i kurtuazji, tylko szczerość i szacunek. Prof. Romanowski przyznaje się do zmiany poglądów, otwarcie mówi za co docenia generała Jaruzelskiego, jak patrzy na swoją działalność opozycjonisty, a potem działacza UD i UW, czemu jest chrześcijaninem bez Kościoła i czym zaskoczyła go stara londyńska emigracja. No i jeszcze: czy Mickiewicz to poeta polski, litewski, czy białoruski…

W rozmowie przewijają się spotkania i anegdoty o postaciach takich jak Giedroyc, Nowak-Jeziorański, Raczyński, Mazowiecki, Michnik, Kuroń, ale także, Kołakowski, Miłosz, Turowicz, Iłłakowiczówna, Stomma, Herling-Grudziński czy Osiecka, a także… Terlecki, Rokita czy Rydzyk. No i oczywiście o ludziach nauki, jak Henryk Markiewicz, Tazbir czy rektorzy UJ. Znalazło się w niej miejsce na politykę, media, religię, literaturę, Kraków i opowieści o wspaniałych pograniczach. Ale dwaj rozmówcy nie mogli odmówić sobie rozważań o tym, co warte są nasze mity narodowe, czy Rosja i Niemcy to dla nas odwieczni wrogowie (czy może niekoniecznie?), a także dlaczego Kościół był przez wieki obciążeniem i działał wbrew polskiej racji stanu. Obaj znają bowiem jedną zasadniczą prawdę historyczną: nic nie jest proste. Ale może dlatego takie fascynujące.

Red. Paweł Dybicz (1955) jest absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego (studiował na Wydziałach: Historycznym oraz Dziennikarstwa i Nauk Politycznych). Pracę w dziennikarstwie rozpoczął w 1982 roku w redakcji „Sztandaru Młodych” od najniższego stanowiska – redaktora depeszowego. Od 1995 roku był sekretarzem redakcji w „Przeglądzie Tygodniowym”, a od 1999 – w „Przeglądzie”, gdzie jest I zastępcą redaktora naczelnego. W dorobku publicystycznym ma kilkaset artykułów i wywiadów, głównie z dziedziny historii i polityki oraz… opery.

Współautor i edytor kilkudziesięciu książek; pod jego redakcją ukazała się w ostatnich latach trylogia PRL i skok do neoliberalizmu autorstwa prof. Andrzeja Walickiego oraz dwa tomy publicystyki prof. Andrzeja Werblana Prawda i realizm. Wydawca zbiorów źródeł historycznych, m.in. wielotomowych Raportów Wiesława Górnickiego dla gen. Jaruzelskiego. Pomysłodawca i redaktor wydawanych przez Fundację Oratio Recta serii, takich jak Wyklęci nie Święci czy Historia bez IPN (w tej drugiej ukaza­ła się m.in. pięciotomowa Zakłamana historia powstania oraz Polska Rzeczywiście Ludowa).

Prezes Fundacji Archiwum Dokumentacji Historycznej PRL.

Informacje dodatkowe

Waga 0,686 kg
ISBN 978-83-67220-10-1
Oprawa miękka ze skrzydełkami
Liczba stron
436
Format 169×240 mm
Waga
686 g.
Data wydania Warszawa 2024
Autor Paweł Dybicz
Wydawca Fundacja ORATIO RECTA

Spis treści

Zamiast wstępu 5
Rodzina i szkoła 7
Pan student 47
Cudowne lata 71
Na rozdrożu 81
Karnawał 95
„Wrona Orła nie pokona” 109
Wielkość Generała 132
W kręgu londyńskiej emigracji 144
Pożegnanie z „Tygodnikiem” 154
Na dwóch kontynentach 181
Skok w politykę 193
Ludzie Unii 225
Nasz antykomunizm 234
Chrześcijanin bez Kościoła 247
Mój i nie mój Kraków 287
Z pisarza profesor 296
Słownik nad słownikami 333
Z Rosją i przeciw Rosji 356
Niemcy – nasza Europa 372
Prawda i mity tysiąclecia 389
„Czuj, stary pies szczeka!” 402

Mówisz o swych ukraińskich, niemieckich, a możliwe że i żydowskich korzeniach…

Dlatego mogę powiedzieć, że jestem 100-procentowym Polakiem! (…)

Porozmawiajmy o micie „Rudego”, który był tak silny w twojej rodzinie. Wychowałeś się na opowieściach o nim.

W tym tkwiła pewna dwuznaczność, bo małżeństwo babci z Jakubem Bytnarem się rozpadło, on założył w Łodzi (gdzie od jakiegoś czasu mieszkali) nową rodzinę. Babcia w roku 1935, z dnia na dzień, zgarnęła swoje manatki, zabrała dwoje dzieci, starszą Lidkę, moją mamę, i młodszego od niej o dwa lata Zdzicha, i wyjechała do Krakowa, gdzie dał jej oparcie najmłodszy brat jej ojca, stryj Jan Bursztyn. Zamieszkali na Pędzichowie pod numerem 11, potem na Krowoderskiej, też pod numerem 11, gdzie przeżyli lata okupacyjne. Babcia nigdy nie wspominała dziadka i to do tego stopnia, że kiedyś w dzieciństwie powiedziałem „mój dziadek umarł”, a wtedy mama się oburzyła i krzyknęła: „Nie umarł! Żyje w Łodzi!”. Nie dopytywałem dlaczego w Łodzi, a nie z nami, rozumiejąc, że jest tu jakaś tajemnica.

Jednak i babcia, i my wszyscy, cała nasza szóstka, byliśmy w wielkiej zażyłości z żoną kuzyna Jakuba Bytnara, a matką „Rudego”, Zdzisławą Bytnarową. To była moja ukochana ciocia Zdzicha. Stosunkowo często do nas przyjeżdżała. Z Warszawy. Bo mieszkała w tym samym domu, z którego Gestapo zabrało jej męża i syna. Aleja Niepodległości 159/63 – na tej kamienicy jest teraz tablica pamiątkowa. Ciocia Zdzicha była drobniutka, filigranowa, zawsze w czerni, trochę staroświecka, o arystokratycznych manierach, może w nieco prowincjonalnym guście. Pamiętam jej oczy, które przy opowieściach o dawnych czasach robiły się jakby większe, zachodziły łzami. (…)

Ciocia Zdzicha opowiadała ci o „Rudym”?

Nie, ona jednak mieszkała w Warszawie. O „Rudym” mówiła mi głównie wspomniana ciocia Stefa, mieszkająca do śmierci z nami. I opowiadała mi to w najwcześniejszym dzieciństwie. Bo wtedy, gdy usłyszałem, że „Janka Niemcy pobili, a potem koledzy go odbili”,  zrozumiałem, że bili jedni i drudzy.

Kiedy się dowiedziałeś o konsekwencjach akcji pod Arsenałem?

Nie pamiętam. Kiedyś jednak dotarło do mnie, że w ramach represji za odbicie „Rudego” i innych więźniów Niemcy rozstrzelali 140 osób. A „Rudego” i tak nie uratowano, bo zmarł, straszliwie skatowany. Zawsze pamiętam o tym niemieckim odwecie.

Czy w Polsce Ludowej matka „Rudego” brała udział w kultywowaniu mitu syna? Uczestniczyła w spotkaniach organizowanych przez różne władze, szkoły, Związek Harcerstwa Polskiego?

Zawsze, zawsze. Ta drobna kobieta dźwigała na swych ramionach cały mit „Rudego”. Była świetną mówczynią, trochę egzaltowaną, ale robiła wrażenie i bardzo lubiła takie spotkania. Odbyła ich na pewno dziesiątki, myślę, że i setki. Człowiek instytucja. Barbara Wachowicz nazwała ją „matulą polskich harcerzy”.

Czy mówiła o tych rozstrzelanych?

Tego nie pamiętam, ale nie mogła o nich nie wiedzieć. A we mnie pokładała duże nadzieje, widziała we mnie tego, kto będzie strażnikiem pamięci o Bytnarach. (…)

Mit „Rudego” miał największy wpływ na twoje zainteresowanie historią?

Niekoniecznie. Było jednak w nim coś potwornego, opowieść o zakatowanym człowieku. Wychowałem się raczej na opowiadaniach mamy, ale początkowo, też w ślad za mamą, botanikiem, interesowałem się przyrodą, najpierw gadami kopalnymi, potem entomologią. Łapałem motyle do siatki i miałem dwie gabloty: w jednej motyle, w drugiej ćmy. Motyle w gablotach kupowaliśmy w sklepie zoologicznym nieopodal ulicy Dietla, jeden kosztował sześć zł i tylko jedwabnik dębowy, duma mojej kolekcji, kosztował 25 zł. Historią zainteresowałem się dopiero w czwartej klasie podstawówki. Być może dlatego że uczyliśmy się z bardzo wartościowego podręcznika, autorstwa Anny Klubówny i Jadwigi Stępieniowej – W naszej ojczyźnie: podręcznik historii dla klasy IV.

Wartościowego? Już słyszę protesty pracowników IPN.

Poszedłem do szkoły we wrześniu 1958 r., więc wkrótce po Polskim Październiku. Ministrem oświaty był Władysław Bieńkowski, bliski współpracownik Władysława Gomułki. Ponieważ ciocia Stefa, nauczycielka z powołania, objęła mnie swą pasją dydaktyczną i nauczyła czytania i pisania, przesunięto mnie po dwóch tygodniach do drugiej klasy. Tak więc 2 września 1958 r. zameldowałem się w klasie I c, a 16 września byłem już w klasie o rok wyższej: II a. Historii uczyliśmy się od klasy czwartej, toteż zetknąłem się z nią jako przedmiotem szkolnym jesienią 1960 r., jako dziewięciolatek. Ale ten ilustrowany podręcznik Klubówny i Stępieniowej powstał wcześniej, na fali popaździernikowej, i stał się moim pierwszym wprowadzeniem w historię Polski. Niektóre jego frazy pamiętam do dziś. Na przykład: „Krwią i łzami spłynęła ziemia polska pod uciskiem zaborców”. Albo: „Wiecie już, jak źle było Polakom pod zaborem rosyjskim. Pod zaborem pruskim też nie było lepiej”. Powstanie listopadowe ilustrowano frazą z Pieśni Janusza Wincentego Pola: „Grzmią pod Stoczkiem armaty…” oraz reprodukcjami polskiego malarstwa batalistycznego Juliusza i Wojciecha Kossaków. Znamienne, że podręcznik urywał się na rozbrojeniu Niemców w listopadzie 1918 r., choć oczywiście nie było mowy ani o POW, ani o Piłsudskim. A ostatnie zdanie książki brzmiało: „Po II wojnie światowej Polska wróciła do swych starych, piastowskich granic”. Nagły przeskok, o dwudziestoleciu ani słowa. Autorki najwidoczniej uznały, że zbyt dużo musiałyby przemilczeć.

O przeszłości czytałeś tylko w podręczniku czy jeszcze gdzieś indziej?

Ciocia Stefa miała w szufladzie swej biblioteczki podręcznik jeszcze lepszy: dla klasy piątej, autorką była Władysława Hoszowska. Ach, cóż to była za książka! Nie mogłem odżałować, że nim przeszedłem do klasy piątej, już wycofano ją ze szkół. (…).

I co takiego było w podręczniku Hoszowskiej?

Opowiadano na przykład o przewagach Stefana Batorego w wojnie z Moskwą. Ale oprócz Jana Zamoyskiego była w nim mowa o piechocie wybranieckiej i o bohaterskich czynach chłopów polskich, piorących Moskali. Na przykład o czynach kotlarczyka Wąsa, który dzielnie stawał pod Połockiem. Chytre to było, pokazywano, że z Moskwą – wbrew rosyjskiej i sowieckiej historiografii – walczył także polski lud. A oprócz podręczników… Czytałem „Płomyczek” redagowany przez zapomnianego dziś Stanisława Aleksandrzaka. Pamiętam, jak z wypiekami na policzkach czytałem, chyba w 1958 roku, opowieść o Stanisławie Skalskim, pilocie, który strącił ileś tam samolotów niemieckich, a potem wrócił do Polski i tu był poddany politycznym szykanom.

Skalski był więziony w czasach stalinowskich i skazany na karę śmierci…

… i ułaskawiony przez Bolesława Bieruta. Tego w „Płomyczku” nie było, ale ubolewano nad tym, co Skalskiego w Polsce spotkało. Przytaczając takie przykłady, chcę powiedzieć, że szkoła popaździernikowa była bardzo patriotyczna, i to w takim tradycyjnym, powiedziałbym nawet międzywojennym duchu. Choć oczywiście mówiono sporo o 1. Dywizji im. Tadeusza Kościuszki (przemilczając jednak nazwisko jej dowódcy Zygmunta Berlinga) i często śpiewano na akademiach „Płynie, płynie Oka, jak Wisła szeroka” (bardzo to lubiłem, ku niezadowoleniu mamy). Nie przypominam sobie natomiast szkolnych opowieści o Monte Cassino. W ogóle wiedza o II wojnie światowej była ograniczona do tego, że były AK i AL – zawsze w tej kolejności i zawsze wymawiane łącznie – no i PPR, której dwudziestolecie powstania obchodzono uroczyście, gdy byłem w piątej klasie.

Masz przywilej późnego urodzenia. Nie doświadczyłeś okresu stalinowskiego, czasu terroru. Ale czy żyłeś w jego cieniu?

Ależ, Pawle, ja tęsknię do stalinizmu!

Nie żartuj!

Co cię tu dziwi? To nie moja wina, że rodzice poczęli mnie w jakąś listopadową noc 1950 roku, w samo apogeum stalinizmu. Urodziłem się za życia Stalina. „Urodzony w niewoli, okuty w powiciu” – to prawda. Ale moje dzieciństwo to jest stalinizm. To sygnał radiowy, takie cienkie młoteczki, po którym padała nazwa „tu Stalinogród”. To literki, z których składałem napis „ulica Józefa Stalina” (ulica w sąsiedztwie Dietla, dziś to Westerplatte). To kalendarze robotnicze, skądś się biorące w domu, z wykazami członków Biura Politycznego PZPR i KPZR… Choćby dom nie wiem jak chciał mnie ochronić, to rzeczywistość zza okien wciskała się wszystkimi szparami. No bo jak tu nie słuchać radia? A tam moja ulubiona piosenka „Nad Wisłą wstaje warszawski dzień. I mknie tramwajem warszawski dzień!” Dla ludzi po powstaniu warszawskim jakże ta piosenka musiała być krzepiąca! Podobnie jak „Małe mieszkanko na Mariensztacie, to moje szczęście, to moje sny”.

O Nowej Hucie też były piosenki.

„O Nowej to Hucie piosenka, o Nowej to Hucie są słowa”. I teraz czekam, jak jakiś prawak wyciągnie moje słowa, że ja tęsknię za stalinizmem. Tak jak Tuskowi wyciąga się od dziesiątek lat z jego pięknego, patriotycznego szkicu słowa, że „Polska to nienormalność”. No, ale ja tęsknię za prawakiem jak za stalinizmem! W Młodej Polsce pisano, by „epatować mieszczucha”, ja robię wszystko, by epatować prawaka.

No już dobrze. Ale o co naprawdę chodzi z tym stalinizmem?

W opowieściach bądź przemilczeniach rodziny stalinizm rysował się jako coś bardzo złego, ale nigdy go nie zrównywano z hitleryzmem. Nigdy! Zawsze postrzegany był jednoznacznie negatywnie, z całą jego grozą, ale słabo zwerbalizowaną, bo na przykład o moim wuju, straconym po wojnie, nic mi nie mówiono. O grozie mówiło się półgębkiem. Czy to w odniesieniu do ZSRR, czy do Lwowa, za którym moja babcia ojczysta rozdzierająco tęskniła. Wszystko jednak było niedomówione, wiszące gdzieś w domowym powietrzu. Tak więc nie powiedziałbym, że cieszę się łaską późnego urodzenia, bo dla mnie Październik ’56 to jakby wczoraj. Doskonale pamiętam jego atmosferę, przemówienie Gomułki, którego rodzice słuchali z uszami przyklejonymi do radioodbiornika.

Aż tak wrył ci się w pamięć?

Pięcioletnie dziecko dużo pamięta. Cały dom żył atmosferą Października ’56, komentowano wszystkie wiadomości. A ja, chory wtedy na szkarlatynę, w przerwach między bolesnymi zastrzykami, stawałem na środku pokoju i ku uciesze wszystkich naśladowałem Gomułkę. W domu bardzo przeżywano powstanie węgierskie. Pamiętam moment, gdy mama powiedziała: „Wiesz, na Węgrzech jest teraz dużo sierot. Myślę, żeby wziąć węgierskiego sierotę na wychowanie”. Mama zawsze bardzo poważnie mnie traktowała, dzieliła się ze mną swymi przemyśleniami. Oczekiwałem tego Węgra, ale mama już potem do tematu nie wracała. Pewnie dlatego że kiepsko nam się wiodło, była już na świecie moja siostra, a na utrzymaniu mieliśmy jeszcze babcię Bytnarową. W każdym razie, choć może trudno uwierzyć, Październik ’56 to moje formacyjne przeżycie. (…)

Wspominałeś o nauczaniu historii w szkole, ale czy to, co mówiono na lekcjach, rozmijało się z tym, co mówiono w domu?

Nic się nie rozmijało! No, prawie nic, bo mama nie lubiła pieśni o Oce, ani AL-u czy PPR-u. Tak czy siak, w mojej patriotycznej rodzinie, rodzinie z tradycjami akowskimi, niemal nic się nie rozmijało z tym, co mówiła szkoła. Owszem, szkoła nie mówiła wszystkiego, np. temat Katynia to było tabu, ale przecież w domu też nie epatowano mnie Katyniem, nie jątrzono, nie rozdrapywano ran. Rodzice najwyraźniej uważali, że do tych zakazanych prawd sam prędzej czy później dojdę. Póki byłem dzieckiem, chcieli mnie chronić, bali się, żebym czegoś w szkole nie wypaplał. Ale czasem było i tak, że to nie dom, lecz szkoła waliła prawdę bez ogródek. Mój nauczyciel historii, niezapomniany Stefan Podkowiński ze Szkoły Podstawowej nr 7… Dedykowałem mu (oraz Bogusławowi Pendzejowi z liceum) moją książkę Jak oszukać Rosję. Do dziś widzę Podkowińskiego, gdy na lekcji opowiada o rzezi Pragi: ręce uniesione do góry, lekko rozwiany siwy włos i wykrzyknienia o żołnierzach Suworowa: „te zwierzęta, te bydlaki!”.

A Pendzej to był nauczyciel historii w II Liceum Ogólnokształcącym im. Króla Jana III Sobieskiego. Genialny dydaktyk. Na każdą lekcję przynoszono mapę i każdą najmniejszą miejscowość uczeń musiał na niej wskazać. Pendzej urządził pracownię historyczną, a w niej powiesił portrety prezydentów Rzeczypospolitej: Gabriela Narutowicza, Stanisława Wojciechowskiego, Ignacego Mościckiego i – uwaga – Władysława Raczkiewicza.

Portretu Bolesława Bieruta nie było?

Jasne, że nie było. Zresztą Bierut był w czasach Gomułki źle widziany – to były „błędy i wypaczenia”. Mój młodszy kolega, rocznik 1975, nie chciał mi uwierzyć, że w PRL-owskiej szkole wisiał sobie oficjalnie portret Raczkiewicza.

W szkole państwowej, dodajmy. W żadnej prywatnej.

Oczywiście, państwowej. Prywatnych niemal nie było, choć istniały w ówczesnym Krakowie dwa licea prowadzone przez zakony: dla chłopców przez pijarów, dla dziewcząt przez prezentki. (…)

Jakiej proweniencji byli twoi nauczyciele? Jeszcze przedwojenni?

Nie tylko przedwojenni, ale w niektórych przypadkach jeszcze sprzed I wojny światowej.

Czyli to oni przenieśli ten etos narodowy, patriotyzm?

Stefan Podkowiński urodził się w 1897 roku w Kamionce Strumiłowej, w Galicji wschodniej. Bogusław Pendzej był z Wołynia, ze Zwiahla (Nowogrodu Wołyńskiego). Nauczycielka matematyki w podstawówce, Maria Garbaczewska, była z rocznika 1890, pracę w szkole zaczęła przed I wojną. Natomiast największym ewenementem była moja nauczycielka matematyki w ogólniaku, Jadwiga Turkowska, córka powstańca styczniowego. Urodziła się w 1889 r. w Omsku na Syberii i tam zaczęła karierę pedagogiczną, na długo przed I wojną. Na matematyce oczywiście się nie mówiło o Raczkiewiczu czy Piłsudskim, ale w osobach tych matematyczek, Turkowskiej czy Garbaczewskiej, było jakieś tchnienie dawnego świata. Natomiast wspomniana wychowawczyni, nauczycielka języka rosyjskiego, Janina Lewicka (rocznik 1900), teściowa historyka sztuki prof. Tadeusza Chrzanowskiego, spędziła dzieciństwo w przedrewolucyjnej Rosji i bardzo kochała kulturę rosyjską. Ona była cała sprzed rewolucji, lecz w dawnej Galicji znajomość rosyjskiego wśród nauczycieli była znikoma, więc zatrudniano i takich ludzi. Co oczywiście nie znaczy, że złych czy niekompetentnych, lecz niepewnych ideologicznie, może nawet bardzo niepewnych. Lewicka swym poglądom nie dawała wyrazu, lecz gdy ją odwiedziłem, będąc już na studiach, zapytała z widocznym obrzydzeniem: „Dużo tam macie tego… marksizmu?”.

Ale jest jeszcze jedno. W moim liceum opiekował się kółkiem teatralnym Tadeusz Kudliński. Znany już przed wojną pisarz, krytyk teatralny. Mam go wciąż przed oczami: wysoki, postawny starszy pan. Miał stały kontakt z młodzieżą. My tego wtedy nie wiedzieliśmy, ale to był człowiek, który spędził siedem lat w stalinowskich więzieniach. Ktoś mu na ten kontakt z młodzieżą pozwolił.

A nauczyciele nowego, powojennego zaciągu? Różnili się od tych, którzy karierę w zawodzie zaczynali przed wojną?

Oczywiście, takich też miałem. Czy się różnili? Moja polonistka w liceum, Zofia Rychel, z domu Romanowska…

Rodzina?

Nie, zupełnie nie. To była córka komandora Bolesława Romanowskiego, który walczył w marynarce wojennej na Zachodzie, a po wojnie wrócił do kraju. Ona, rocznik 1935, wstąpiła do PZPR i była dość zaangażowana.

Także ideowo?

Była aktywną działaczką partii, żoną chyba esbeka, przed którym nawet przestrzegał mnie ojciec. To był jednak bardzo miły pan. Jak to u esbeków. Ale uwaga: na żadnych lekcjach nie było aż takiej swobody wyrażania poglądów jak na lekcjach pani Rychel, partyjnej nauczycielki. Wszystko można było powiedzieć.

Na przykład?

Na próbnej maturze wybrałem temat „Wpływ socjalistycznych idei rewolucyjnych na kształtowanie polskiej literatury okresu międzywojennego”. To wypracowanie mam w domu. Oto próbki mojej terminologii i języka: „przewrót bolszewicki, który przywykliśmy nazywać Rewolucją Październikową”; „trudno się dziwić zdecydowanie wrogiemu nastawieniu Polaków do programu bolszewików”; „odraza do rewolucji”; „nieszczęście rewolucji komunistycznej”; „w latach międzywojennych Związek Radziecki był w pojęciu ówczesnych Polaków tym, czym w pojęciu dzisiejszych jest Niemiecka Republika Federalna”.(…)

Może jednak na lekcjach polskiego przemycała partyjne treści?

W żadnym wypadku. Owszem, trzymała się programu, to naturalne. (…)

Historia nie jest nudna. I nie może być jednowymiarowa, zadekretowana przez jakiś urząd. A ta książka to najlepszy dowód na to i zarazem ciekawe spojrzenie nie tylko na naszą najnowszą przeszłość. Lektura pasjonującej rozmowy Pawła Dybicza z Andrzejem Romanowskim (z pierwszym pracowałem w „Sztandarze Młodych”, drugiemu wręczałem nominację profesorską) utwierdza w przekonaniu, że tylko dialog pozwala zrozumieć zachowanie i poglądy innych. Zrozumieć Polskę i Polaków. Szczególnie gdy nasze własne losy to przeplatają się, to zderzają z wielką historią, o której uczą w szkole.

Aleksander Kwaśniewski

 

Profesor Andrzej Romanowski w porywającym wywiadzie-rzece wspomina burzliwe koleje swojego życia, pracy i twórczości. Od współpracy z wydawnictwami drugiego obiegu po błyskotliwą karierę akademicką, łączącą pracę badacza z pasją dziennikarza-komentatora; z książki wyłania się obraz osobistej ewolucji niestrudzonego propagatora myśli demokratycznej. Profesor walczy z polskim jadem, kołtuństwem i fałszywym patriotyzmem, piętnuje szkodliwą niechęć do uznawania własnych błędów i win, która prowadzi wprost do fałszowania historii.

Jacek Majchrowski

 

Redaktor Paweł Dybicz zyskał uwagę publiczności czytającej jako dokumentalista najnowszych dziejów społecznych Polski. Archiwum historii bez uproszczeń, jakie zamyślił, zostało tą książką obecnie poszerzone o kolejny materiał poglądowy na temat nieoczywistych losów polityczno-kulturalnej formacji, której urodzenie przypadło na lata pięćdziesiąte.

Bronisław Łagowski

10% RABATU
Bądź zawsze dobrze poinformowany o nowych produktach oraz specjalnych promocjach tylko dla odbiorców Newslettera.

Zapisz się na nasz newsletter i odbierz powitalny prezent: -10% rabatu na pierwsze zamówienie książkowe.
Kod zniżkowy ważny będzie przez 7 dni.
Otrzymasz go tylko wtedy, gdy zapiszesz się przez ten formularz!
    ZAPISZ SIĘ
    Wyrażam zgodę na wykorzystywanie przez Fundację Oratio Recta powyższych danych do wysyłki newsletterów zawierających informacje o nowych numerach czasopisma, książkach wydanych przez fundację oraz o innych prowadzonych przez nas działaniach.
    ×

    Podgląd e-maila :

    Jeśli nadal zastawiasz się co mi kupić na prezent, nie musisz już szukać!

    KUP TERAZ

    Ustawienia wiadomości