Sklep

  • UDOSTĘPNIJ:

PRL i skok do neoliberalizmu III

FAŁSZOWANIE HISTORII | NACJONALIZM | NIEGODZIWOŚCI III RP

Tom trzeci to kontynuacja i dopełnienie poprzednich części: najciekawsza wykładnia najnowszych dziejów i fenomenu Polski Ludowej. Trylogia Andrzeja Walickiego to spojrzenie intelektualisty, klerka i patrioty na polskość w ostatnich dwustu latach.

Pakiet książek prof. Walickigo:

  1. JARUZELSKI | SOLIDARNOŚĆ | ZDRADA ELIT
  2. ANTYKOMUNIZM ZAMIAST WOLNOŚCI | PORACHUNKI INTELIGENCKIE
  3. FAŁSZOWANIE HISTORII | NACJONALIZM | NIEGODZIWOŚCI III RP

Jego głos nie był ani słyszany, ani słuchany. Co gorsza, był gwałtownie i brutalnie wyciszany. Przedkładany Czytelnikom tom może tę sytuację choć po części zmienić. […] Lektura zgromadzonych w nim tekstów pozwala na rekonstrukcję brakującego ogniwa w intelektualnym namyśle nad kondycją III RP.

Z recenzji prof. Stanisława Obirka

77,00 

Na stanie

Kup dla mnie

Opis

Wiadomo, że publicystyka Andrzeja Walickiego to teksty o najwyższej jakości intelektualnej, znakomicie napisane, mobilizujące i satysfakcjonujące czytelnika,  zarówno „amatora”, jak i uniwersyteckiego specjalistę. […] W kwestii problematyki narodowej Walicki przeciwstawiał się, w jej obronie, z jednej strony socjalistyczno-komunistycznemu uniwersalizmowi, który łatwo prowadził do wątpliwych unifikacji, z drugiej – liberalnej (zwłaszcza w wersji ekonomistycznej) tendencji do ujednoliceń, standaryzacji i globalizacji.

Z recenzji prof. Janusza Dobieszewskiego

 

Andrzej niejednokrotnie podkreślał, że im bardziej polska scena polityczna przesuwa się na prawo, tym bardziej Jego światopogląd przesuwa się na lewo. Widać to zwłaszcza w radykalizacji używanych przez Niego sformułowań.

Z „Posłowia” prof. Joanny Schiller-Walickiej i prof. Pawła Kozłowskiego

 

Andrzej Walicki (1930–2020), historyk idei, profesor Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, Australijskiego Uniwersytetu Narodowego w Canberze oraz Uniwersytetu Notre Dame w USA, członek Polskiej Akademii Nauk. Autor licznych prac z zakresu myśli rosyjskiej, polskiej filozofii narodowej, historii marksizmu i liberalizmu. Laureat Nagrody im. Eugenia Balzana (Włochy) – najważniejszej europejskiej nagrody w dziedzinie humanistyki, za wkład w badanie dziejów myśli rosyjskiej i polskiej. Jego książki i artykuły zostały przetłumaczone na wiele języków. Fundacja Oratio Recta w 2019 r. opublikowała jego książkę O Rosji inaczej.

Informacje dodatkowe

Waga 0.828 kg
ISBN
978-83-64407-87-1
Oprawa twarda
Liczba stron
468
Format 172×246 mm
Waga
830 g.
Data wydania Warszawa 2021
Autor Andrzej Walicki
Wydawcy Fundacja ORATIO RECTA, Instytut Historii Nauki im. Ludwika i Aleksandra Birkenmajerów PAN

Karta redakcyjna

 

Andrzeja Walickiego votum separatum i wezwania do realizmu (Jarosław Dobrzański)

  1. Naród, nacjonalizm i postnacjonalizm

Czy możliwy jest nacjonalizm liberalny?

Polska – naród – Europa. Z prof. Andrzejem Walickim rozmawiał Paweł Kozłowski

O wywiadzie dla „Zdania”. Z „Dziennika”

Testament Dmowskiego

O Dmowskim. Z „Dziennika”

Spuścizna Narodowej Demokracji i jej miejsce w dziejach ideologii narodowych w Polsce

Mit jedności narodu. Z prof. Andrzejem Walickim rozmawiali Łukasz Gałecki i Adam Leszczyński

Czy idea narodu musi być własnością prawicy?

  1. Różne liberalizmy

Zakres wolności, źródło władzy

Neoliberalna kontrrewolucja

Nieporozumienia wokół liberalizmu

Czy możliwy jest liberalizm lewicowy?

 III. Przeciw ideologicznym zafałszowaniom historii Polski

Sarmacja. Polska między Wschodem a Zachodem

Naród i terytorium

„Patriotyczny” szantaż

  1. W obronie humanistyki

Niebezpieczne nieporozumienia w sprawach nauki

Uwagi o reformie dotyczącej nauki. Robocze notatki

Reforma nauki w Polsce, czyli nieświęty sojusz biurokracjiz rynkiem

Jeszcze w sprawie reformy nauki

O kryterium międzynarodowej „cytowalności” w humanistyce polskiej i o systemie grantowym

O reformie nauki. Wypowiedź na spotkaniu w Sejmie

Rozważania o reformie nauki. Z „Dziennika”

  1. Legitymizacyjny mit polskiego „państwa prawa”

Nie każde prawo jest dobre

Jestem przeciwny legislacji w sprawach moralności

Wymiary równości a wymiar sprawiedliwości

  1. U progu „dobrej zmiany”

Kościół a demokratyczne państwo

Przyszłość lewicy. Na spotkanie ze Slavojem Žižkiem

Stare zadania dla nowej lewicy

Zapisane w „Dzienniku”. Rozważania dla „Zdania”

 VII. Naród i Kościół w objęciach neoliberalizmu

Wyimki z „Dziennika”

 Aneks

List do Aleksandra Smolara w sprawie polityki wobec Rosji

List do prof. Anny Raźny z wyrazami solidarności z powodu szykanowania jej za poglądy polityczne

List do australijskich przyjaciół, Adama i Renaty Rustowskich, o sytuacji politycznej w Polsce

List odczytany na pogrzebie Jerzego Szackiego

Postscriptum (Joanna Schiller-Walicka, Paweł Kozłowski)

 

 Podziękowania

 Nota edytorska

 Przypisy

By oddać sprawiedliwość tej eseistyce historycznej i społeczno-politycznej, zgromadzonej choćby w trzech tomach niniejszej publikacji, trzeba przyznać, że w aktualnej przestrzeni ideowej współczesnej humanistyki polskiej, tzn. w obszarze minionego półwiecza – wliczając zarówno autorów czynnych, jak i już nieobecnych fizycznie, którzy jednak mają zdolność oddziaływania pozostawionym dziedzictwem – można wskazać najwyżej kilka nazwisk formatu Andrzeja Walickiego. Z całą pewnością opinia ta jest bezsporna w odniesieniu do jego pogłębionej publicystyki społeczno-historycznej. Dlaczego to pisarstwo jest tak ważne? Ponieważ dotyka newralgicznych obszarów kultury wspólnoty politycznej, w których krystalizuje się zbiorowe samopoznanie i rozumienie świata, rozpoznawanie miejsca i roli Polski w świecie, odczytywanie znaków czasu, odgadywanie przyszłych tendencji, przewidywanie wektorów rozwoju i regresu, antycypowanie możliwych szans i korzyści, potencjalnych ryzyk i zagrożeń. Zgodnie ze znaną formułą klasyka krakowskiej szkoły historycznej Józefa Szujskiego oraz mechanizmami opisanymi przez podążającego jego tropem błyskotliwego obserwatora współczesnej rzeczywistości, zainfekowana czy też sfałszowana historia prowadzi do błędnej – i coraz częściej, niestety, obłędnej – polityki. Błąd można czasami naprawić, szaleństwo i zaślepienie zawsze prowadzą do katastrofy.

 (ze wstępu Jarosława Dobrzańskiego Andrzeja Walickiego votum separatum i wezwania do realizmu)

 

Rozdział 1 (s. 120-130) Czy idea narodu musi być własnością prawicy

I.

Warszawa, grudzień 2007

W pierwszym miesiącu 1981 roku (dokładnie od 30 grudnia 1980 do 28 stycznia 1981) napisałem książkę pt. Spotkania z Miłoszem. Była to autobiografia intelektualna osnuta wokół problemów, które stały się przedmiotem mojej korespondencji z Czesławem Miłoszem, rozpoczętej intensywną wymianą myśli w końcu 1960 roku (Miłosz był wówczas profesorem w Berkeley, w Kalifornii, ja zaś pisywałem do niego z Oksfordu, gdzie przebywałem jako stypendysta Fundacji Forda). Jednym z tematów tej korespondencji był problem narodu. Wypowiadałem się wówczas bardzo sceptycznie o „twórczych możliwościach polskiego nacjonalizmu”, stwierdzając, że widziałem wokół siebie jedynie „nacjonalizm Ciemnogrodu” lub, po drugiej stronie, „dominującą wśród inteligencji modę na brak wiary w wartości polskiej kultury i drwiący stosunek do narodowych tradycji”1. Miłosz wydawał się podzielać tę diagnozę, ale z większym zrozumieniem odnosił się do odruchów antyrosyjskich, widząc w nich zrozumiały „gest obronny zbiorowości polskiej”. W gruncie rzeczy jednak dzieliły nas mocne i przeciwstawne skojarzenia związane ze słowem „naród”. Miłoszowi kojarzyło się ono bardzo negatywnie jako sztandarowe hasło postendeckiej prawicy lat trzydziestych; ja natomiast nadawałem słowu „naród” konotację zdecydowanie pozytywną, kojarzyłem je bowiem z tradycją myśli romantycznej (kontynuowaną później przez Stanisława Brzozowskiego), na której wychowałem się i która była przedmiotem moich badań.

W jednym z listów napisanych do mnie po wydaniu Spotkań – z 22 lipca 1986 roku – Miłosz wyraził przeświadczenie, że działalność „Solidarności” spowodowała cofnięcie świadomości polskiej do roku 1944: „Kiedy byłem w Warszawie w 1981 roku, miałem uczucie, że starto z tablicy wszystko, cokolwiek na niej mazano od tamtego czasu, i niemal gotów byłem uwierzyć neoendekom, że jest tylko jedna partia, narodowa, i to jej odrodzenie”. Stan wojenny, rzecz jasna, był dalszym i decydującym krokiem w tym kierunku. W połowie lat osiemdziesiątych kluczowe miejsce w polskiej świadomości narodowej zajmował więc „Katyń i powstanie warszawskie, tudzież całkowita rehabilitacja postawy nieprzejednanych na emigracji”2.

W momencie pisania niniejszych słów, czyli w roku 2007, brzmi to jak prorocze wręcz określenie głównego nurtu ideologii narodowej w niepodległej Polsce. Miłosz bolał nad tym, ale zarazem traktował to z pewnego rodzaju stoickim fatalizmem – jako lawinę, której nie można zatrzymać, bo musi się przetoczyć. Zapowiedź tej lawiny dostrzegł zresztą już w roku 1968, traktując „wydarzenia marcowe” jako zwycięstwo „tej polskiej formacji umysłowej, która kwitła w Polsce lat trzydziestych”3. Ja natomiast, obserwując te procesy świadomościowe z pozycji bliskich opcji narodowej w szerokim sensie terminu „naród” oraz z perspektywy bardzo wszechstronnych badań nad ideologiami narodowymi w ujęciu historyczno-porównawczym, zdecydowałem tym razem odmówić temu, co się działo, sankcji dziejowej konieczności. Dlatego też publikowane dalej fragmenty mojego dziennika kończą się powrotem do refleksji nad myślami i życiem wielkiego poety, zmarłego w roku 2004 i pochowanego na Skałce w atmosferze debaty wykraczającej często poza granice przyzwoitości.

Dominujące ideologie polskiej prawicy narodowej nie wyczerpują bogatej i historycznie zmiennej treści „nacjonalizmu” w anglojęzycznym, szerokim i aksjologicznie neutralnym sensie tego terminu. Oprócz tradycjonalistycznego katolickiego etnonacjonalizmu oraz nowoczesnego, integralnego nacjonalizmu o proweniencji endeckiej istnieją bowiem ideologie narodowe w niczym niekolidujące z wartościami demokratycznymi i liberalnymi, wzbogacające demokrację liberalną o wymiar historyczno-wspólnotowy, bez prób cofania się do dławiących form ekskluzywistycznej, monotożsamościowej wspólnoty plemiennej. Jedną z nich – mającą, moim zdaniem, największe szanse na pozbawienie radykalnej prawicy monopolu na słowo „naród” – nazywam „nacjonalizmem liberalnym”. Odrzuca on zarówno „konstruktywizm” (teorię narodu jako sztucznego „konstruktu” oraz wspólnoty swobodnie wybieranej), jak i „esencjalizm” czyniący jednostkę niewolnikiem ponadindywidualnej całości, w imieniu której występuje jakaś mniej lub bardziej samozwańcza elita. Pojmuje naród jako wspólnotę ponadlokalną, maksymalnie szeroką, a więc inkluzywną, ujednostkowioną i pluralistyczną; wspólnotę kulturalną interpretuje komunikacyjnie jako dialog, a nie jako obowiązującą, odgórnie kontrolowaną „tożsamość”; umiejscawia jednostkę w długim historycznym czasie i w szerokiej, a więc pojemnej i przestronnej, kulturowej przestrzeni. Z punktu widzenia terminologii, do której się przyzwyczailiśmy, „liberalny nacjonalizm” jest oczywiście „patriotyzmem”, a nie „nacjonalizmem” rozumianym jako ideologia narodowego partykularyzmu i ksenofobicznej agresji. Rzecz w tym jednak, że przyjęte u nas rozróżnienie „patriotyzm” versus „nacjonalizm” nie da się obronić ani logicznie, ani praktycznie. Patriotyzm oznacza lojalność „krajową”, terytorialną (a więc możliwy jest na przykład patriotyzm wschodniogalicyjski łączący Ukraińców z Polakami), nacjonalizm natomiast jest lojalnością wobec tak czy inaczej pojętej grupy narodowej (w Galicji wschodniej XX wieku jest więc albo polski, albo ukraiński, nawet w przypadku gotowości obu grup do przyjaznej współpracy; „polskim” mógłby być tylko wtedy, gdyby Ukraińcy jako naród „młodszy” sami uznali się za część wieloetnicznego narodu polskiego). Patriotyzm, z czego na ogół nie zdajemy sobie sprawy, jest pojęciem służącym tak zwanym „narodom historycznym” (takim jak historyczna Polska lub Węgry), roszczącym sobie prawo do obszaru znacznie większego niż terytorium etniczne i żywotnie zainteresowanym w delegitymizacji separatystycznych dążeń narodowości etniczno-językowych.

Przy sztucznie zawężonym i pejoratywnie wartościowanym rozumieniu nacjonalizmu nie można by ukazać bardzo istotnego wkładu Polaków do dziejów szeroko pojmowanego nacjonalizmu w Europie, to samo bowiem, co w innych krajach (na przykład we Włoszech epoki Risorgimento) uznawane jest za „nacjonalizm”, w Polsce uważane byłoby za „patriotyzm” i wyłączane tym samym z ogólnego obrazu. I wreszcie, o czym nie wolno zapominać, obdarzanie jednego pojęcia znakiem plus, a drugiego znakiem minus, owocuje w praktyce sytuacją, w której nawet skrajni nacjonaliści maskują się jako „patrioci”, a potencjalnie lewicowi nacjonaliści cierpią na alergię wobec samego słowa „naród” i w ten sposób ułatwiają prawicy bezceremonialne zawłaszczanie narodowych wartości.

Powinniśmy zdawać sobie sprawę z opłakanych skutków tego zawłaszczenia. Niepodległa Polska dumnie nazwała się „Trzecią Rzecząpospolitą”, ale w rzeczywistości okazała się Polską postkomunistyczną, postpeerelowską, nadmiernie – alergicznie wręcz – uzależnioną od swej niedawnej, socjalistyczno-wasalnej przeszłości. Uzależnioną nie tylko przez negację, lecz również przez powielanie wzorów myślenia, łączących radykalnie antyliberalną prawicę z radykalnie antyliberalną lewicą. I tu, i tam bowiem mieliśmy do czynienia z próbami narzucania społeczeństwu jednej tożsamości, a nawet jednej pamięci, ze sztucznym, skrajnie wybiórczym konstruowaniem akceptowalnego kanonu tradycji, ze stygmatyzowaniem przeciwników ideowych jako wrogów narodu (i to uwarunkowanych „genetycznie”, „rodowodowo”) oraz z wykluczaniem ich ze społecznej wspólnoty. W obu przypadkach gwałcono więc podstawowe prawo wolnych ludzi, nazwane przez hiszpańskiego biskupa Ricardo Blázqueza „prawem każdej grupy społecznej do własnej pamięci historycznej oraz własnej tożsamości”4. Stalinowcy czynili to w imię „moralno-politycznej jedności społeczeństwa”, zdefiniowanej przez kierownictwo partii; narodowa prawica dopuszcza wprawdzie (co należy podkreślić) dość znaczny pluralizm we własnych szeregach, ale także ulega pokusie totalistycznego ideału „moralnej jedności”: dzieli przecież Polaków na „prawdziwych” i „nominalnych” (vel „metrykalnych”), zaliczając do tych drugich nie tylko członków SLD i innych grup „postkomunistycznych”, lecz również „przypadkowe społeczeństwo”, nadmiernie przywiązane do PRL i niechcące podporządkować się strażnikom „narodowych wartości”. Nawet umiarkowanych prawicowców dogłębnie oburzała sama myśl, że prawo do własnej odrębnej tożsamości przysługuje nie tylko mniejszościom etniczno-wyznaniowym (czego nie kwestionowano), lecz również poszczególnym jednostkom lub stowarzyszeniom jednostek w obrębie narodowej większości: naród bowiem, aby istnieć, musi być zespolony jednością moralną, wspólną pamięcią i solidarnym odrzuceniem tego, co obce.

Jest rzeczą oczywistą, że w warunkach polskich rola gwaranta narodowej jedności przypaść musiała katolicyzmowi. Wynikało to, zauważmy, nie z nadmiernej wiary w siebie, ale z jej braku – z obawy, że „bez katolicyzmu nasz naród rozsypałby się we współczesnym świecie”5. A na moje pytanie (retoryczne): „Niby dlaczego działacze SLD mieliby wyrzec się własnych poglądów na historię, politykę i narodową tożsamość?” – szczera odpowiedź Mariana Piłki była bardzo prosta: „Otóż dlatego że w zdrowym narodzie nie ma dla takich poglądów miejsca”. To, że antyliberalne pojmowanie narodu (nie zawsze aż tak proste, jak w przytoczonym wyżej przykładzie, ale zawsze moralizatorskie, ekskluzywistyczne, próbujące narzucać patriotom agresywną jednomyślność) bujnie rozkwitło w obozie „postsolidarnościowym”, nie było niestety przypadkiem. „Solidarność” była ruchem mądrze powstrzymującym się od stosowania przemocy, ale za to posługującym się metodą zorganizowanej, społecznej presji, co legitymizowało oczywiście praktykę ostracyzmu, stygmatyzacji oraz bojkotu grup i struktur uznanych za wrogie. Jak trafnie skonstatował kiedyś Adam Michnik, mogło to mieć uzasadnienie jako sposób walki o wolność, ale nie powinno przekształcić się w narzędzie walki o władzę w wolnym już państwie. Niestety jednak (co można było przewidzieć) stało się inaczej. Akcentując potrzebę, a nawet niezbędność, zastąpienia antyliberalnej ideologii narodowej ideologią liberalną, nie mam jednak na myśli liberalizmu w tym sensie, jaki nadano temu słowu w dzisiejszej Polsce. Nie chodzi mi o liberalizm ekonomiczny, sprzężony z konserwatyzmem, czyli o tak zwany „neoliberalizm”, wciąż jeszcze silny (choć coraz mocniej kwestionowany) w środowisku polskich „modernizatorów”. Przeciwnie, uważam ten kierunek za szkodliwy właśnie ze względów narodowych, prowadzi bowiem do znacznego pogłębienia i utrwalenia polaryzacji społecznej. Stanowcze opowiedzenie się za liberalizacją i europeizacją polskiego nacjonalizmu pojmuję nie jako dogmatyczne realizowanie neoliberalnych recept, lecz jako przesunięcie całej polskiej sceny politycznej na lewo – ku klasycznym wartościom liberalizmu uspołecznionego i zliberalizowanej socjaldemokracji.

1 A. Walicki, Spotkania z Miłoszem, Aneks, Londyn 1985, s. 99.

2 A. Walicki, Zniewolony umysł po latach, Czytelnik, Warszawa 1993, s. 421.

3 Patrz list Miłosza do mnie z 17 VII 1968, [w:] tamże, s. 209.

4 Patrz Hiszpański biskup przypomina grzechy Kościoła, „Gazeta Wyborcza” 2007, 21 XI, s. 14.

5 M. Piłka, Jaka demokracja? Narodowa, „Życie” 2000, 9 VIII, s. 15.

 

II Po śmierci Miłosza

Granger, 5 VIII 2004

Telefoniczna wiadomość o śmierci Miłosza. Siadam więc nad jego wierszami i bez trudu znajduję w nich rzeczy w pełni aktualne. Na przykład:

Strzeż się wariatów. Ci są mili,

Póki w zakładach ich więzili,

Albo trzymali w zwykłej stajni.

Dziś są wariaci miarodajni.

Zaiste, wariat na swobodzie,

Największą klęską jest w przyrodzie.

(Traktat moralny, 1947)

Albo:

Nie sądź poza tym zbyt pochopnie,

Bo różne są obłędu stopnie,

I z chęcią, czy też mimo chęci,

Wszyscy jesteśmy nim objęci.

Tak się ten przykry sens odsłania,

Obłęd dziś ceną jest działania.

(tamże)

I wreszcie:

Żyjesz tu, teraz. Hic et nunc.

Masz jedno życie, jeden punkt.

Co zdążysz zrobić, to zostanie.

Choćby ktoś inne mógł mieć zdanie.

(tamże)

Działania nasze nie mogą odwrócić nieuchronnego biegu rzeczy,

ale wywierają jednak pewien wpływ:

Lawina się od tego zmienia,

Po jakich toczy się kamieniach.

Poeta nie ma jednak złudzeń. Co gorsza, nie ma też złudzeń co do

niewinności swych rodaków:

Przeklina lud, a błazny mu śpiewają,

Że nigdy nie był tak jak dzisiaj wolny.

I szuka znaków, co się w niebie palą:

Pokój służalstwa? czy zagłada wojny?

Oni tymczasem, drżąc w jaskiniach cieni,

Sądzą, nie wiedząc, że już osądzeni.

(W praojcach swoich pogrzebani, 1951)

Swoistym podsumowaniem refleksji Miłosza nad „byciem Polakiem” jest jego diariusz pt. Rok myśliwego (Instytut Literacki, Paryż 1990). Zdumiewająca książka! Pisana w przeddzień upadku „realnego socjalizmu” w Polsce, w okresie, gdy Miłosz stał u szczytu sławy, gdy widziano w nim, również w USA, nie tylko wielkiego poetę, lecz również wielki autorytet moralny w sprawach polskich, porównywalny niemal z Janem Pawłem II. Pokusa wystąpienia w roli wyraziciela aspiracji Narodu musiała być dlań wtedy większa niż kiedykolwiek. Ale właśnie dlatego chyba bronił się przed tą pokusą, zapisując w Roku myśliwego myśli „heretyckie”, zupełnie niewspółbrzmiące z odczuciami polskich patriotów. Oto niektóre z nich.

„Dla wielu, może dla większości, polskie państwo pojawiło się (po I wojnie światowej) jako anomalia albo wręcz przykra niespodzianka” (s. 256). Mieszkańcy wielonarodowego imperium – Białorusini, Litwini, Żydzi, a także polscy „krajowcy”, czyli inteligencja i ziemiaństwo identyfikujące się z „krajem”, a nie z jedną narodowością – oczekiwali pojawienia się narodowego, etnocentrycznego państwa polskiego. Niektórzy Polacy byli wręcz pryncypialnie przeciwni niepodległości. Miłosz nie zawahał się uznać tej opcji za całkowicie prawomocną: „Dwie zasadnicze postawy polskie ścierały się w tym stuleciu ze sobą: niepodległość Polski jako cel wszelkich walk i wysiłków, i poświęcenie tej niepodległości w imię komunistycznego internacjonalizmu” (s. 184). A więc komunizm – wbrew wszystkiemu, co uważa się dziś za oczywistość – był w oczach Miłosza jedną z „zasadniczych postaw polskich”; a nie jakimś chwastem przetransplantowanym na grunt polski z zewnątrz.

Jeśli tak było w przededniu odzyskania niepodległości, to nie mogło być inaczej po zwycięstwie stalinowskiego ZSRR nad Niemcami Hitlera. „Przecie w latach 1945–1950 nikt nie wierzył w samodzielną kapitalistyczną Europę” (s. 149). Nie było też żadnych szans obronienia wielonarodowych kresów Rzeczypospolitej przed inkorporacją do zwycięskiego mocarstwa; zasada samostanowienia narodowego nieubłaganie spychała Polaków ku linii Curzona. A przecież „żaden rząd zachodni nie wpadłby na taki pomysł jak Stalin, żeby wysiedlić miliony Niemców z ich wielowiekowych siedzib i oddać ten obszar Polakom. Tym samym rzec można, że Polska istnieje z woli i z łaski Stalina” (s. 143). W tym kontekście – czyli w kontekście uznania rezultatów II wojny światowej za nieuchronną konieczność – Miłosz wypowiedział się również na temat dyskusji o Zniewolonym umyśle i moim w niej udziale: „W «Arce» – pisał pod datą 15 IX 1987 – czytamy dwie recenzje z książki Walickiego «Rozmowy z Miłoszem» (Spotkania z Miłoszem – AW) i Walickiego odpowiedź. Ma rację, kiedy kwestionuje rozprawianie o stalinowskim okresie przez ludzi, którzy go nie pamiętają i sądzą na podstawie swoich późniejszych doświadczeń. Na przykład Michnik i jego Dzieje honoru w Polsce. Cóż dziwić się cudzoziemcom, jeżeli nawet ci, którzy w Polsce wyrośli, nie mogą wniknąć w ówczesne nasilenie grozy. Nie tylko strachu. Ataki na mój Zniewolony umysł, że niby wymyśliłem jakieś głębie, podczas gdy działał po prostu strach o swoją skórę, nie trafiają w sedno. Była to groza nagle uzyskanej świadomości, że następuje światowe zwycięstwo komunizmu i że marzenia o niepodległej Polsce trzeba złożyć do muzeum” (s. 47). Co innego jednak niemożliwość, a co innego pogodzenie się z tą niemożliwością, nie mówiąc już o jej aprobacie. Najciekawsze jest u Miłosza to, że niepodległość jako cel najwyższy była dlań ideałem nie tylko nierealistycznym, lecz również niesympatycznym, a nawet odrażającym – jak jakieś pogańskie bóstwo wciąż domagające się krwawych ofiar. Zacytujmy: „Warszawa okupacyjna była dla mnie miejscem i czasem spotkania z polskim nacjonalizmem w jego najwyższym natężeniu, kiedy to występował wyłącznie jako patriotyzm, którego nikt nie ma prawa krytykować” (s. 37–38). Dostrzegał jakiś fałsz w tej podniosłości i szlachetności. Przyznawał, że ma „wspólny język tylko z Polakiem zdemonizowanym, takim, który przeszedł przez marksizm, ateizm czy może jakieś tam dewiacje” (s. 36). Swą świetną przecież antologię Pieśń niepodległa z 1942 roku uważał za ustępstwo na rzecz zbiorowej egzaltacji, wstydził się tego i nie zezwolił na przedruk tej książki w Polsce. Odrzucał naciski w tej sprawie w sposób niemal brutalny: „Nie chcę, to było dawno i nie mam z tym nic wspólnego […] nie życzę sobie podpisywać się pod Pieśnią niepodległą” (s. 216). Postawa ta była wyrazem buntu suwerennej jednostki przeciwko tyranii tworu zbiorowej wyobraźni nazywanego „Narodem”, pretendującego do nieograniczonej władzy nie tylko nad zachowaniami, lecz również nad myślami i sumieniami ludzi. Miłosz protestował przeciwko temu w imię „normalności”: Pisał: „Polska mnie przeraża. Powiedzmy, że przerażała mnie przed wojną, podczas wojny i przeraża przez całe te dziesięciolecia po wojnie. Jak powinien zachować się schwytany przez nią człowiek (urodzenie się tam czy język), jeżeli chce być rozumny, trzeźwy, spokojny, a przy tym uczciwy? Jeżeli uważa te bezustanne ofiary, konspiracje, powstania za zupełny nonsens po prostu dlatego, że w «normalnych» krajach tego nie ma? I ostatecznie, jeżeli 99 procent Francuzów żyło jak zwykle po klęsce 1940 roku, to jest to normalne” (s. 232).

W Warszawie pod okupacją trudno było jednak oprzeć się egzaltacji patriotycznej. Miłosz odczuwał wyrzuty sumienia, że niedostatecznie jej ulega, zmuszał siebie do szlachetnych uczuć (s. 39). Ale wtedy właśnie pojawił się w jego życiu Tadeusz Kroński, bez skrupułów wyśmiewający patriotyczną idolatrię – choć stawiający na jej miejscu bałwochwalczy kult po heglowsku rozumianej Historii. Pod jego wpływem poeta „odciął trzymającą go martwą rękę przeszłości” i odzyskał wewnętrzną wolność (s. 39).

Tyle autor Roku myśliwego. A jakie stąd wnioski? Jeśli nie zrozumiemy jako naród Zniewolonego umysłu Roku myśliwego, to skazani będziemy na mieszaninę „naiwnej szlachetności” z niezrozumieniem świata, infantylizm z nacjonalistyczną permanentną frustracją. „Antypolskość” wymaga zrozumienia, bez niego bowiem staje się wyśmiewaną przez Brzozowskiego sienkiewicziadą i starczym zdziecinnieniem pod opieką Kościoła. Prostolinijna „szlachetność” polskiego nacjonalizmu bywa często maską postaw bardzo niebezpiecznych i skrajnych: (1) absolutyzowania własnych racji i zupełnej niezdolności zrozumienia racji niepolskich; (2) wywierania moralnej presji na współobywateli, przybierającej niekiedy formy agresywne; (3) śmiesznego polonocentryzmu w oglądzie świata; (4) czepiania się sutanny i podpierania etnocentryzmu autorytetem Kościoła i wreszcie (5) potwornego, iście szlacheckiego egoizmu elit widzących w sobie kwintesencję prawdziwej (a nie metrykalnej tylko) polskości.

W listach do mnie z 28 marca 1982 roku i z 26 lipca 1986 roku6 Miłosz przyznał, że „dał się spożyć”, bo nie miał wyjścia. Dwudziestolecie było zmaganiem się dwóch sił, ale zwyciężyła endecja, albo raczej „Naród”; „Naród, który jest organizmem polskiej świadomości, a warianty nie mają znaczenia w porównaniu z głównym nurtem” (s. 420). „Czy miałem z Moskwą trzymać, jeżeli nie ma nic oprócz elementarnego «albo – albo»?” (tamże). W momencie pierwszych zwycięstw „Solidarności” miał przez chwilę nadzieję na przerwanie tego „zaklętego kręgu”, na „nową demokratyczną polskość”. Stało się jednak inaczej. Przewrót, który nastąpił za „Solidarności” oznaczał „cofnięcie zegara do roku 1944”, „całkowitą rehabilitację postawy nieprzejednanych na emigracji”, zwycięstwo świadomości historycznej, w której „kluczowe miejsce zajmuje Katyń i powstanie warszawskie” (s. 421).

Zgodnie ze swym starym poglądem, że lawiny nie można powstrzymać, choć można łagodzić jej „dzikość i okrucieństwo”, Miłosz zgodził się na to cofnięcie czasu. Omotało go też ewidentnie „dobre 6 A. Walicki, Zniewolony umysł po latach, s. 418–422. towarzystwo”, które cenił i któremu nie chciał się narażać. Nie mógł polubić „katolicko-narodowego” klimatu III RP, ale zgadzał się przecież, że „dwa tylko stanowiska, dwie racje były w Polsce w zgodzie z logiką. Albo «narodowe», to znaczy pryzmat Kościoła i Narodu, albo lewicowe czy «masońskie» (Rok myśliwego, s. 257). To drugie stanowisko niewątpliwie na długie lata przegrało, a więc należało się do tego faktu jakoś dostosować. Nie zmieniając nawet poglądów, należało przybrać „barwy ochronne”.

Ja zaś, początkowo o ileż bardziej „narodowo-patriotyczny”, ewoluowałem w przeciwnym kierunku. Głównie chyba dlatego, że jako człowiek wrażliwszy na wpływ narodowych emocji musiałem z całych sił bronić swej niezależności.

Miłosz miał więcej racji niż sądziłem, twierdząc, że „naród jest organizmem polskiej świadomości”. Niedawne zachwyty publicystów nad powstaniem warszawskim diagnozę tę potwierdzają. Inna rzecz, że świadczy to o spłyceniu myśli postendeckiej, bo Dmowski nie zaliczałby się przecież do entuzjastów tragicznej klęski. Nie mogę jednak zgodzić się z Miłoszowym rozumowaniem w kategoriach „albo – albo”: albo prymat Kościoła i Narodu, albo rezygnacja z niepodległości, albo „dać się spożyć”, albo skazać się na samotny nonkonformizm.

Miłosz pozostał przy tej ponurej diagnozie, ale ja ją mimo wszystko odrzucam.

 

 

Rozdział 5 (s.329-333) Nie każde prawo jest dobre

Większość toczących się dziś w Polsce debat politycznych bardzo zniechęca do brania w nich udziału. Trudno przecież dyskutować w warunkach maksymalnie nasilonej presji politycznej. Presji piętnującej ludzi o poglądach umiarkowanych i w gruncie rzeczy centrowych mianem „skrajnych lewicowców” (tak bowiem określa się zwolenników liberalizacji prawa antyaborcyjnego) lub nawet antypatriotów głoszących poglądy „haniebne”. Dlatego też za najbardziej racjonalny wybór dla ludzi mojego pokolenia (rocznik 1930) i moich poglądów (lewicowo-liberalnych) uważam spokojne czekanie na zmianę politycznego klimatu.

Czasami jednak nie jest to możliwe. Dla mnie osobiście – jako człowieka mającego wyrobione poglądy na to, czym jest i powinno być państwo prawa – trudne jest zbycie milczeniem wywiadu wicemarszałka Senatu prof. Ryszarda Legutki, udzielonego redakcji „Dziennika” pt. Inteligencja nie jest grupą uciśnionych.

Nie kwestionuję kompetencji prof. Legutki jako znawcy dziejów myśli politycznej, w tym również filozofii prawa. Przeciwnie. Ale dlatego właśnie oburza mnie, że autor o tak dużej erudycji udaje, że nie wie tego, o czym dobrze wie. Wie przecież, że zasada absolutnego posłuszeństwa wobec każdego nakazu wydanego przez najwyższą władzę ustawodawczą nie jest fundamentem prawa jako takiego, ale jedynie wyróżnikiem doktryny nazywanej prawnym pozytywizmem, doktryny, której twórca John Austin (żyjący w pierwszej połowie XIX wieku) bronił poglądu, że gdyby brytyjski parlament zadecydował, iż wszystkie dzieci o błękitnych oczach mają być zgładzone, to decyzja ta, aczkolwiek absurdalna i monstrualna, miałaby wiążącą moc prawa.

W ubiegłym stuleciu poglądy takie, aczkolwiek w mniej skrajnej formie, głosił Hans Kelsen, dowodzący, że jedynym źródłem prawa jest legislacja państwowa i że każde prawo obowiązuje niezależnie od jego treści. Prof. Legutko dobrze wie jednak, że tak rozumiany pozytywizm prawniczy stał się doktryną przestarzałą już na samym początku XX wieku. Że cały późniejszy rozwój filozofii prawa polegał na przezwyciężeniu i odrzuceniu prawnego pozytywizmu, że ogromną rolę odegrało w tym odrodzenie prawa natury, a także różne koncepcje pluralizmu źródeł prawa stanowionego i świadomości prawnej; że doświadczenie nazizmu zdyskredytowało teorię bezwzględnego posłuszeństwa wobec praw suwerennego państwa jako zasadniczo sprzeczną z ideą państwa prawa, uzasadniającą wszystkie odmiany dyktatury. Adam Michnik przypomniał niedawno, że pozytywizm prawny nie daje się pogodzić z nauką Kościoła katolickiego i że poglądy Kelsena (identyczne z poglądami głoszonymi dziś przez prof. Legutkę) poddane zostały druzgocącej krytyce przez papieża Benedykta.

Do radykalnych krytyków prawnego pozytywizmu należał również patron ideowy wolnorynkowej prawicy polskiej Friedrich Hayek, którego poglądom Legutko poświęcił kilkanaście lat temu ciekawe i życzliwe studium. Warto przypomnieć te poglądy, Hayekowska rekonstrukcja fundamentalnych zasad liberalnej filozofii prawa jest warta bowiem poważnego namysłu i wcale nie musi łączyć się z Hayekowską apologią wolnego rynku.

Wedle Hayeka zasadniczą fundamentalną cechą państwa prawa jest prawne ograniczenie swobody legislacyjnej: władza ustawodawcza nie ma w nim prawa do ogłaszania ustaw kolidujących z „prawem właściwym”, czyli z ogólnymi zasadami słusznego postępowania, sformułowanymi w prawie cywilnym i prawie karnym.

Liberałowie mniej konserwatywni niż Hayek dodaliby do tego ograniczenie swobody ustawodawczej przez prawa człowieka. Pozytywizm prawny, utożsamiający prawo z rozporządzeniami prawowitej władzy, redukuje prawo do roli narzędzia realizacji określonych celów politycznych, co przeczy samej idei prawa – prawo bowiem nie może być powolnym instrumentem w rękach władzy. Przeczy również zasadom społeczeństwa liberalnego, które tym właśnie różni się od reżimów teleokratycznych (takich jak na przykład socjalizm), że opiera się na ogólnie akceptowanych zasadach postępowania, a nie na narzucaniu obywatelom takich czy innych zbiorowych celów politycznych i utylitarnych, a przede wszystkim ideologicznych w przebraniu moralności.

Innymi słowy państwo prawa – mające być u nas normą konstytucyjną – nie polega (wbrew Legutce) na automatycznym posłuszeństwie wobec wszelkich ustaw uchwalonych przez większość. Sprzeciw wobec arbitralnego nadużywania władzy ustawodawczej nie musi być więc wyrazem postawy anarchicznej. Może być (i tak właśnie jest w przypadku protestu przeciwko ustawie lustracyjnej) wyrazem nowoczesnej świadomości, domagającej się wcielenia w życie zasad państwa prawa, broniącego godności obywateli przed samowolą ustawodawcy. Nawet demokratycznego ustawodawcy, bo legitymacja pochodząca z wyborów nie upoważnia parlamentu do uchwalania dowolnych ustaw. Warto może przypomnieć w tym kontekście, że wielki polsko-rosyjski filozof prawa Leon Petrażycki już w pierwszych latach XX wieku uznał pozytywizm prawniczy za „absolutny prawny idiotyzm”, wykluczający zrozumienie sprawy tak elementarnej jak konflikt prawa stanowionego ze świadomością prawną. Nawoływał do walki o prawa zgodnie z ideologią prawa i świadomością prawną obywateli. Rezygnację z takiej walki uważał za moralne tchórzostwo, a w przypadku kapitulacji – za moralne samobójstwo.

Prof. Legutko twierdzi, że ustawa lustracyjna nie może kolidować z czyimkolwiek sumieniem, ustawodawcy chodzi bowiem tylko o proste stwierdzenie, czy było się donosicielem, czy też nie. W tym przypadku, niestety, wicemarszałek Senatu drastycznie mija się z prawdą. W ustawie lustracyjnej chodzi przecież nie tylko o donosicielstwo, lecz również o jawną współpracę z takimi instytucjami PRL jak Milicja Obywatelska, Akademia Spraw Wewnętrznych, Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk itp.

Za utajnienie informacji ustawa przewiduje karę więzienia, a więc odmawia się lustrowanym prawa do zatajania prawdy, przysługującego przestępcom kryminalnym. A ujawnienie faktu współpracy pociąga za sobą utratę pracy w licznych instytucjach publicznych, zaś w przypadku dziennikarzy wieloletni zakaz wykonywania zawodu, czyli faktycznie drakońskie ograniczenie wolności słowa. Redukowanie ustawy do aktu wymierzonego tylko przeciw donosicielom jest więc świadomym i niegodnym wicemarszałka Senatu wprowadzaniem w błąd opinii publicznej.

Zarzuty wobec ustawy lustracyjnej sformułować można z punktu widzenia elementarnych zasad państwa prawa w czterech punktach. Po pierwsze, jest to ustawa sprzeczna z konstytucyjnymi zasadami równości wobec prawa (prawo bowiem nie dzieli ludzi na nieskazitelnych i „moralnie” skażonych, silnych i słabych) oraz wolności słowa drukowanego (co zauważył także przychylny lustracji rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski). Po drugie, opiera się na domniemaniu winy, podczas gdy podstawową zasadą prawa jest domniemanie niewinności. Po trzecie, jest to przykład prawa działającego wstecz, wbrew ogólnie przyjętej zasadzie lex retro non agit. Po czwarte wreszcie, jest to ustawa naruszająca sferę prywatności. Nowocześnie rozumiane prawo tym bowiem różni się od moralności, że chroni sferę prywatną, karze za naruszenie praw właśnie, a nie nakazów patriotyzmu i innych form wspólnotowej lojalności. Wymiar sprawiedliwości w państwie prawa nie może przypominać trybunałów Świętej Inkwizycji.

Jeżeli istnieje ciągłość państwowa między IV Rzeczpospolitą a PRL (a chyba jednak istnieje, zważywszy na przykład na kwestię granic), to oczywiste jest, że nie można karać kogokolwiek za działalność legalną w PRL, a tym bardziej za działalność (jak na przykład praca w Milicji Obywatelskiej), która również w oczach społeczeństwa nie była sama w sobie czymś nagannym. Jeśli jednak ciągłości takiej nie ma, to zapytajmy: czemu nie wymagano od obywateli PRL informacji, czy nie byli donosicielami w czasach Generalnej Guberni, skoro wiadomo, że donosicielstwo, i to całkiem dobrowolne, było wtedy nader rozpowszechnione? Co powiedzielibyśmy, gdyby władze sowieckie nakazały Polakom z obszarów przyłączonych do ZSRR odpowiedzieć na pytanie o ich kontakty z polską (czyli okupacyjną z sowieckiego punktu widzenia) policją czy administracją? Czemu bolszewikom po rewolucji październikowej nie przyszło do głowy badać archiwa ochrany pod kątem zobowiązań do tajnej współpracy? (Jak wiadomo, sprzedano te archiwa Bibliotece Hoovera w Stanfordzie).

Czy przypadkiem nasza ustawa lustracyjna nie jest więc bezprecedensowym krokiem w stronę antydemokratycznej kontroli nad obywatelami własnego państwa?

Niektórzy uczestnicy dyskusji o lustracji (nawet Władysław Bartoszewski i Ryszard Bugaj) mówią, że obecna RP jest niepodległa i demokratyczna, co wyklucza ponoć kwestionowanie ogłaszanych przez nią ustaw. Mylenie narodowej niepodległości z wolnością i najwyższą prawomocnością to notoryczny błąd Polaków, historycznie wytłumaczalny, ale wciąż bardzo przeszkadzający w logicznym myśleniu na temat prawa i państwa. Rozmiary tego błędu uświadamia fakt, że hitlerowska III Rzesza była państwem niepodległym, natomiast okupowana przez Amerykanów Japonia niepodległa nie była, ale przeszła za to proces demokratyzacji.

Co zaś do demokracji, przypomnieć należy (co zresztą uczynił niedawno w „Polityce” Jacek Żakowski), że bywają demokracje nieliberalne i że tylko liberalna demokracja ma w naszej kulturze znaczenie normatywne. Sama większość nie wystarcza! O tym, czy dany ustrój jest demokratyczny, czy też nie, decydują nie wybory raz na kilka lat, ale powyborcza praktyka.

Gdyby Polska stała się krajem, w którym setki tysięcy obywateli miałyby żyć przez kilkanaście lat pod szantażem władzy wybieralnej, ale za to kontrolującej „teczki”, przestalibyśmy zasługiwać na miano demokracji. Przestalibyśmy również być nowoczesnym narodem, czyli wspólnotą otwartą, złożoną z ludzi nieznających się nawzajem i zachowującą dystans między wolnymi jednostkami; przybliżylibyśmy się do pseudowspólnotowego modelu wsi lub miasteczka, w którym wszyscy wszystkich obserwują, kontrolują i oceniają wedle kryteriów zbanalizowanej moralności.

A na poziomie państwowym urzeczywistnilibyśmy półfaszystowskie idee „młodoendeków” lat trzydziestych, usiłujących przekształcić naród w zbiorowego tyrana, a samych siebie w „narodową oligarchię”.

Prof. Janusz Dobieszewski   

Wydział Filozofii, Uniwersytet Warszawski

 

OPINIA O III TOMIE WYBORU PRAC ANDRZEJA WALICKIEGO PRL I SKOK DO NEOLIBERALIZMU

Trzeci tom wyboru prac Andrzeja Walickiego, dotyczących aktualnych i palących zagadnień współczesnego świata, w tym zwłaszcza rzeczywistości polskiej, kieruje nas w stronę dwóch dla tomu zagadnień głównych – po pierwsze, kwestii narodowej czy też problem nacjonalizmu, po drugie, stanu polskiej nauki czy też kondycji polskiego uniwersytetu, a także ku kilku tematom dodatkowym.

Publikowane w tomie teksty mają charakter publicystyczny, drukowane były w periodykach łączących ambicje naukowe z politycznymi („Znak”, „Zdanie”, „Przegląd Polityczny”), w tygodnikach społeczno-politycznych („Przegląd”), wreszcie w gazetach codziennych, które chętnie podejmują (podejmowały) tematykę społeczną i światopoglądową „z wyższej półki” („Gazeta Wyborcza”, „Dziennik-Europa”). Kilka tekstów ukazuje się po raz pierwszy.

Niektóre teksty pochodzą z końca lat 90-tych, najnowsze z końca roku 2016, ale poruszana w nich tematyka zajmowała czy wręcz pasjonowała Walickiego do samego końca życia; jak najbardziej zasadne jest więc pojawiające się określenie całości przedsięwzięcia wydawniczego jako „Testamentu politycznego Andrzeja Walickiego”.

Dość powszechnie wiadomo, że publicystyka Andrzeja Walickiego (podobnie jak na przykład Leszka Kołakowskiego) to teksty o najwyższej jakości intelektualnej, znakomicie napisane, mobilizujące i satysfakcjonujące dla czytelnika, i to zarówno „amatora”, jak i uniwersyteckiego specjalisty. To nie tyle popularyzacja kwestii wcześniej już rozważonych w wymiarze naukowym, ale „testowanie” i „weryfikowanie” analiz naukowych w sferze nie mniej wymagającego (przeciwnie, często prowadzącego do niespodziewanych dylematów, a i nowatorskich prób odpowiedzi) obszaru konkretu społecznego i politycznego. Tak jest również w przypadku omawianej książki i niejednokrotnie wyższa temperatura planu publicystycznego sprawia, że rzeczy dane zostaje jeszcze bardziej odpowiednie słowo niż w języku naukowym, i często staje się to u Walickiego szczególnym dorobkiem intelektualnym i kulturowym, zachowującym swoją wartość, nawet wtedy, gdy sam nazywany i rozważany problem zdaje się należeć już do przeszłości; tekst Walickiego potrafi utrzymać go w żywotności.

Kwestia narodowa zawsze należała do istotnych zagadnień pracy naukowej i działalności publicystycznej Walickiego, który zdecydowanie przeciwstawiał się tu prawicowemu zawłaszczeniu pojęcia i kwestii narodu. W istnieniu narodów, w kwestii narodowej wyrażała się – według Walickiego – energia i różnorodność cywilizacyjno-kulturowa ludzkości, bogactwo, swoboda i wielokierunkowość dążeń ludzkości (co często określa się jako nowoczesność), a następnie i zarazem niezbędność otwartości, tolerancji i współdziałania zarówno wewnątrz narodów, jak i w relacjach zewnętrznych, międzynarodowych różnych i podzielonych jednostek (grup, warstw) społecznych, co wszakże osiągane było nie łatwo i nie zawsze. Co więcej, ta ostatnia sprawa łatwo stawała się i staje do dziś źródłem destrukcji i degeneracji idei narodowej, i prowadzi do ciasnego, prymitywnego, także agresywnego nacjonalizmu o charakterze etnicznym, rasowym, wykluczającym. Dla wielu badaczy i obserwatorów życia społecznego jest to powód do negacji i odrzucenia idei czy problematyki narodowej jako nieusuwalnie uwikłanej w najgorsze emocje i aspekty życia społecznego, jako wręcz toksycznej dla postępu społecznego i doskonalenia moralnego ludzkości. Walicki nie przyjmował tej negatywnej opcji, starał się bronić nawet terminu „nacjonalizm”, objaśniając, że nie musi on wiązać się koniecznie z owym etnicznym nastawieniem wykluczającym, że w niektórych językach nie niesie to słowo pejoratywnych skojarzeń. Broniąc i badając problematykę narodową Walicki przeciwstawiał się z jednej strony socjalistyczno-komunistycznemu w tej kwestii uniwersalizmowi, który łatwo przybierał postać wątpliwych unifikacji (zresztą wbrew ważnej obecności sprawy narodowej u Marksa i Engelsa), jak i liberalnej (zwłaszcza w wersji ekonomistycznej) tendencji do ujednoliceń, standaryzacji i globalizacji. Zarazem zdecydowanie negatywnym punktem odniesienia dla tych poszukiwań pozytywnego i akceptowalnego nacjonalizmu, punktem z zatroskaniem i przykrością wskazywanym w jego krzykliwych postaciach, ale także demaskowanym w bardziej wymyślnych, quasi-intelektualnych kształtach, był ów prymitywny nacjonalizm etniczny, plemienny, wykluczający. Walicki chciał bronić maksymalnie szerokiego ujmowania pojęcia naród (a i nacjonalizm) i zdecydowanie przeciwstawić się ich znaczeniu zawężonemu i pejoratywnemu. Postuluje więc – jako projekt naukowy i jako ideę normatywną (szczególnie cenną dla Polski) – połączenie szerokiego, ponadetnicznego pojęcia nacjonalizmu z wartościami liberalno-demokratycznymi, co określa jako nacjonalizm liberalny, który jest zdystansowany wobec tożsamościowych (jednorodnych) ujęć narodu oraz bierze pod uwagę moment wewnętrznego „zaangażowania” jednostki w przynależność narodową (koniecznie szeroką i zróżnicowaną), a także w ogóle tworzy przestrzeń istnienia i rozwoju jednostki. Jeszcze inaczej, naród w tym ujęciu to wspólnota wewnętrznie zróżnicowana, maksymalnie pojemna, pluralistyczna i wieloświatopoglądowa, połączona mocną, ale wielonurtową więzią historyczną.

W najobszerniejszej pierwszej części książki Walicki z nadzwyczajnym znawstwem (historycznym, politycznym, kulturowym) i wnikliwością pokazuje najróżniejsze wydarzenia i przebiegi, z najdawniejszej przeszłości aż po dziejące się na naszych oczach, procesów narodowotwórczych i obronnych w tym zakresie, śledząc możliwości i szanse nacjonalizmu liberalnego. Szczególna uwaga poświęcona zostaje Polsce, a erudycja historyczna Walickiego walczy tu o pierwszeństwo z pasjonującymi, przenikliwymi, zatroskanymi i odważnymi (a zarazem logicznymi) analizami i uwagami o zupełnie najnowszych polskich sprawach. Dodajmy, że wymagało to niekonwencjonalnego (nieprawicowego) spojrzenia na naród i nacjonalizm, ale także na liberalizm (jako koncept nie tylko ekonomiczny i wolnorynkowy, ale także uspołeczniony czy wręcz socjalny), co oczywiście Walicki precyzyjnie i przejrzyście realizuje w swej książce.

Druga część książki dotyczy stanu polskiej nauki (a zwłaszcza zarządzania polską nauką) oraz kluczowej w tym względzie – symbolicznie i realnie – sytuacji uniwersytetów. Walicki, który ogromną część swego życia spędził na uczelniach w Australii i Stanach Zjednoczonych oraz był wykładowcą na kilkunastu uczelniach w licznych krajach (i co czyni go w tej sprawie recenzentem wyjątkowo wiarygodnym), z niepokojem przygląda się polskim ambicjom do amerykanizacji nauki i uniwersytetów. Pisze więc o polskich powierzchownościach i naiwnościach w traktowaniu reguł funkcjonowania uczelni zachodnich i amerykańskich, o fetyszyzowaniu światowych rankingów uczelni oraz tzw. indeksów cytowań, o „mitologii” grantów (trudno nie zacytować tu Walickiego: „pracowałem w USA 12 lat, do 1999 roku, plus 5 lat w Australii i o grantach w ogóle nie słyszałem. Nie słyszałem o nich także w Oksfordzie, nigdzie!” – s. 233), o wyolbrzymianiu aspektów rynkowych i rynkowego otoczenia funkcjonowania uczelni, o niekorzystnym (choć dziś zapewne nieodwracalnym) wprowadzeniu dwustopniowego systemu studiów, o sztucznym utrudnianiu awansów naukowych („kto sprosta wymogom stawianym polskim profesorom? Ja takich nie znam [w humanistyce] i nie wyobrażam sobie” – s. 237), o zaskakująco daleko idących uprawnieniach władz ministerialnych wobec uczelni, o banalnej sprawie wynagrodzeń i warunków pracy polskich naukowców (a zarazem o niegorszym niż na Zachodzie poziomie fachowym polskiej kadry naukowej), o presji różnego rodzaju punktacji oraz o niespotykanej biurokratyzacji. To wśród wymienionych kwestii należy szukać przyczyn, a zarazem są one przejawami fatalnego stanu polskiej nauki i są one zazwyczaj albo karykaturami norm zachodnich albo „patentami własnymi” polskich zarządców nauką, bezprawnie powołujących się na zachodnie normy. System polskiej nauki budzi najdalej idące zastrzeżenia i wątpliwości Walickiego zarówno jeśli chodzi o stronę organizacyjną, jak i stronę moralną, i jest to w książce – jak to u Walickiego – precyzyjnie, przekonująco, a także na przykładach krajowych i zagranicznych pokazane i objaśnione.

Ostatnia część książki (w sporej części pochodząca z „Dziennika”, pisanego przez Walickiego przez całe życie) to w jakiejś mierze powrót do tematyki narodowej i liberalnej, ale to także uzupełniające teksty o takich tematach jak: lustracja, różnica między prawem a moralnością, polski katolicyzm, leninizm, współczesna lewica, neoliberalny charakter polskiej drogi „od komunizmu”, Europa i Polska w Europie. Wobec dusznej atmosfery, w jakiej dziś tematy te potrafią pojawiać się w polskiej prasie, to co pisze w związku z nimi Walicki jest prawdziwe odświeżające, odradzające i przywracające ufność w rozum.

Bardzo mocno rekomenduję wydanie niniejszej książki Andrzeja Walickiego.

Warszawa 8.04.2021 r.

 

Prof. zw. dr hab. Stanisław Obirek

 

RECENZJA WYDAWNICZA KSIĄŻKI ANDRZEJA WALICKIEGO, PRL I SKOK DO NEOLIBERALIZMU

Są autorzy, którzy rekomendacji nie potrzebują, a wymóg formalny recenzji wydawniczej szybko przeradza się w przyjemność obcowania z pisarstwem najwyższej próby wielokrotnie już przez recenzenta doświadczonej. Chodzi tu nie tylko o czytelnicze obcowanie z innymi książkami rekomendowanego Autora, ale również o doświadczenie osobistych spotkań i rozmów. Tak właśnie przydarzyło się niżej podpisanemu w przypadku książek i osoby Andrzeja Walickiego.

Gdy tylko zacząłem czytać pomieszczone w niniejszym, trzecim już tomie noszącym wspólny dla trylogii tytuł  PRL i skok do neoliberalizmu, teksty od razu ożyły we mnie wspomnienia zarówno dawnych lektur jak i rozmów, niestety niedokończonych. Okazuje się jednak, że właśnie lektura, będąca niejednokrotnie powrotem do tekstów już kiedyś przeczytanych, a rozproszonych i trudno dostępnych, a czasem zupełnie nie znanych, bo po raz pierwszy zaproponowanych przez Redaktorów do druku, pozwala na rekonstrukcję brakującego ogniwa w intelektualnym namyśle nad kondycją III RP.

W samej rzeczy w przypadku przemian politycznych jaki zaszły w Polsce w wyniku obrad Okrągłego Stołu doszło nie tyle do zmiany systemu ile raczej właśnie do tytułowego „skoku”, który w polszczyźnie nie ma jednoznacznych konotacji. Bywa rozumiany bowiem pozytywnie (skok ku wolności), ale częściej negatywnie (skok na kasę). Niestety w tym przypadku przeważyły negatywy o czym nie potrafimy i nie chcemy spokojnie rozmawiać. Andrzej Walicki proponuje spokojny namysł, a przede wszystkim dostarcza przekonujących argumentów dla takiego namysłu. Jest on zdeklarowanym lewicowcem, stojącym po stronie ludzi słabych, wykluczonych i zmarginalizowanych. Nie okazuje mi jednak sentymentalnego współczucia, ale wskazuje alternatywę bo wierzy, tak jak jego przyjaciel Zygmunt Bauman, że alternatywa istnieje trzeba ją tylko podjąć. Znowu muszę powtórzyć, że niestety jego głos nie był ani słuchany, ani słyszany. Co gorsza był gwałtownie i brutalnie wyciszany. Przedkładany Czytelnikowi tom może choć po części tę sytuację zmienić.

Dla mnie osobiście, a wiem, że nie jestem odosobniony w tym poczuciu, ten tom, stanie się formą dokończenia zaczętych kiedyś w rozmowie wątków. Takimi niewątpliwie były sprawy związane z nazbyt pospieszną i nie do końca przemyślaną reformą ustrojową po politycznej transformacji ustroju w 1989 roku. Przede wszystkim dotyczy to prywatyzacji majątku państwowego, która przypominała niekiedy pozbywanie się niechcianego balastu, który przecież nie należał żadną miarą do „reformatorów”. Ich twarzą był Leszek Balcerowicz. O tym napisano wiele i głos Andrzeja Walickiego, choć ważny, jest jednym z wielu. Natomiast na pewno oryginalnym i niestety odosobnionym jest jego głos w sprawie znacznie mniej dostrzeganej i chyba nie tak boleśnie odczuwanej, jaką była ijest reforma, a raczej deformacja szkolnictwa wyższego. Akurat na ten temat Andrzej Walicki mógł się wypowiadać z rzadką w Polsce kompetencją. Łaczyła się ona nie tylko z jego osobistym wybitnym dorobkiem naukowym, ale również z dzisiątki lat trwającym doświadczeniem wykładowcy na wielu uczelniach światowych. To doświadczenie pozowoliło mu nabrać dystansu do krzykliwie wprowadzanej „modernizacji i dostosowywania do światowych standardów” nauki polskiej. Jak dziś już to na pewno wiemy, a Andrzej Walickie wiedział to od samego początku, skrywała ona nie tylko brak kompetencji, ale co gorsza również partykularne interesy „reformatorów”. Walicki nie mogł do końca wiedzieć, jak zasadne i głęboko uzasadnione było jego oburzenie gdy komentował stopniową rezygnację z autonomii uniwersytetów i instytutów państwowych z PAN-em na czele, które stały się igraszką w rękach polityków.

Swoistym case study okazała się tzw. „turystyka habilitacyjna”, kórej chciałbym kilka słów poświęcić. Otóż w 2018 roku Bogusław Śliwerski opublikował solidnie udokumentowaną pracę Turystyka habilitacyjna Polaków na Słowację w latach 2005-2016. Jej lektura jest doprawdy porażająca. Wynika z niej, że w latach 2005-2015 na Słowacji zdobyło stopnie naukowe blisko 300 polskich „uczonych” z pogwałceniem elementarnych wymogów akademickich. Co ciekawe, nie zabrakło tak bardzo przez obecnego ministra edukacji faworyzowanych teologów. Sprawa jest tym bardziej przygnębiająca, że absolutnymi rekordzistami promującymi się na Słowacji byli wykładowcy z dwóch wiodących polskich uczelni katolickich: Uniwersytetu Papieskiego JPII z Krakowa (16 habilitantów) i KUL-u (15 habilitantów), kolejne powyżej 10 habilitantów to Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach (13), Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie (12), Uniwersytet Rzeszowski i Uniwersytet Śląski w Katowicach po 10 habilitowanych. To tyle jeśli chodzi o wagę tematu edukacji, ktorej tyle uwagi w swoich tekstach pomieszczonych w tym tomie poświęca Andrzej Walicki.

Z tym łaczy się również problem miejsca religii, a zwłaszcza Kościoła katolickiego w przestrzeni publicznej. Tutaj również Walicki dzieli się ze swoimi interlokulorami (jest w tym tomie pomieszczonych kilka rozmów) i czytalnikami swoim doświadczeniem pracy na katolickiej uczelni Notre Dame w USA. Pracował na niej wiele lat i wyniósł z tego doświadczenia jak najlepsze wspomnienie, o czym często i ze mną rozmawiał. Brakowało mu takiego otwartego i tolerancyjnego katolicyzm w Polsce. Uosobieniem takiego katolicyzmu był prezedent Notre Dame o. Theodore Hesburgh, któremu Walicki również w prywatnych rozmowach poświęcał wiele uwagi. Ubolewał, że jego twarzą stali się religijni analfabeci i religijni fundamentaliści w rodzaju Tadeusza Rydzyka.

Dla miłośników tradycyjnych tematów, jak problemy związane z narodem, miejscem tradycji romantycznej, stosunkiem do Rosji, z tożsamością czy liberalizmem, a obecnych w pismiennictwie Walickiego znajdą się również istotne dopowiedzenia. I tak w pierwszym bloku tematycznym: „naród, nacjonalizm i postnacjonalizm” ważna i istotna, moim zdaniem, jest polemika z nader popularnym i wpływowym również w Polsce Ernestem Gellnerem. Chodzi przede wszystkim o jego przekonanie, ze nacjonalizm jest nieuchronny tak dalece, że gotów był nim usprawiedliwiać nawet czystki etniczne. Oczywiście odwołując się do najbardziej bodaj znanej książki Gellnera Narody i nacjonalizm, Walicki nie poprzestaje na krytyce jego poglądów, ale proponuje własne rozwiązanie: postuluje bowiem połaczenie wartości narodowych z wartościami liberalno-demokratycznymi. I właśnie problem różnego rozumienia liberalizmu jest kluczowym dla omawianej książki. Ten rozległy temat otwiera odpowiedz na ankietę „Przeglądu Tygodniowego” z roku 1997 na temat rozumienia liberalizmu w chwili gdy w Polsce rozpanoszył się bezwzględny neoliberalizm ekonomiczny. W przypomnianej debacie z 1997 roku z udziałem Slavoja Žižka autora Rewolucja u bram jaka odbyła się na Uniwersytecie Warszawskim, Andrzej Walicki sformułował audodefinicję: „uważam się za liberalnego reformistę, a więc należę do ludzi, których Lenin traktował jako szczególnie perfidnych i obłudnych wrogów rewolucji i socjalizmu”. Jest w tej autodefinicji sporo dystansu i ironii, ktorej wiele można spotkać w zalecanym do wydania tomie.

Podsumowując trzeba stwierdzić, że książka Andrzeja Walickiego, PRL i skok do neoliberalizmu, stanowi ważny wkład i nieodzowny punktu odniesienia dla dalszych badań nad patologiami polskiej transformacji ustrojowej.

Warszawa, 17.04.2021 r.

 

Dzieło Andrzeja Walickiego

Anna Leszkowska

 

PRL i skok do neoliberalizmu to trylogia złożona z dzieł prof. Andrzeja Walickiego, naszego najwybitniejszego historyka idei, zmarłego w 2020 roku. Ostatni jej tom, z podtytułem: Fałszowanie historii/Nacjonalizm/ Niegodziwości III RP i pod redakcją Joanny Schiller-WalickiejPawła Dybicza został wydany przez Fundację Oratio Recta już po śmierci autora, jednakże zdążył on jeszcze dokonać wyboru tekstów tworzących ostatnią część trylogii.

Jak podają redaktorzy tomu, teksty te pochodzą z różnych źródeł: książek autorskich Profesora, prac zbiorowych, czasopism, rękopisów, zwłaszcza z pisanego przez dziesięciolecia „Dziennika myśli”. Najstarszy tekst pochodzi z 1997 roku, najnowsze – z 2016. Ich źródłowy wykaz znajduje się na końcu książki. Mają one różną formę: począwszy od esejów, artykułów, po wywiady z autorem, listy i zapiski odnoszące się do wydarzeń bieżących.

W świat rozważań prof. Walickiego wprowadza czytelnika Jarosław Dobrzański, tytułując ów wstęp: Andrzeja Walickiego votum separatum i wezwania do realizmu, co wyraźnie wskazuje postawę intelektualną i kierunek myślenia autora zamieszczonych tekstów. Polegała ona, jak pisze Dobrzański, nie tylko na wzywaniu do realizmu i przestrzeganiu przed uleganiem zbiorowym fikcjom (co utrwaliło się w mentalności Polaków), ale i na odwadze wyrażania zdania osobnego, popartego wielką erudycją i dogłębnymi studiami tematów, na jakie się wypowiadał.

Zawarte w książce teksty pokazują, jak omawiane idee powstawały, zmieniały się w czasie, jaki miały wpływ na przekształcanie się społeczeństwa i jak kształtowały i dalej kształtują naszą politykę i zachowania społeczne. Analizując zatem konkretne przykłady z naszego życia, widzimy dokładnie „skąd my to mamy”. Teksty prof. Walickiego można traktować więc jako lekcje dotyczące demokracji, narodu, nacjonalizmu w odniesieniu do Polski, ale ukazane na tle świata, głównie Zachodniego.

Zamieszczone w tym tomie rozważania profesora Walickiego rozpoczyna rozdział dotyczący narodu, nacjonalizmu i postnacjonalizmu – refleksje w sam raz na ten czas, jakiego boleśnie doświadczamy. Kolejny rozdział dotyczy wyjaśnienia kształtowania się pojęcia liberalizmu, pokazania różnych jego odmian, nie tylko tego, który w Polsce utożsamia się z ideologią konserwatywną dotyczącą gospodarki, osławioną TINA.
Niezwykle ciekawy jest rozdział dotyczący ideologicznym zafałszowaniom historii Polski, w którym zawierają się teksty dotyczące Sarmacji, konsekwencji położenia terytorialnego Polski między Wschodem a Zachodem. Tutaj analogie z dzisiejszą sytuacją w Polsce są aż nadto widoczne.
W wielu tekstach profesor Walicki odnosił się do nauki, jej reorganizacji, zwłaszcza humanistyki – redaktorzy poświęcili temu duży rozdział, w którym znalazły się m.in. teksty publicystyczne oraz wypowiedź na spotkaniu w sejmie w 2014 roku.

W obszarze zainteresowań prof. Walickiego od czasu restytucji w Polsce XIX-wiecznego kapitalizmu (co eufemistycznie zwie się transformacją), mocno są zaznaczone sprawy ustrojowe. W Jego tekstach, listach i polemikach szczególnie mocno słychać owo votum separatum wobec tych zjawisk, na które żaden wrażliwy społecznie człowiek godzić się nie może. Bo jak sam mawiał (o czym piszą redaktorzy tomu) –„im bardziej polska scena polityczna przesuwa się na prawo, tym bardziej jego światopogląd przesuwa się na lewo”. Są to nie tylko wypowiedzi na temat opresji państwa, tzw. państwa prawa, które reguluje sprawy moralne środkami prawnego przymusu, ale i relacji państwo – kościół. Niestety, Jego głos w tych i innych sprawach ważnych społecznie był celowo pomijany, przemilczany – nawet w środowisku naukowym, które nie widziało – a i dotąd nie widzi – potrzeby zajęcia wyraźnego stanowiska.

Obszerna refleksja prof. Walickiego dotyczy też „starych zadań dla nowej lewicy”, polegających na podjęciu walki z negatywnymi skutkami restytucji dzikiego kapitalizmu w Polsce, przeciwstawianiu się niesprawiedliwości społecznej, bezwzględnemu wyzyskowi, rosnącym nierównościom społecznym, likwidacji praw socjalnych.
Szczególną wartość mają kończące ostatni tom dzieł Profesora dzienniki – krótkie zapiski odnoszące się do różnych wydarzeń, jakie poruszyły autora. Zostawiają one czytelnika w niezaspokojonej ciekawości: jakie też zdanie miałby autor na temat tego, czego jesteśmy świadkami dzisiaj? Jak by nam wyjaśnił te zdarzenia i jak by je ocenił? (al.)

“Sprawy Nauki”, 25.11.2021 r.

10% RABATU
Bądź zawsze dobrze poinformowany o nowych produktach oraz specjalnych promocjach tylko dla odbiorców Newslettera.

Zapisz się na nasz newsletter i odbierz powitalny prezent: -10% rabatu na pierwsze zamówienie książkowe.
Kod zniżkowy ważny będzie przez 7 dni.
Otrzymasz go tylko wtedy, gdy zapiszesz się przez ten formularz!
    ZAPISZ SIĘ
    Wyrażam zgodę na wykorzystywanie przez Fundację Oratio Recta powyższych danych do wysyłki newsletterów zawierających informacje o nowych numerach czasopisma, książkach wydanych przez fundację oraz o innych prowadzonych przez nas działaniach.
    ×

    Podgląd e-maila :

    Jeśli nadal zastawiasz się co mi kupić na prezent, nie musisz już szukać!

    KUP TERAZ

    Ustawienia wiadomości