• UDOSTĘPNIJ:

Państwo Znikąd

Państwo Znikąd – W swojej symbolicznej i politycznej wrogości III RP doszła do delegitymizacji Polski Ludowej i ustanowiła propagandowo i rytualnie fikcyjną bezpośrednią ciągłość z II Rzecząpospolitą, zapośredniczoną przez rząd londyński, który niczym nie rządził. Znudziwszy się tym rządem i podległą mu Armią Krajową, kontrrewolucja doszła do idealizacji zabłąkanych politycznie polskich formacji faszystowskich. III Rzeczpospolita nie uznaje państwa, z którego realnie się wywodzi, a wywodząc się w wyobraźni, a więc fikcyjnie, z II Rzeczypospolitej, która wskutek wojny została całkowicie zniszczona, jest państwem znikąd.

46,00 

Na stanie

Kup dla mnie

Najniższa cena (2022-10-02): 46,00 

Opis

Państwo Znikąd

Przeżyliśmy i nadal przeżywamy powrót do kapitalizmu i jego formy politycznej nazywanej demokracją. (…) Restauracja z taką samą siłą, z jaką odtwarzała kapitalizm, w wymiarze ideologicznym nie tylko potępiała socjalizm – co było naturalne – ale również państwo polskie, które miało taki ustrój. (…)

Polska restauracja i kontrrewolucja – razem należy je rozważać – są procesem jeszcze niedokończonym, planuje się dalsze kroki w dotychczasowym kierunku. Dobrze jest pomóc sobie odwołaniem się do przykładu francuskiego, do tego, co się działo po zakończeniu wielkiej rewolucji i upadku Napoleona (…).

[Kontrrewolucja] wystąpiła ona razem z restauracją kapitalizmu, nadała państwu swoją ideologię i swoje złe emocje i z braku rewolucyjnego wroga zwróciła się przeciw prawie konserwatywnemu porządkowi PRL. W swojej symbolicznej i politycznej wrogości doszła do delegitymizacji Polski Ludowej i ustanowiła propagandowo i rytualnie fikcyjną bezpośrednią ciągłość z II Rzecząpospolitą, zapośredniczoną przez rząd londyński, który niczym nie rządził. Znudziwszy się tym rządem i podległą mu Armią Krajową, kontrrewolucja doszła do idealizacji zabłąkanych politycznie polskich formacji faszystowskich. III Rzeczpospolita nie uznaje państwa, z którego realnie się wywodzi, a wywodząc się w wyobraźni, a więc fikcyjnie, z II Rzeczypospolitej, która wskutek wojny została całkowicie zniszczona, jest państwem znikąd.

[Z przedmowy] Bronisław Łagowski

 

Informacje dodatkowe

Waga 0.402 kg
ISBN 978-83-64407-19-2
Oprawa miękka
Liczba stron
336
Format 142×204 mm
Waga 402 g.
Data wydania Warszawa 2017
Autor Bronisław Łagowski
Wydawca Fundacja ORATIO RECTA
  • Przedmowa
  • Przeszłość jest to dziś…
  • Problem estetyczny
  • W obronie Gałczyńskiego
  • O kulturze
  • Choroba wściekłych mediów
  • Demokratyczny książę
  • Degrengolada szkolnej humanistyki
  • Wielka historia
  • Czy warto być sobą?
  • Mały spór o wartości
  • Wdzięczność
  • Proces niepokazowy
  • Wolność płodna i bezpłodna
  • Do uczniów Giedroycia
  • Wypisy ze starych ksiąg
  • Czeczeńskie manowce
  • Unia Euroazjatycka
  • Powtórka ze sprawy Oleksego
  • Specjalista
  • Negacje
  • Krótkie i długie trwanie
  • Ofiary anomii
  • „Starachowice”
  • Źli, bo głodni
  • Za krótkie wakacje sejmowe
  • Uniwersytet Hip-Hopu
  • Wypędzenie, czyli mniejsze zło
  • Ostrzeżenia i zachęty
  • Liberalizm? Źle się kojarzy
  • Papkin Europy
  • Sztuczki z własnością
  • Pomyślmy o Jugosławii
  • Władza kultury
  • Zarozumialstwo
  • Kto nas reprezentuje?
  • Zauważone przy okazji
  • Plemię Herero
  • Okrągły Stół z powyłamywanymi nogami
  • Tożsamość i nijakość
  • Anachronizm żyje i walczy
  • Obłuda
  • Biopolityka
  • Polskie kłopoty z pamięcią
  • Czy warto?
  • Lękajcie się lub nie, zależnie od sytuacji
  • Nowa jakość?
  • Umarło w rzeczywistości, odżyło w słowach
  • Personalia
  • Samozatrucie Polski
  • Żarty polityczne
  • Białe plamy
  • Rozproszona tyrania
  • Rzeczywistość idei
  • Ucieczka przed nudą
  • Mściwość szaleje w Warszawie
  • Patriotyzm i konstytucja
  • Ze Ściany Wschodniej
  • Z Europą na dobre i na złe
  • Wędrujący profesor
  • Psychopatologia i polityka
  • Sądzenie
  • Upały
  • Cała lewica poza Sejmem? Dlaczego nie?
  • Między Pekinem i Możejkami
  • Czepianie się
  • Historia drastyczna
  • Patriotyzm jako bat na przeciwników
  • Ekshumacje
  • Lament z domieszką pogróżek
  • Noty w złym humorze
  • Eutanazja, czyli dobra śmierć
  • Przegląd wydarzeń
  • To jest Ameryka
  • Smog w polityce
  • Główny nurt nas podtapia
  • Patrioci degradują Polskę
  • Obrona sumienia estetycznego
  • Zło dobrem, a dobro złem nazywaj
  • Jak to w Polsce

Bronisław Łagowski, Państwo znikąd

 

Umarło w rzeczywistości, odżyło w słowach

Rewizjonizm historyczny przybrał w Polsce formę dla mnie odrażającą, ponieważ niezwykle głupią. Zasadniczo jednak bronię rewizjonizmu. Niektórzy historycy kontestują dominujące poglądy na temat wojny światowej, nie mając racji, ale wysuwają zaskakujące (co zawsze cieszy) i odkrywcze argumenty. Ernest Nolte jest znakomitym przykładem. Rewizjonizm, jaki rozkrzewił się w Polsce, jest niesłychanie radykalny, ale do historii wojny niczego nowego nie wnosi, podobnie jak do poznania okresu powojennego. Gorzej – tłumi, płoszy, zaciemnia to, co było prawdziwe i dobrze uzasadnione. Polega on zasadniczo na przeniesieniu się w wyobraźni do lat wojennych i powojennych, by w sposób całkowicie bezkrytyczny przejąć znaczną część ówcześnie panujących poglądów i emocji. Jaki sens ma dzisiaj potępianie układów jałtańskich? Nie postanowiono tam przecież, że Polska ma wprowadzić ustrój komunistyczny. A gdyby nawet postanowiono – jakie to ma znaczenie obecnie? Pod pewnym bardzo ważnym względem Polska powojenna była i jest bękartem jałtańskim, jak mówią wrogowie PRL, których coraz więcej. Aktualność postanowień jałtańskich polega na tym, że naszą granicą wschodnią nadal pozostaje linia Curzona, a na zachodzie do Polski nadal należą terytoria odebrane Niemcom. Czy nie możecie z tym żyć, czy bardzo wam to przeszkadza? Pytam was, prawicowych i lewicowych krytyków Jałty. Czy nie dacie się namówić na takie widzenie rzeczy, że dzięki Jałcie Polska została przesunięta na Zachód, że swoją połową znalazła się w Europie centralnej, czego własnymi siłami nigdy by nie osiągnęła?

Żaden kraj należący do zwycięskiej koalicji nie zyskał tyle namacalnych korzyści w wyniku pokonania Niemiec co Polska. Anglia poniosła wyłącznie straty. Gdzie są i na czym polegają zdobycze Rosji? Rozwiały się jak dym. Ostał im się jeno obwód kaliningradzki. Bądźmyż myślowo współcześni swojemu realnemu bytowi, nie uprawiajmy „polityki historycznej” szkodzącej tylko nam i nikomu więcej. Trudno przeboleć ofiary paktu Ribbentrop-Mołotow: wywózki na Sybir, wymordowanie oficerów i to wszystko, o czym dobrze pamiętamy. Te ofiary można porównać tylko z późniejszymi masakrami głównie polskich chłopów na Wołyniu i w Galicji Wschodniej; o tym jednak „polityka historyczna” każe milczeć, bo Ukraina nasz sojusznik strategiczny, a poza tym chłopi to nie to, co oficerowie. Jakie następstwa paktu istnieją do dziś, dla kogo są korzystne, dla kogo niekorzystne? Czy Rosja zachowała z tego jakieś korzyści, że tak bardzo ją za ten pakt zwalczamy? Czy nie łatwiej by jej się z Litwą i Ukrainą sąsiadowało, gdyby Wilno i Lwów należały do Polski? Ja nic nie twierdzę, ja tylko pytam.

 

Plemię Herero

Państwo, które wygrało wojnę i może narzucić pokonanemu swoją wolę, żąda odszkodowań za poniesione szkody. Większość polskiego Sejmu żąda odszkodowań wojennych od Niemiec. Kiedyż to Polska prowadziła wojnę z Niemcami? Sześćdziesiąt lat temu. Znany jest komu przypadek z historii świata, żeby zwycięzca żądał reparacji sześćdziesiąt lat po wojnie? Następne pytanie: czy Polska znajduje się w stosunku do Niemiec w takim położeniu, że może zmusić je do wypłacenia 600 miliardów dolarów, bo na tyle mniej więcej partyjna większość sejmowa ma ochotę? I wreszcie najkłopotliwsze dla tych partii pytanie: czy Polska znalazła się po wojnie w obozie zwycięzców, czy pokonanych? Gdy rosyjski prezydent oświadczył niedawno, że „razem zwyciężyliśmy”, po polskich partiach i mediach przeszedł dreszcz oburzenia. Dzieci w szkołach wszystkich stopni są uczone, że Polska wyszła z wojny pokonana i taki pogląd obowiązuje każdego, kto chce brać udział w życiu politycznym. I ten we własnym przekonaniu pokonany naród stara się zahipnotyzować silniejszych od siebie, żeby im wmówić powinność wypłacenia mu bajońskich odszkodowań sześćdziesiąt lat po wojnie.

Nie należy – objaśniają swoje postępowanie bardziej umiarkowani politycy – brać naszej uchwały dosłownie. To jest tylko gra. Chodzi nam o to, aby tylko nastraszyć rząd niemiecki w tym celu, żeby wziął na siebie zaspokojenie prywatnych roszczeń niemieckich przesiedleńców. Relacje między Niemcami a Polską nie są jednak tego rodzaju, żeby oni mieli się nas bać.

Każdy naród interpretuje historię odpowiednio do swoich interesów, a mądry naród swój interes widzi w tym, co poprawia jego położenie w międzynarodowych stosunkach sił. Polski rewizjonizm historyczny, wyrzucający nas propagandowo z koalicji zwycięzców 1945 roku jest sprzeczny z naszymi interesami. Jest zlepkiem poglądów niewiarygodnie głupich.

Nie mają racji ci, którzy polegają na pisanym prawie międzynarodowym. Realne stosunki sił też nie o wszystkim rozstrzygają. Istnieje jeszcze system znaczeń, który interpretuje prawo i wpływa w pewnym stopniu na działanie sił. Polacy do systemu znaczeń wnoszą obraz samych siebie jako narodu wiecznie pokrzywdzonego, który żąda od Wschodu i Zachodu przede wszystkim przeprosin, od Niemców zaś odszkodowań, bo wiadomo, że Niemcy są od tego, aby wszystkim, którzy się zgłoszą, płacić odszkodowania.

Trzeba przypomnieć coś elementarnego. Toczyła się wielka wojna Ameryki, Anglii i Związku Radzieckiego z hitlerowskimi Niemcami. Tą wojną interesował się cały świat, bo ona miała znaczenie dla całego świata. Należeliśmy do koalicji zwycięskiej i zostaliśmy wynagrodzeni terytorialnie tak sowicie, jak to się rzadko zdarza małym uczestnikom koalicji wielkich. Negowanie tego faktu jest po prostu kłamstwem, które nas osłabia w stosunkach międzynarodowych, jeżeli jeszcze nie w tej chwili,to osłabi w niedalekiej przyszłości.

 

Uniwersytet Hip-Hopu

W Biłgoraju, mieście sławnym kiedyś z wyrobu sit i przetaków, a później ze swego powiatowego sekretarza partii, Dechnika, który zastał je drewnianym, a zostawił przemysłowym, można dziś studiować na sześciu kierunkach uniwersyteckich. Tylko europeistyka będzie miała manko w kasie, ponieważ nie dopisali kandydaci zdolni zdać egzamin wstępny. Studia europeistyczne (nieważne: w Krakowie czy w Biłgoraju) tym się charakteryzują, że po ich ukończeniu wie się tyle co z gazet, nie bardzo więc pojmuję, jak można nie zdać egzaminu wstępnego. Kandydaci na europeistykę, jeżeli nie przeszli już jakichś solidnych czy choćby zwyczajnych studiów, wydają mi się dziećmi opuszczonymi, z rodzin kompletnie rozbitych, tak że nikt nie udzielił im najpotrzebniejszych wiadomości o tym, czym są wyższe studia. A raczej czym powinny być. Fiasko biłgorajskiej europeistyki ma przyczynę nie w tym, że w Biłgoraju nie można nauczyć tego nic, które za duże pieniądze sprzedają „europejskie” uczelnie w miastach stołecznych. Chodzi o to, że w mieście powiatowym mało wiarygodnie brzmiałaby obietnica, że dyplom tej akurat uczelni otwiera drogę do wysokopłatnych posad w Unii Europejskiej.

W okresie zwalczania korupcji, a zwłaszcza płatnej protekcji może dziwić otwartość, z jaką jedna z ogłaszających się w prasie „europejskich” uczelni obiecuje unijną karierę w zamian za wykupienie indeksu (i zdobycie dyplomu) tej uczelni. Propozycja jest postawiona tak jednoznacznie, że zawiedzeni będą mogli wytoczyć uczelni sprawę cywilną, a i prokurator może mieć coś do powiedzenia, jeżeli przeczulenie na płatną protekcję utrzyma się przez kilka semestrów.

Minione chwile bieżące

Krzysztof Lubczyński

 

Tak się przypadkowo złożyło, że moja lektura „Państwa znikąd”, obszernego zbioru tekstów profesora Bronisława Łagowskiego wypadła mi pomiędzy lekturą optymistycznego tekstu Krzysztofa Janika „Nowe powinno być lepsze” („Dziennik Trybuna”, 8-9 XII 2021), a przykrym (co za eufemizm!), niepokojącym rozłamem w klubie Nowej Lewicy. A że kilka tekstów z tego zbioru, napisanych w latach 2002-2017, Łagowski poświęcił Sojuszowi Lewicy Demokratycznej, więc nałożyły mi się one na refleksje odnoszące się do „chwili bieżącej” (jak brzmiała jedna z popularnych publicystycznych fraz z czasów II Rzeczypospolitej, w całości: „potrzeby chwili bieżącej”), zatem od nich rozpocznę omówienie tego naprawdę świetnego tomu uwag, myśli, spostrzeżeń, diagnoz – bardzo mądrych.

Na pozór te teksty o bez mała dwudziestoletniej metryce powinny być nieaktualne jak stara gazeta. I w warstwie czystych faktów poniekąd nieaktualne one są, ale niezupełnie, co będzie do dowiedzenia.
W tekście „Powtórka ze sprawy Oleksego” (2003), nawiązując do uwagi zaczerpniętej z dziennika „Rzeczpospolita”, że „wśród posłów SLD panuje jakiś strach”, Łagowski nieco przewrotnie, ironicznie tę konstatację interpretuje. Ów, tak rozumiany przez „Rzepę” strach, miał polegać na lęku SLD przed wchodzeniem w konflikty, walki polityczne, na unikaniu agresji, języka gróźb typowego dla pozostałej, prawicowej części sceny politycznej.
„Faktem jest, że SLD uchował się jako jedyna partia, która nie posługuje się groźbami, nie wszczyna kampanii oskarżycielskich, jedyna, która nie budzi lęku – pisał Łagowski – Nie chciałbym, aby była inna, nawet, gdyby miała nadal pozostawać obiektem agresji mediów, partii solidarnościowych i Kościoła. To co „Rzeczpospolita” nazywa strachem, według mojego rozeznania jest polityką uprawianą według maksymy: „Nie drażnić dzikich zwierząt”.
Wtedy może nie było tego tak dobrze widać, ale dziś, z perspektywy dwóch dekad inaczej postrzega się tę sytuację, z pewnego punktu widzenia paradoksalną. Oto partia wywodząca się ze środowiska politycznego odsądzanego od czci i wiary przez partie solidarnościowe wszelakiego autoramentu, od ZChN i Porozumienie Centrum po Unię Demokratyczną (później Wolności) oraz przez kościół katolicki, uważana za „postkomunistyczną” spadkobierczynię „komunizmu i jego zbrodni”, „PRL”, „bolszewizmu”, „marksizmu-leninizmu”, „poddaństwa ZSRR”, „stanu wojennego” i wszelakich innych horrendów, długo izolowana, otaczana politycznym „kordonem sanitarnym”, była rzeczywiście w swoich formach i praktykach najłagodniejszą partią III Rzeczypospolitej od jej zarania i żadna inna partia jej w tej roli nie zastąpiła. Po pierwszym, szokującym dla wszelakich solidaruchów zwycięstwie wyborczym SLD w roku 1993, wbrew apokaliptycznym prognozom (na te obawy nabrał się nawet obserwator tak racjonalny jak Aleksander Smolar), że do władzy powrócili „bolszewicy z nożami w zębach”, SLD okazał się „łagodnym barankiem” politycznym III RP. Gdy SLD powrócił do władzy po czterech latach przerwy (2001), nic się w tym względzie nie zmieniło: politycy SLD niezmiennie (poza nielicznymi, do policzenia na palcach jednej ręki, lewicowymi radykałami w rodzaju Piotra Ikonowicza) pozostawali uosobieniem „siły spokoju”. Nic to jednak nie pomogło na niezmiennie wrogą wobec nich postawę ex-solidaruchów, nawet takich „liberałów” jak Bronisław Geremek. „Liderzy SLD – pisał Łagowski – bardzo pospieszyli się z oceną, że podział na obóz postpeerelowski i solidarnościowy nie ma już realnych podstaw i powinien być zastąpiony podziałem na orientację „proeuropejską” i „antyeuropejską”. Zacierając jałowe, ich zdaniem, podziały, biorąc w obronę nie swoje interesy i przystosowując się do przeciw sobie urobionego obrazu rzeczywistości, rozluźnili związki ze swymi wyborcami, nie zyskując w zamian żadnych względów ani w kręgach klerykalnych, o które nie wiadomo po co zabiegają, ani (…) proeuropejskiej części „Solidarności” – konstatuje Łagowski.
Dzisiejsza, per non est, postawa Donalda Tuska wobec Lewicy, która przecież jest jej mutacją zdecydowanie oddaloną od starego SLD, zdaje się pokazywać, że nie ma takiej możliwości by post-postsolidaruchy, nawet najbardziej wrogie PiS, europejskie, sceptyczne wobec kościoła kat. pogodziły się z istnieniem Lewicy, która ma – choćby cienkie już jak włókna pajęczyny – zaprzeszłe więzi z PZPR i dawnym systemem. Przebieg zdarzeń od roku 2003 do dziś pokazuje, że dla polskiej, choćby krańcowo wrogiej PiS centroprawicy, jak PO czy ruch Hołowni, lewica nie była, nie jest i nie będzie do przyjęcia, z tym wyjątkiem, że niektóre persony można z niej w odpowiednich momentach wyłuskać i wykorzystać. I pokazuje też, że bez znaczenia jest to, czy ma ona do czynienia z łagodnym, pokojowym, cywilizowanym SLD czy ze znacznie bardziej bojową, w warunkach nowej epoki, Nową Lewicą. Chodzi bowiem tylko o to, by lewicy nie pozwolić wyrosnąć dając jej paliwo w postaci uznania jej roli. W tekście „Negacje”, z tego samego roku, Łagowski kontynuuje rozważania o SLD. „Sojusz Lewicy Demokratycznej – pisał – wyłaził ze skóry, żeby oderwać się od swoich rzeczywistych korzeni i bodajże już mu się to udało. Jego liderzy, a teraz zapewne i liczni członkowie uważają, że pół wieku istnienia powojennego państwa, to fakt godny ubolewania. Ponieważ jest to pogląd antyoczywisty, paradoksalny, wprost absurdalny, wolno przypuszczać, że został przyjęty w złej wierze, w obawie przed karą”. To odcięcie się od korzeni nie uchroniło Sojuszu od przegranej wyborczej w roku 2005 i trwałego osadzenia go w drugiej lidze politycznej, w której tkwi do dziś. Przyczyny późniejszych porażek politycznych SLD Łagowski upatruje w tym, że „lewica przyjęła poglądy swoich nieprzejednanych i bezwarunkowych przeciwników i wygodnie się w nich (…) wymościła” (…) Prawie bez oporu uległa hegemonii propagandowej obozu solidarnościowego. (…) I bezustannie, na klęczkach, mnożyła dowody swojej winy”. Nie zjednała tym sobie wrogów, a straciła wyborców”.
To co dzieje się dziś w postaci relacji, a raczej ich braku, między Platformą Obywatelską a Nową Lewicą jest kontynuacją stanu sprzed 18 lat. Co więcej, po powrocie Tuska do polskiej polityki jest jeszcze gorzej. Ostentacyjna niechęć i chłód z jego strony w stosunku do Nowej Lewicy, odemonstracyjne jej ignorowanie, jest tego jaskrawym dowodem. Szczególnie wart przytoczenia fragment tego tekstu odnosi się do kwestii szerszej. „Coraz częściej zdajemy sobie sprawę – rzecze proroczo Łagowski, a zważmy że czyni to 18 lat temu! – że pozostawiona ze swoją niepodległością Polska, najpierw stoczyłaby się w anarchię, a zaraz potem uległaby jakiemuś zbawcy lub zbawczej, terrorystycznej partii”.
„Najmocniejszy argument za wstąpieniem do Unii Europejskiej jest ten, że sami nie możemy się rządzić”.
Wymagania, jakie trzeba spełnić, by zachować porządek państwowy, przerastają niepodległy naród polski. Oczywiście, nadzieja, że inni nas uporządkują, nie przerywając naszego snu o niepodległości, może być złudna, nawet na pewno taką się okaże” – powiada.
Ta prognoza Łagowskiego jest prorocza, ale wymaga jednej uwagi – jest gorzej niż on przypuszczał. Nawet Unia nie okazała się barierą przed polskim szaleństwem. Nawet przynależność do niej nie uchroniła nas od przeklętego polskiego fatum, od rządów „zbawcy i jego terrorystycznej partii”. W samym środku Unii rząd PiS odnosi się do niej jak do okupanta. Czasu rządów SLD tyczy się jeszcze jeden tekst, „Starachowice”, odnoszący się do jednej, jedynej afery, która przydarzyła się SLD w całej historii jej istnienia i rządów. Ale ten tekst dziś jest już bez znaczenia i słusznie, może powodowany intuicją Łagowski, opatrzył jego tytuł cudzysłowem. Po „Starachowicach” „wspaniałe”, „etosowe” partie postsolidarnościowe, z PO i PiS na czele, zrobiły tyle (dziesiątki) ciężkich afer, że dziś tytułowa jawi się jak „mały pikuś” .
W tym właśnie momencie zorientowałem się że, kilka tekstów z „Państwa znikąd” poświęconych SLD wypełniło cały limit objętości niniejszego omówienia. A przecież poza nimi jest w tym zbiorze ponad siedemdziesiąt tekstów o całkowicie innej, zróżnicowanej tematyce, od „obrony Gałczyńskiego”, poprzez księcia Krzysztofa Radziwiłła, szefa protokołu dyplomatycznego u Bolesława Bieruta (!), o degrengoladzie szkolnej humanistyki, uczniach Giedroycia, Papkinie Europy, biopolityce, samozatruciu Polski i o dziesiątkach innych kwestii, przeanalizowanych przez profesora Bronisława Łagowskiego. A w każdym jakaś mądra myśl, podana w sposób kryształowo inteligentny, brawurowy, wolny od banału, a fragmentami nawet w sposób, który nie waham się nazwać genialnym. Na benefisach w krakowskim Teatrze Stu Krzysztof Jasiński wzywał kiedyś: „Kochajcie artystów”. Ja wołam: „Czytajcie Łagowskiego!”.

„Trybuna” nr 21-22/2022, 31.01-01.02.2022 r.

10% RABATU
Bądź zawsze dobrze poinformowany o nowych produktach oraz specjalnych promocjach tylko dla odbiorców Newslettera.

Zapisz się na nasz newsletter i odbierz powitalny prezent: -10% rabatu na pierwsze zamówienie książkowe.
Kod zniżkowy ważny będzie przez 7 dni.
Otrzymasz go tylko wtedy, gdy zapiszesz się przez ten formularz!
    ZAPISZ SIĘ
    Wyrażam zgodę na wykorzystywanie przez Fundację Oratio Recta powyższych danych do wysyłki newsletterów zawierających informacje o nowych numerach czasopisma, książkach wydanych przez fundację oraz o innych prowadzonych przez nas działaniach.
    ×

    Podgląd e-maila :

    Jeśli nadal zastawiasz się co mi kupić na prezent, nie musisz już szukać!

    KUP TERAZ

    Ustawienia wiadomości