Sklep

  • UDOSTĘPNIJ:

pakiet książek Jana Groszyńskiego

Kościelne mity i mało chwalebna historia

Czytelnicy, którzy na ubiegłoroczne grudniowe święta kupili nasze „Przeglądowe” książki poznali przy tej okazji Jana Groszyńskiego. Naszego wieloletniego czytelnika i sympatyka, którego książka „Cztery wieki gwiazd medycejskich” trafiła do nich jako prezent z listem autora.

Dla polskich dziejów Gwiazdy Medycejskie mają znaczenie szczególne. To one przecież przetarły drogę do wpisania pracy toruńskiego astronoma na najbardziej ekskluzywną listę wybitnych dzieł ludzkiej myśli. Ta lista to oczywiście Indeks Ksiąg Zakazanych. Przez ponad pół wieku dzieło Kopernika leżało sobie spokojnie gdzieś w szafach i nikt się nim praktycznie nie interesował. I oto nagle przez odkrycie Gwiazd Medycejskich (czyli satelitów Jowisza), a także dokonane tym samym okiem obserwacje Księżyca, Słońca i orbity Wenus okazało się, że dzieło Kopernika nie jest żadną hipotezą, tylko rzetelnym opisem astronomicznej rzeczywistości. W książce jest też o jezuickim nauczaniu i jego wpływie na losy naszego kraju. Jak też o ocenie tego nauczania dokonanej już dwa i pół wieku temu przez człowieka, który go osobiście doświadczył – autora naszego hymnu.

Tematykę związaną z dziejami instytucji Kościoła Jan Groszyński kontynuuje w książce „Droga do świetności”. Przypomina w niej wybrane wydarzenia z tysiącletniej drogi rozpoczętej decyzją cesarza Konstantyna o legalizacji religii chrześcijańskiej do osiągnięcia apogeum średniowiecznej świetności w końcówce XIII wieku. Drogi od sfałszowanej rzekomej darowizny poprzez urozmaicone chwyty i intrygi do konsekwentnego  tworzenia rzymskiej supremacji. Stanowi ją całkowite podporządkowanie królów i książąt całej Europy oraz panowanie nad myślami mieszańców pogrążonych w feudalnych zależnościach i ciemnocie. Wszystko to pod osłoną mitów o nieomylności i wyższości moralnej. Ta książka może być przydatna przyszłym maturzystom.

I wreszcie trzecia książka Groszyńskiego „Panorama zasług”. Czyli wiele obrazów i przykładów narzucania i wymuszania przez nuncjuszy i zakon jezuitów działań, które służyły interesom papiestwa. Blokowanie prób zmiany ustroju politycznego i eliminacji „liberum veto” szkodziło interesom państwa polskiego. Podobnie jak storpedowanie Kodeksu Zamoyskiego i zniszczenie Konstytucji Majowej. I wiele innych destrukcyjnych działań. A przecież ciągle dochodzą nowe.

JeD

39,00 

Brak w magazynie

Najniższa cena (2022-11-16): 39,00 

Opis

Panorama zasług

Pobudzeni wzniosłym tytułem-hasłem o staniu Kościoła na straży polskiej wolności próbujemy zebrać wydarzenia, które to hasło tworzą i obrazują.

Zaczynamy więc od  kronikarskiej relacji Galla o dramatycznym konflikcie króla z biskupem i jego fatalnych skutkach dla kraju. Od stuleci trwa bowiem metodologiczne i, co ważniejsze, ideowe  rozdarcie: czy bardziej miarodajna jest dość oszczędna kronikarska relacja skromnego mnicha czy malowniczy przedbieg wydarzeń wyhaftowany na ornacie. Szczególnie ostatnio  ta druga wersja ma dużo większe wzięcie.

A dalej – przedstawiamy rozliczne wyraziste zdarzenia z dziejów królewskiej Rzeczypospolitej. W wielu miejscach przywołujemy poglądy i opinie  wybitnych historyków i pisarzy: Ł. Kurdybachy, W. Smoleńskiego czy P. Jasienicy.

Zbieramy wszystko a potem się oceni, czy to pasuje do zamierzonego kompletu chwały czy nieszczególnie. Taka na przykład dwuwiekowa wyrwa w istnieniu królestwa?  Czy zajadła budowa przedmurza, z której wyszło głównie cywilizacyjne zadupie ? Albo czarna fala kontrreformacji zwieńczona poparciem dla targowickich grabarzy kraju?

Przedstawiamy zbiór przypadków do przejrzenia i wyboru.

 

Droga do świetności

Książka  „Droga do świetności”   przedstawia  fragment  dziejów instytucji  Kościoła.

Bez ambicji wyczerpania tematu przypomina wybrane wydarzenia z tysiącletniej drogi rozpoczętej  decyzją cesarza Konstantyna o legalizacji religii chrześcijańskiej do osiągnięcia apogeum średniowiecznej świetności w końcówce XIII wieku.

A jest to droga od sfałszowanej rzekomej darowizny i dalej poprzez urozmaicone chwyty, umizgi i intrygi konsekwentne  tworzenie rzymskiej supremacji władczej, finansowej i prawnej aż do osiągnięcia imperialnej potęgi. Stanowi ją całkowite podporządkowanie królów i książąt całej Europy oraz panowanie nad myślami i umysłami mieszkańców pogrążonych w feudalnych zależnościach, chorobach i ciemnocie. Wszystko to pod osłoną mitów o własnych wzniosłych uprawnieniach ideowych oraz nieomylności i wyższości moralnej.

Tym samym możemy też prześledzić drogę formowania  się i umacniania chrześcijańskich korzeni oraz  dojrzewania chwalebnych wartości – nie tylko tych gładkich, głoszonych  lecz także i  tych stosowanych.

W sumie – jest to porcja informacji  dość chyba przydatna dla przyszłych maturzystów.

 

Cztery Wieki Gwiazd Medycejskich

Książka  Cztery Wieki Gwiazd Medycejskich  zajmuje się  początkami  rozwoju nowoczesnej fizyki. Osią pracy są działania i losy Galileusza.  Punkt wyjścia to ukazanie stanu wiedzy i  warunków w jakich się ten rozwój  zaczynał u progu XVII-go wieku,  po wielu stuleciach bezruchu.

A dalej- eksplozja odkryć  i wynalazków, formowanie się fundamentów naukowej mechaniki, optyki i astronomii oraz pokonywanie przeszkód  wyrastających na drodze tego rozwoju.

Same zaś Gwiazdy Medycejskie mają dla polskich dziejów znaczenie szczególne. To one przecież przetarły drogę  do wpisania pracy toruńskiego astronoma   na najbardziej ekskluzywną listę wybitnych dzieł ludzkiej myśli . Ta lista to oczywiście Indeks Ksiąg Zakazanych.

Na naszego autora czekali już tam Boccacio z Dantem, Erazm z Roterdamu i cała heretycka elita, a  korowód badaczy natury miał nadejść niebawem.

Przez ponad pół wieku dzieło Kopernika leżało sobie spokojnie gdzieś po  szafach i nikt się nim  praktycznie nie interesował.  Kogóż bowiem mogła obchodzić „hipoteza astronomiczna” przydatna do jakiegoś ułatwienia niektórych obliczeń? I oto nagle przez odkrycie Gwiazd Medycejskich (czyli satelitów Jowisza)  a także dokonane tym samym okiem obserwacje Księżyca, Słońca i  orbity Wenus okazało się, że dzieło Kopernika nie jest  żadną hipotezą, tylko rzetelnym opisem astronomicznej rzeczywistości  Co gorsza – autor tych obserwacji narobił hałasu, napisał broszurę – reportaż i wydał ją w setkach egzemplarzy, dzięki czemu odkrycia stały się zrozumiałe i bliskie dla tysięcy ludzi..

Działaniem takim naruszył  fundamentalne poglądy głoszone od wieków  przez powołane autorytety podważając ich wszechwiedzę i nieomylność.

Trudno, by mogło to pozostać bez odpowiedniej reakcji . I ona nastąpiła.

Praca Kopernika, jako „falsa, absurda et heretica”  trafiła na INDEX a odkrywca Gwiazd  dostał  nakaz milczenia .Na Index też trafi za kilka lat, po głośnym procesie.

Na straży tych nakazów i zakazów  stanęli jezuici. Byli oni bowiem odkrywcami idei,  że zamiast wojować z heretykami  lepiej będzie tak uczyć i  wychowywać młode pokolenia, żeby nikomu do głowy nawet nie przyszło myśleć inaczej, niż nauczano w kolegium.    Ta myśl  stała  się fundamentem wielu skutecznych systemów wychowawczych i do  dzisiaj jest żywa. Objawia się tu bliska więź historii ze współczesnością.

Proponujemy więc  książkę o Gwiazdach Medycejskich , gdzie prócz relacji o pracach tworzących początki naukowej fizyki, pisze się  też nieco szerzej o jezuickim nauczaniu i jego wpływie na losy kraju nad Wisłą. Czy ono miało jakiś związek z faktem, że w tym rozwoju nikt z Rzeczypospolitej nie uczestniczył ?  Ani czynnie ani nawet biernie. A regres naukowy kraju w stosunku do Europy osiągnął blisko dwa wieki.

Książka przytacza ocenę tego nauczania i jego konsekwencji dokonaną już dwa i pół wieku temu przez człowieka, który go bezpośrednio doświadczył to znaczy przez Józefa Wybickiego.

Książka ma charakter popularyzatorski, w intencji adresowana jest do czytelnika – licealisty lub studenta. Tym niemniej operuje wyłącznie materiałem zaczerpniętym z  obszernej literatury informacyjnej.

Informacje dodatkowe

Waga 0.748 kg

PANORAMA ZASŁUG

SPIS TREŚCI

  1. Wstęp
  2. Nieciekawe początki
  3. Drogowskazy soboru
  4. Reformy bez króla
  5. Działania misyjne
  6. Znowu królestwo
  7. Bitwa i sobór
  8. We władzy kardynała
  9. Król nieustępliwy
  10. Prymas tysiąclecia
  11. Czas reformacji
  12. Konfederacja warszawska
  13. Possevino pod Pskowem
  14. Korona dla mitomana
  15. Afera z Dymitrem
  16. Kaznodzieja
  17. Kontrreformacja-pełny sukces
  18. Kolumna w Warszawie
  19. Rex Orthodoxus
  20. Czas złotej wolności
  21. Młodzieży chowanie
  22. Fikanie owieczek
  23. Przerwana misja
  24. Znów ci dysydenci
  25. Obalanie kodeksu
  26. Ostatnie lata
  27. Bilans

 

CZTERY WIEKI GWIAZD MEDYCEJSKICH

SPIS TREŚCI

  1. Greckie początki

2 .Długa przerwa

  1. Przełamanie stagnacji
  2. Z lunetą na Księżyc
  3. Od sukcesu do procesu
  4. Odkrywanie próżni
  5. Kolory białego światła
  6. Wielka dekada astronomii
  7. Fizyka w niedorzeczu Wisły
  8. Perły Nowych Aten
  9. Happy end

 

DROGA DO ŚWIETNOŚCI

Vademecum wiedzy o formowaniu korzeni

SPIS TREŚCI

  1. Wstęp
  2. Pod skrzydłami cesarza
  3. Prymat dla Rzymu
  4. Państwo Kościelne
  5. Ewangelizacja Sasów
  6. Fundamenty prawne
  7. Bastiony wiedzy
  8. Teokracja zwycięska
  9. Idea krucjaty
  10. Rycerz Kościoła
  11. Apogeum świetności
  12. Krucjata antykatarska
  13. Sobór
  14. Z dziejów Inkwizycji
  15. Blask ciemnieje
  16. Nieomylny przewodnik
  17. Wskazania najnowsze

PANORAMA ZASŁUG

WSTĘP  – DWIE KRONIKI        

Swego czasu  w księgarskiej witrynie można było zobaczyć frapujący tekst:

„Kościół na straży polskiej wolności”. Był to tytuł książki a raczej jakiegoś większego cyklu  W czasie  zbiegło się to  z wiadomościami  o przygotowaniach projektów wystroju plastycznego dla świątyni-giganta. Pobudzona  wyobraźnia zaczęła roztaczać wspaniałą panoramę zasług, jakie artyści będą musieli przetworzyć na obrazy, freski i  mozaiki.

Powinny one pokazać  drogę dziejową nadwiślańskich owieczek prowadzonych przez troskliwych i mądrych pasterzy, którzy wybierają i wskazują właściwe ścieżki. Musi być widać, że bez tej opieki owieczki byłyby jak ślepe kocięta,ich los opłakany i że wszystko co pomyślne zawdzięczają tylko i wyłącznie swoim przewodnikom.

Zobaczymy też może i co trudniejsze przygody trzódki, pobłądzenia i zdradliwe pułapki, ale także wydarzenia cudowne i zbawienne, prowadzące do szczęśliwego finału, kiedy wszystkie owieczki idą  zgodnie w jedną słuszną stronę, powiewają chorągiewkami  i  tylko czasem przystają, by je  przystrzyc i wydoić.

Nie ma już wprawdzie Matejki, ale odnalazł się  niedawno jego wspaniały i jakże wymowny obraz ukazujący biskupa Stanisława, który poucza i napomina króla .Powiększona replika obrazu dobrze by się nadawała na początek takiej panoramy .Daremne  niestety były te upomnienia Pokazuje to właśnie wizja ze średniowiecznego  ornatu wawelskiej katedry  przedstawiająca nieco tylko późniejszy moment dziejowy, kiedy niebawem biskup zginie. Widzimy jak król na czele zgrai  rzezimieszków  już uniósł miecz i za chwilę ręką własną przebije rozmodlonego biskupa stojącego przy ołtarzu, dwa inne trupy już leżą.

A my podejmujemy tu próbę zebrania oraz pokazania  wydarzeń i   działań, które się na tę misję stróżowania złożyły, aby nic cennego nie umknęło z pamięci..Niby są one ogólnie znane ale pozostają rozproszone, przypisane do jakiegoś panowania  czy epoki. A chodzi o to,  by zobaczyć jak razem tworzą obronny szaniec naszej wolności.   Szczególnie istotna  jest strona dydaktyczna –bo wartość historycznych wydarzeń dla dnia dzisiejszego. liczy się znacznie bardziej, niż przesadne związki  z dawno  minioną faktografią.

Dobrym przykładem jest tu wspomniany przed chwilą ornat. Już stał się on natchnieniem dla ilustratorów szkolnych podręczników historii, którzy gremialnie ukazują tragiczne skutki królewskiego bestialstwa. I to jest ideowo wzorowe , bo podstawę relacji stanowią jasne kryteria moralne a ornat staje się źródłem wiedzy.

Natomiast źródła inne, pełne wątpliwości  i znaków zapytania, które wręcz kwestionują odpowiednio  pokazany bieg wydarzeń – tylko mącą w głowach i słusznie są pomijane….

NIECIEKAWE POCZĄTKI

Dramatyczna scena z ornatu ma już trwałą pozycję ważnego źródła informacji historycznej .  Pojawia się więc pytanie dlaczego tym wyróżnionym w dziejach zdarzeniem jest wcale nie  moment chrztu kraju, lecz moment konfliktu władzy królewskiej z przedstawicielem kościoła  Bo przecież na początku wszystko układa się na pozór harmonijnie..

W akcie chrztu państwa w roli głównej występuje władca. To on podjął decyzję o wyborze małżonki, o chrzcie własnym i swoich ludzi, sprowadził biskupa  i nakazuje poddanym starą wiarę i jej symbole porzucić a nową przyjąć. Przy następcy, Bolesławie, nic się nie zmienia. Monarcha sprowadza kolejnego biskupa i wysyła na misję. Zamordowanego sprowadza jako męczennika wypłacając  ogromną sumę za wykup. Wciąż ten władca gra pierwsze skrzypce. Zaraz potem spotyka się z cesarzem, uzyskuje obietnicę korony i powołanie arcybiskupiej metropolii Od tej chwili osiąga samodzielną, suwerenną pozycję na mapie ówczesnej Europy a korona jest tego symbolem i potwierdzeniem…

Wciąż on na pierwszym planie a męczennik  i arcybiskup gdzieś w tle. Wyczuwa się tu jednak jakąś niewłaściwość. Co z tego, że król niby bez zarzutu – kościoły buduje, stare święte dęby wycina i przestępcom, co postu nie dochowują, zęby wybija.  Mimo  wielu zalet to nie jest model ani do propagowania  ani tym bardziej do stawiania za wzór właściwego układu hierarchicznego dla przyszłości..

Zresztą sukcesy pierwszych dziesięcioleci okazują się nietrwałe, korona gdzieś przepada, przychodzi załamanie i następne pokolenia muszą zaczynać prawie od nowa.

I od razu wchodzą w stare ślady. Kolejny Bolesław, prawnuk tego pierwszego,odbudowuje pozycję religii. Funduje kościoły, odnawia arcybiskupstwo w Gnieźnie, utrzymuje  dobre kontakty z papieżem i dzięki nim odzyskuje koronę-  znowu  on jest  najważniejszy. Tak mu się przynajmniej do czasu wydawało .Bo wreszcie ktoś dojrzał całą niestosowność takiej sytuacji i uznał,że trzeba ją uzdrowić oraz ustalić właściwą kolejność na drabinie priorytetów i autorytetów. Tę próbę podjął biskup krakowski. Czy to był bunt lub sprzeciw czy inna forma narzucenia swego zdania władcy i zakwestionowania jego posunięć- tego dokładnie nie  wiemy, najpierwsza relacja mówi nawet o zdradzie. Wiadomo, że doraźnie próba została ukrócona, biskup skazany i królewski wyrok wykonano.. W najbliższej wydarzeniom kronice Galla o żadnym własnoręcznym mordowaniu przez króla i to przy ołtarzu nie ma mowy. Są to późniejsze ,ubarwiające wymysły.

Ale władca jednak nie wygrał, musiał uchodzić z kraju. I teraz skazany biskup ma  grobowiec na Wawelu, pośrodku katedry, ołtarz główny ledwo  zza niego widać, sarkofagi Jagiellonów po bokach nawy, utkane między kolumnami a przegrany król  spoczywa gdzieś w Karyntii (wtedy były tam Węgry)  razem ze swoimi wyobrażeniami o zakresie królewskich uprawnień Odwiedza go czasem jakiś turysta, któremu austriacka  gospodyni pensjonatu powie, że niedaleko,w Osjach, to jest grób jakiegoś polskiego króla.

Z osób nieturystycznych był tam przed laty generał Anders, jeszcze jako dowódca  II-go Korpusu i wmurował nawet tablicę z podpisem :  Królowi- Dux et Milites (Wódz i Żołnierze)

Później już nikt.

Konflikt polityczny, nie taki znów niezwykły w owych czasach,nie od razu przybrał wymiary ponadczasowe. Prawie współczesny kronikarz relacjonuje go bez specjalnych emocji,choć wspomina nawet o biskupiej zdradzie. Sprawa urosła w sto lat później , kiedy zajął się nią i nadał swoistą rangę oraz ubarwienie kolejny krakowski biskup. Żadnej zdrady już nie ma, natomiast król nie chce przyjąć cennych wskazań moralnych ani uznać duchowego autorytetu osoby, która jedynie zdolna jest ocenić jego postępowanie i której powinien się podporządkować. Autor tej nowej kroniki umiał  dojrzeć w sprawie nie jakiś partykularny spór, lecz problem miejsca kościoła względem władzy świeckiej, które ma być nadrzędne Wtedy był to pogląd powszechny i obowiązujący.   Później różnie z tym bywało.

Wobec tego my też nie będziemy więcej zajmować się  początkami, które ,jak widać, nie są ciekawe i nie przywodzą właściwych  pouczeń a przejdziemy do bliższego pokazania tej najstarszej a wciąż żywej sprawy.

Odnośny fragment kroniki Galla:

„Jak zaś król Bolesław z Polski został wyrzucony, dużo byłoby o tem do opowiadania, lecz to powiedzieć wolno, że nie powinien był pomazaniec na pomazańcu jakiegokolwiek grzechu cieleśnie mścić. To  bowiem wielce  mu zaszkodziło, gdy przeciw grzechowi grzech zastosował, gdy za zdradę wydał biskupa ma obcięcie członków.

Ani bowiem biskupa zdrajcy nie usprawiedliwiamy, ani króla mszczącego się  tak szpetnie nie zalecamy -lecz tu środku poniechajmy i opowiedzmy, jak został przyjęty na Węgrzech.”

Warto zauważyć, że w tym króciutkim tekście działania biskupa dwukrotnie określone są jako grzech i dwa razy nazwano je zdradą.

Gall Anonim, pisał kronikę bez takich ideowych wskazówek. W Polsce był przybyszem, a do pracy nad kroniką został wywołany z klasztoru przez kanclerza księstwa – oczywiście kościelnego dostojnika.. Od razu na początku Gall  przywołuje z imienia pięciu biskupów (wśród nich także urzędującego arcybiskupa)  jako swoich nieocenionych informatorów i przewodników. A dalej pisze, że  swego imienia jako autora nawet nie podaje, by chwała kronikarskiego zapisu  spadła na tych właśnie informatorów.

A my możemy dodać, że tym samym i  wiarygodność jego zapisu firmuje to grono biskupów.

Gall Anonim stawiał sobie za cel opisanie dziejów królestwa i przede wszystkim historii panowania aktualnego władcy, Bolesława Krzywoustego. We wstępie pisze nawet:                                       Spisać dzieje tego księcia

Celem mego przedsięwzięcia.

I dzieje panowania księcia Bolesława są główną treścią kroniki. Ale kronika przedstawia też dzieje poprzedzające to panowanie. Konflikt króla z biskupem jest dla piszącego  sprawą sprzed około 30 lat,pewnie żyją jeszcze niektórzy świadkowie. Urzędujący arcybiskup objął swój urząd zaledwie kilka lat po krakowskim konflikcie.

Relacja jest bardzo oszczędna. Trzeba pamiętać, że po przegranym królu władzę w Krakowie objął ojciec aktualnego władcy, na którego dworze przebywa autor kroniki, więc w jego sytuacji dokonywanie ocen jest wysoce ryzykowną ekwilibrystyką. Stąd zapewne ta ogólnikowość i niedomówienia..A jednocześnie sprawa jest szczególnej wagi, bo jej ostatecznym efektem stała się utrata korony królewskiej,,jak się okaże- na 220 lat oraz zniknięcie królestwa polskiego jako liczącej się siły politycznej w ówczesnej Europie na jeszcze dłużej. Te lata to jest sporo więcej niż 1/4 w ogóle istnienia królestwa w Polsce.

Biskup Wincenty pisze o następne sto lat później. Relacje świadków musiały już przejść w fazę legend i podań ale na szczęście ten autor ma busolę ideową. W relacji pojawiają się nadzwyczajne a nowe szczegóły oraz wydarzenia nadprzyrodzone i cudowne.

W ich świetle biskup okazuje się człowiekiem bez skazy,który ponosi śmierć bezpośrednio z ręki wyzutego z sumienia okrutnika. Męczeństwo i świętość są ewidentne. Ciekawe, że żaden z 6-ciu informujących Galla biskupów, którym wręcz przypisuje on autorstwo kroniki, o zabójstwie i to ręką króla- nie wspomina.

Po następnych stu latach zabójca podniósł ręką na pasterza, bo nie w smak mu były jego pouczenia. Znamienne, że sprawa zatracenia korony  w ogóle Kadłubka nie interesuje.

Jego opowieść od razu trafia na ambony i tą drogą do powszechnej wiadomości  i świadomości. Szybko też nastąpiła kanonizacja biskupa Stanisława.   Santo subito.

Kronika Galla natomiast trafiła do diecezjalnej szafy i nikt jej stamtąd przez całe wieki nie wyciągał. W Warszawie wydana została po raz pierwszy u schyłku epoki Oświecenia.

Gruntowną analizę konfliktu króla z biskupem według tej kroniki przedstawił w końcu XIX wieku profesor lwowskiego uniwersytetu T.Wojciechowski .Wykazywał m.in. że król nie mordował nikogo osobiście, tylko wydał wyrok- co było jego królewskim prawem i było zgodne z ówczesnym obyczajem. Wskazał też, że nie ma śladu, by gnieźnieński arcybiskup ten wyrok kwestionował. Analiza naukowa została przyjęte zajadłym atakiem obrońców świętego. Potem kilku jeszcze historyków wykazywało wiarygodność Galla i dowolności Wincentego Kadłubka, ale były to działania bez znaczenia, bo gdzie chodzi o problemy ideowe- wszelkie dowody są daremne. A istotą mitu świętości biskupa ze Szczepanowa jest wykazanie wyższości kościoła nad władzą świecką i jest to idea, która nie starzeje się w żadnej epoce.

BITWA i SOBÓR

Ale wróćmy pod Grunwald. Teraz po drugiej stronie pola centralna część armii  również prezentowała się znakomicie, trochę gorzej lewe skrzydło na marnawych konikach i w skórzanych kubrakach zamiast zbroi. Dużym zaskoczeniem dla Zakonu było, że wojska koronne zdołały się połączyć z Litwą (dzięki przeprawie przez pierwszy na świecie most pontonowy pod Czerwińskiem). Nie mniejszym zaskoczeniem był też  wzniesiony przed bitwą przez przeciwników krucjaty potężny śpiew- hymn  skierowany do patronki zakonu. A śpiew i cała pozostała część religijna stanowiły niezbędny dowód, że przeciw krzyżowcom nie stoją poganie, lecz autentycznie chrześcijańska armia. Ponieważ nie  urojone było zagrożenie, że Polska z Litwą mogłyby zostać uznane za kraje pogańskie albo heretyckie czy schizmatyckie – i na wezwanie papieża a pod wodzą cesarza pół Europy ruszy wytrzebiać wrogów prawdziwej wiary.

W tym miejscu warto przypomnieć znany epizod dwóch mieczy przekazanych przed bitwą.

Nie dotarł do nas żaden pisany zapis podający szczegóły tego wydarzenia; nie wiemy,czy i co zostało z tej okazji powiedziane przez stronę przekazującą. W powszechnej świadomości obecny jest sienkiewiczowski opis z :Krzyżaków: że miecze miały być jakoby bodźcem zachęty do podjęcia rycerskiej walki,co król skwitował pobożną odpowiedzią iż ”Mieczy ci u nas dostatek, ale i te przyjmiemy”Otóż taki przebieg wydaje się dość wątpliwy. Od przeszło dwustu lat dwa miecze były symbolem podwójnej władzy papiestwa: duchowej i świeckiej. Oznaczały więc jednocześnie, że do papieża należy cała władza. Przysłanie i wbicie w ziemię dwóch mieczy przed wodzem przeciwników musiało mieć na celu pokazanie, że ten wódz i jego sojusznik  na  władzę papieża ośmielają się podnosić rękę  i stają przeciwko krucjatowej armii, która  dla dobra i chwały tej papieskiej władzy działa. Podkreśla to więc krucjatowy charakter krzyżackiej wyprawy i zarazem tłumaczy,że polsko- litewska strona nie była zainteresowana w nadmiernym eksponowaniu antypapieskiego charakteru swoich działań i epizod dwóch mieczy pozostał bez tego rodzaju interpretacji.

Stąd ta tak bardzo rozbudowana demonstracja religijna przed bitwą- te  królewskie msze i zbiorowy śpiew rycerstwa.Musieli chyba dobrze śpiewać, bo wynik  starcia był druzgocący i zna go nawet  szkolna dziatwa. Krucjata została rozgromiona.

Pozostaje tylko pewna rozterka,  Czy prawdziwy Polak- katolik powinien się cieszyć z wygranej swego króla, który rozgromił krucjatę jak nie przymierzając Saladyn czy może jednak powinien się smucić klęską wielkiego mistrza bezpośrednio podległego papieżowi i walczącego na jego wezwanie w imię krzewienia wiary?

Czy to jest w ogóle dobry przykład na tożsamość interesów państwa i kościoła ?  Bo to był rzadki w dziejach tego kraju przypadek zwycięstwa interesu państwowego nad kościelnym.

Przedziwne były też konsekwencje tej bitwy. Przedziwne- bo praktycznie żadne. Żadnego pościgu, żadnego pośpiechu. Karawan ze zwłokami Wielkiego Mistrza dotarł do Malborka dwa dni przed siłami zwycięzców. Potem- nieudane oblężenie. W sumie- w wyniku wojny Zakon nie stracił dosłownie nic. Ani piędzi ziemi, ani jednego zamku, ani jednej wsi.

Skutki bitwy nie były jednak zerowe. Bitwa pokazała, że nad Wisłą wyrosła godna uwagi siła, która na przyszłość może dla Zakonu  stanowić przeszkodę a nawet zagrożenie.

Należałoby więc tę siłę tak wysterować, by Zakonowi nie zagrażała- to po pierwsze.

I po drugie – jest to siła, którą można i należy wykorzystać do innych problemów, które papiestwo ma do rozwiązania. Dwieście lat wcześniej Leszek Biały wykręcił się brakiem piwa- i nikt go więcej nie niepokoił, bo co też on sobą przedstawiał. Teraz widać, że sytuacja jest inna i jest komu postawić ambitne zadania.

Dalszy ciąg starcia polsko-krzyżackiego rozegrał się  w  5 lat  później na soborze w Konstancji. Był to kolejny z wielkich i przełomowych soborów. Jego głównym zadaniem miało być  zakończenie rozłamu w zachodnioeuropejskim kościele rządzonym przez dwóch zwalczających się papieży.

Delegacja polska na sobór była niezwykle okazała- liczyła około 300 ludzi a na jej czele stał arcybiskup gnieźnieński Mikołaj Trąba. On też sfinansował całą eskapadę. Wyłożył fundusze, które uzyskał oddając w zastaw znaczną część dóbr metropolii. Łza się w oku kręci -arcybiskup zastawia kościelny majątek w imię interesów królestwa. Ale to było dawno i już nigdy nie miało się powtórzyć.

Dla Polski sobór miał znaczenie szczególne. Była to bowiem okazja do zaprezentowania Europie dzieła chrystianizacji Litwy. Dzieło zapoczątkowane zostało przed zaledwie trzydziestu laty- i oto uczestnikom soboru przedstawiono kilkudziesięciu Żmudzinów, którzy klękają i mówią pacierz. Wprowadzenie chrześcijaństwa w nowym kraju dokonane zostało na drodze pokojowej,bez podboju, rzezi i grabieży. Akcja Zakonu Krzyżackiego w Prusach trwała od lat dwustu i wprawdzie teren został zajęty, ale nawróconych Prusów nie było, bo zostali wycięci w pień. Porównanie metod działania i wyników było ewidentne.

Delegacja polska zaprezentowała również program ideowy w tym zakresie. Przeciw ideom krucjatowym głoszonym przez papiestwo wystąpili  przedstawiciele Uniwersytetu Krakowskiego. W traktacie  O władzy cesarza i papieża nad niewiernymi rektor Paweł Włodkowic rozwinął pogląd, że żaden z nich nie ma prawa rozporządzania ziemiami i krajami, do których nie dotarło chrześcijaństwo. Niezgodne z wolą bożą i duchem Ewangelii jest zaprowadzanie chrześcijaństwa siłą, przemocą i z rozlewem krwi. Poganie bowiem także są naszymi bliźnimi a ludy pogańskie mają prawo do swobodnego bytu.

Stąd wypływały wnioski o nielegalności działań  Krzyżaków w Prusach.

Była to kontynuacja linii ideowej, którą trzy lata wcześniej przedstawił biskup Andrzej Laskarz podczas procesu polsko-krzyżackiego w Budzie. Mówił: „Nie wolno używać miecza tego świata tam, gdzie właściwy jest tylko oręż niebieski – Słowo Boże”.

Laskarz głosił, że niewierny jest naszym bliźnim, wobec którego obowiązują zasady wyrażone w Ewangelii.

Były to poglądy całkowicie sprzeczne z zasadami głoszonym i praktykowanymi przez papieży oraz  nieznane i obce oficjalnej doktrynie Kościoła. To było ugodzenie w główną linię polityki papiestwa ostatnich przeszło trzystu  lat.

Przebieg krucjat, od pierwszej poczynając, dostarczył aż nadto potwierdzeń na to, jak w praktyce wyglądały krucjatowe idee. Oraz, że wyglądały one tak samo  również w stosunku do tak zwanych „schizmatyków” czyli chrześcijan prawosławnych.

Wywody ideowe rektora Włodkowica zeszły nieco w cień, bo na sobór przybył także szatan w osobie heretyka  Husa i to nim trzeba się było zająć w pierwszej kolejności.

Rektor uniwersytetu praskiego Jan Hus miał wydany przez cesarza żelazny glejt nietykalności i miał przedstawić soborowi do przedyskutowania swoje poglądy. Poglądy te brzmiały niby niewinnie- Pismo Święte jest podstawową wykładnią wiary i powinno być przełożone na język czeski, komunia powinna być udzielana pod dwoma postaciami dla podkreślenia równości kapłana i wiernych. Dalej było jednak gorzej- potępienie handlu odpustami, piętnowanie wad duchowieństwa (chciwość bogactwa, rozwiązłość, ciemnota) no i negowanie świeckiej władzy papiestwa. To się w sumie w ogóle nie nadawało do dyskusji. Na szczęście żadne glejty i słowa nie obowiązują, kiedy są udzielane heretykowi. Dlatego Hus został natychmiast uwięziony, szybko osądzony i spalony w dzień po wyroku.

Rektor Włodkowic powinien się chyba cieszyć, że dzięki Husowi nie na nim skupiła się uwaga świątobliwych uczestników soboru. Wystarczy porównać tezy jego wystąpienia  z treścią bulli papieskich wysyłanych do Ludwika Węgierskiego przed czterdziestu laty aby zobaczyć, że Włodkowic głosił herezję czystą. Bo głoszenie poglądów obnażających sprzeczność papieskiego programu szerzenia chrześcijaństwa z Ewangelią zasługiwało na stos co najmniej w tym samym stopniu, co poglądy Husa.

DROGA DO ŚWIETNOŚCI

Vademecum  wiedzy o formowaniu korzeni  

WSTĘP i Donacja Konstantyna

Matura za pasem . Oczywiście – matura z religii

Wprawdzie słuchać jeszcze tu i ówdzie  głosy niechętne, ale są one ciche i coraz słabsze. Racjonalna ocena bilansu za i przeciw  wypada więc jednoznacznie  W tej sytuacji, powodowani troską o ułatwienie młodzieży ogarnięcia niezwykle  obszernego materiału, uznaliśmy, że warto przygotować choć wybrany fragment. Przygotować, to znaczy zebrać w jednym miejscu wiadomości rozsiane po różnych podręcznikach i książkach, które niekoniecznie są łatwo dostępne. Ten wybrany segment to informacje z zakresu historii Czcigodnej Instytucji.

Nie próbujemy tej historii szczegółowo przedstawiać a podajemy raczej co cenniejsze migawki ze świetlanej drogi. Nie popadając w ambicję wyczerpania tematu nałożyliśmy też pewne ramy czasowe. Jako początek relacji przyjęliśmy decyzję cesarza Konstantyna uznającą legalność religii chrześcijańskiej. Drugą granicą jest przełom XIII / XIV wieku – apogeum „średniowiecznej świetności papiestwa”, które to określenie stosujemy w ślad za  oceną największego autorytetu naszej epoki. Kościół ma już wtedy własne państwo, papieże dysponują sprawną i potężną maszynerią rzymskiej kurii i decydują o tronach oraz ruchach królów i książąt całej Europy,  wszystkie herezje są wytrzebione, nie ma żadnych istotnych zagrożeń zewnętrznych a wewnątrz lud boży słucha nauk swoich pasterzy, wędruje na pielgrzymki, kupuje odpusty oraz płaci sumiennie dziesięcinę i świętopietrze.

Dojście do tego stanu trwało tysiąc lat.

Spróbujemy prześledzić drogę tego imponującego rozwoju, zobaczyć sposoby, których używano, by osiągnąć taki sukces. Tym samym popatrzymy, jak formowały się i umacniały chrześcijańskie korzenie i jak dojrzewały chwalebne wartości. Obserwacja konkretnych wydarzeń sprawia, że nie obracamy się w kręgu ogólnikowych deklaracji, lecz widzimy autentyczne działania czyli wartości nie abstrakcyjne lecz stosowane. Niektórzy dopatrują się rozbieżności  pomiędzy tymi dwoma obszarami Wyławiają i eksponują chciwość,pychę, zakłamanie, fałszerstwa i uzurpacje- ba, momentami nawet krwawe rozprawy..

No, cóż, różne środki bywały w użyciu- ale jeśli nawet stosowano te dolegliwe to tylko w niezbędnym,koniecznym zakresie. Budowana na tym ocena byłaby zatem  powierzchowna i myląca,bo trzeba uwzględniać cel. A cel, jeśli szlachetny- usprawiedliwia  przecież   a nawet uświęca  wszelkie stosowane środki i metody– destinatio methodum sacrat.

I to jest właśnie ten przypadek. Tym celem jest zgromadzenie wszystkich owieczek świata pod wspólnymi skrzydłami i wdrożenie ich do postępowania według wskazań rzymskiego papieża- bo tylko posłuszeństwo jemu zapewnia dojście do zbawienia.

Inne drogi są ślepe i fałszywe. Właśnie w połowie XIII wieku wykazał to Tomasz z Akwinu.

Wartości, którymi się  ta Europa kieruje są wyłącznie chrześcijańskie i pozostają w pełnym rozkwicie. W ich bukiecie daje się zauważyć brak zainteresowania poznawaniem świata czy poszerzaniem wiedzy. Oznacza to po prostu, że nauka żadną wartością  nie jest a trwonienie na nią czasu i uwagi jest zwykłym  a nawet nagannym marnotrawstwem.

I rzeczywiście, w ciągu tysiąca lat naukowa wiedza o świecie nie znajdowała się wśród celów życiowych prawdziwego chrześcijanina   i  nie rozwinęła się ani o krok w żadnej dziedzinie. Wystarczającym źródłem w tym zakresie  jest Biblia i żywoty świętych przybliżane ludowi bożemu drogą kazań. Nieliczne uniwersytety, o których istnieniu decyduje papież, zajmują się przede wszystkim teologią  jako królową nauk oraz prawem kanonicznym i trochę debatują nad starannie odcedzonymi pismami Arystotelesa sprzed 1.500 lat. Obowiązuje formuła św.Augustyna: „Wiedza prawdziwa zawarta jest w Piśmie; jeśli jej tam nie ma- jest szkodliwa” O żadnych  Kopernikach czy Galileuszach ani słychu- więc autorytetowi scholastycznych mędrców nic nie zagraża.

Rzeczywiście- świetność jaśnieje pełnym blaskiem.

Na ilustracji widzimy scenę,od której wszystko się zaczęło czyli akt zwany Donacją Konstantyna. Był to dokument, w którym cesarz miał przekazać rzymskiemu biskupowi   Rzym wraz z rozległymi okolicami na własność i w niepodzielne władanie. Uznał tym  całkowitą niezależność miasta i biskupa od władzy cesarskiej Na ten dokument powoływać się będą przez wieki biskupi Rzymu w swych zmaganiach z następnymi cesarzami.

Scena ta umieszczona jest jako fresk w jednym z rzymskich kościołów.

Widać jak cesarz Konstantyn przekazuje biskupowi władzę cesarską nad Rzymem.Nie ma wątpliwości,kto tu jest najważniejszy: to przecież ten obdarowywany siedzi na tronie, ma infułę oraz aureolę i nawet łaskawie błogosławi ofiarodawcę, który stoi niżej a raczej wpół klęczy, jak petent , z gołą głową- bo przekazuje nawet nie jakiś marny pergamin lecz swoją tiarę cesarską, widomy symbol władzy.

Autor fresku nadzwyczaj trafnie pokazuje istotę problemu, który od tej donacji się zaczyna, ale pozostaje sprawą najważniejszą i aktualną do dzisiaj. Udało się plastycznie przedstawić  mit założycielski idei. Chodzi mianowicie o problem relacji pomiędzy władzą świecką a duchową. Donacja to akt podporządkowania cesarza władzy duchowej; to wzór, który należy realizować zawsze i wszędzie.

Z tym większą przykrością trzeba więc wreszcie powiedzieć,że przedstawiona scena jest  czysto imaginacyjna- bo nigdy się w rzeczywistości nie zdarzyła..

To znaczy akt donacji był, ale pochodził nie z  IV lecz prawdopodobnie z VI wieku, kiedy to został sfałszowany.Autor chciał dobrze- zadbał by wykazać, że ani przez chwilę biskup Rzymu żadnemu cesarzowi nie podlegał. Sprawa się wysypała w XV wieku przez jakiegoś  wścibskiego pisarczyka, który po upływie blisko tysiąca lat nagle się dopatrzył, że dokument zawiera jako miejsce i datę sporządzenia:  rok 315, Konstantynopol.

Tyle, że w owym roku Konstantynopola jeszcze nie było, cesarz zaczął go budować w dziesięć lat później. Dokument się skompromitował, ale władza i splendory pozostały.

Absurd z donacją  leży zresztą nie tyle nawet w głupim datowaniu ile w samym pomyśle,że władca  potężnego wówczas  cesarstwa miałby się podporządkować jakiemuś lokalnemu kapłanowi jednej z funkcjonujących w państwie religii.

Wpadka z donacją oznacza również, że wszystkie podniosłe i dalekosiężne wnioski formułowane na bazie wspomnianego dokumentu oparte zostały na oszustwie i choć z zapałem są do dziś wygłaszane, to jednak proweniencję mają nieszczególną.

Podobnie szlachetne intencje musiał mieć autor  innego obrazka , który przedstawia cesarza Konstantyna otrzymującego chrzest z rąk papieża Sylwestra.

Średniowieczny Ilustrator wykonał tu dzieło nie z natury  lecz ze słuchu – a słyszeć mógł tylko wersję obowiązującą w papieskim Rzymie. Kiedy cesarz ogłaszał edykt mediolański , to sam osobiście wcale chrztu nie przyjął. Dał się ochrzcić dopiero przeszło dwadzieścia lat później, na łożu śmierci- no i dla dokonania tego aktu nie przyjeżdżał przecież biskup z Rzymu.

Są to niby informacje od dawna znane, lecz dość rzadko przypominane. Traktując je jako malownicze przykłady podajemy je tutaj powodowani przekonaniem, że „prawda nas wyzwoli”. Wyzwoli, nie wyzwoli – próbujemy  zaryzykować..

Państwo Kościelne i ewangelizacja Sasów

Pod względem organizacji kościoła Konstantynopol miał status równy z Rzymem czyli  patriarchat. Utworzone zostały także patriarchaty w Jerozolimie,Aleksandrii i Antiochii. Żaden z nich nie miał żadnych uprawnień władczych nad innymi. Najważniejszym ośrodkiem był Konstantynopol jako stolica cesarstwa i miasto największe oraz najsilniejsze militarnie i ekonomicznie.   Rzym był jednym z pięciu patriarchatów, był starą stolicą cesarstwa, ale żaden prymat mu nie przysługiwał.

Układ stosunków papieży z cesarzem w Konstantynopolu wciąż był niezbyt stabilny.

Z jednej strony konsekwentne i uporczywe papieskie  dążenia do uniezależnienia, z drugiej – zależna wprawdzie od osobowości cesarza oraz sytuacji, ale wciąż znaczna materialna i polityczna przewaga Konstantynopola. Niby do Bizancjum było dość daleko ale do egzarchatu w Rawennie znacznie bliżej -i tak potencjalne zagrożenie stale wisiało.

Wtedy  biskupi Rzymu dostrzegli, że oto znacznie bliżej, choć za Alpami, urosła nowa siła- germańskie państwo Franków.

Państwo Franków było już schrystianizowane. Jego sytuacja polityczna była dość szczególna- formalną władzę sprawowali dziedziczni królowie, potomkowie Chlodwiga, który pierwszy przyjął chrzest, jednak władza rzeczywista przechodziła stopniowo w ręce zarządców pałacu i dowódców wojskowych. Jednym z takich dowódców był Karol Młot i to o nim wiemy z historii, że powstrzymał inwazję Arabów  a nie o królu, u którego niby służył.

Stanowisko majordomusa zrobiło się dziedziczne  a wraz ze świadomością posiadania autentycznej władzy zrodziła się też chęć pełnego wejścia w jej splendory. I następca Karola Młota, Pepin zwany Krótkim, wysłał swojego króla do klasztoru na bezterminowy pobyt. Było to rozwiązanie genialne a jednocześnie zgodne z prastarymi zwyczajami plemion germańskich. Mianowicie znana tam była i bywała stosowana kara banicji czyli wypędzenia. Skazany na banicję nie był mordowany był to więc sposób stosunkowo łagodny a jednocześnie człowiek przestawał istnieć, wygasały wszelkie jego rzeczywiste  i możliwe uprawnienia. Zesłanie do klasztoru jest do banicji bardzo podobne. W nadchodzącej przyszłości klasztorne rozwiązania z kłopotliwymi postaciami politycznymi lub rodzinnymi będą znajdować rosnącą popularność.

Tak więc po udanym uwolnieniu tronu Pepin Krótki mógł przeprowadzić własną koronację. Na  uroczystość  koronacji przybył też wysłannik  Rzymu i przekazał słowa wsparcia- mianowicie pogląd, że koronę powinien nosić ten, kto ma władzę. O żadnym „świętym” prawie dziedzictwa nie było mowy. Został też opracowany ceremoniał koronacji, w którym jako najważniejszy moment przewidziano namaszczenie świętymi olejami.

Była to istotna nowość. W ten sposób władza królewska zyskiwała znamię świętości a co ważniejsze- namaszczenie było widomym znakiem, że władza pochodzi z nadania boskiego a uprawnionym do dokonania tego przekazu jest biskup Rzymu.

Rychło się okazało, że poza błogosławieństwem Rzym ma też do nowego króla interes.

Mianowicie Rzymowi poważnie zagrażają siedzący w północnej Italii Longobardzi  i potrzebne jest już nawet nie tylko wsparcie, lecz ratunek. Tu trzeba wyjaśnić, że   Longobardzi to było plemię germańskie już od dość dawna schrystianizowane. Zatem walki w trójkącie Rzym- Longobardzi- Frankowie odnotować należy jako pierwsze w dziejach wojny państw chrześcijańskich między sobą. Udział w tych walkach Rzymu jako strony ma więc wymowę szczególną.

Król Pepin nie zawiódł pokładanych w nim nadziei. W dwóch kampaniach pokonał Longobardów a zdobyte ziemie przekazał rzymskiemu papieżowi tworząc tym samym rzeczywiste państwo kościelne.

Nawet będąc w sytuacji tego wspieranego a właściwie ratowanego z opresji papież nie stracił głowy i potrafił wyciągnąć polityczny zysk- powtórzył  bowiem osobiście ceremonię koronacji Pepina – i umocnił tym samym pogląd, że dopiero korona nadana przez papieża jest prawomocna.

Osiągnięcie własnej państwowości jest dobitnym dowodem umocnienia chrześcijaństwa na terenie Rzymu. A jednak nie wiążą się z tym żadne kroki świadczące o likwidowaniu niewolnictwa, którego istnienie pozostaje,wydawałoby się, w rażącej sprzeczności z podstawowymi ideami chrześcijaństwa- sprawą równości i miłości bliźniego. Odnosi się to  również do cesarstwa bizantyńskiego. Nie pojawiły się żadne działania prawne, akty prawne ani uchwały na przykład synodalne, które by próbowały zmienić sytuację niewolników. I tu i tam , jak w czasach pełnego rozkwitu cesarstwa rzymskiego, niewolnik to było mówiące narzędzie pozbawione jakichkolwiek praw. Można go było dowolnie chłostać, zabić, gwałcić, sprzedać- bez żadnych konsekwencji ani tez naruszenia organu  tak wrażliwego jak sumienie. Sprawy niuansów teologicznych przedyskutowano dogłębnie na dziesiątkach synodów powszechnych i regionalnych, ustalono szczegóły liturgii i obrzędów oraz  funkcje i stroje kościelnych dostojników – a o jakiejkolwiek ochronie człowieczeństwa dla żywego inwentarza ludzkiego nie padło ani słowo.

. Istnienie niewolników było stanem faktycznym a także formalnie sankcjonowanym przez przepisy prawne -również takie, jak bezkarne zabicie niewolnika.  Akurat w tych dwóch krajach -w państwie Longobardów oraz Franków doszło do spisania tradycyjnych praw plemiennych. Zapis przeprowadzali przecież ci, co umieli pisać, czyli duchowni.  Poza rejestracją prastarych zasad dochodziło do pewnych aktualizacji. I tak na przykład przewidziano kary za naruszenie kościelnej własności -jak kradzież w świątyni, ale o jakiejkolwiek  ochronie ludzi zniewolonych nikt nawet nie wspomniał i żaden papież nigdy tej sprawy nie tknął.

W przepisach dla podbijanych Sasów Karol Wielki nakazywał gminie zbudowanie kościoła, i wyposażanie go w sprzęt oraz niewolników – para niewolników na każdych stu parafian.

Oczywiście- niewolnicy musieli być ochrzczeni. Ale też w tym miejscu kończyła się duszpasterska troska o ich los. Królowa nauk- teologia nie pochylała się nad zakresem uprawnień pobożnego pana względem gadających narzędzi roboczych.

Niewolnictwo z czasem zaczęło  wygasać samo przekształcając się w zależności feudalne  ale zasługi powszechnie już panującej religii miłosierdzia nie widać w tym procesie  żadnej Król Franków Karol już na początku panowania potwierdził darowizny swego ojca, Pepina, ustalające własności Państwa Kościelnego. Ponadto udzielał papieżowi militarnego i politycznego wsparcia, gdy pojawiały się konflikty z Longobardami i bizantyjskim egzarchatem w Rawennie. Wymagania papieskie miały charakter rosnący- w pewnym momencie papież zaczął domagać się wywalczenia dla niego i darowania wszystkich ziem określonych w dokumencie Donacja Konstantyna (tym sfałszowanym).

Tego się jednak nie doczekał- Karol miał inne plany.

Sięgnijmy do tekstu Jacques le Goff’a z pracy „Kultura średniowiecznej Europy”:

„Na wschodzie Karol Wielki rozpoczął tradycje podbojów, w których łączyły się rzeź i nawracanie czyli chrystianizacja siłą. Metoda, którą długo jeszcze miało praktykować średniowiecze.

Posuwając się wzdłuż Morza Północnego Karol podbijał Sasów  przez trzydzieści lat.  Odbywało się to w całej serii wypraw wojennych, w których następowały po sobie pozorne zwycięstwa i bunty chwilowo pokonanych- z reguły krwawo tłumione. Po jednym z takich zrywów król Karol nakazał w odwecie ściąć ponad 4.500 jeńców saskich.

Karol Wielki wspomagany był przez misjonarzy. Według kapitularza wydanego dla uprawomocnienia podboju, każda rana zadana misjonarzowi  lub wszelka zniewaga religii chrześcijańskiej karane były śmiercią. Król Karol rok po roku prowadził do krajów saskich swoich wojowników, którzy chrzcili, grabili, palili i wyrzynali a także masowo wysiedlali ludność. Sasi zostali wreszcie pokonani- stworzono biskupstwa w Bremie, Munstern, Paderborn” .W sumie działania te trwały przez trzydzieści lat.

Tymczasem na stolicy apostolskiej zaszła zmiana, która jednak, jak to nierzadko bywało, nie przebiegła  harmonijnie. Wybrano papieża, ale stronnictwo niezadowolonych z wyboru było dość silne. Doszło do buntu, papież został uwięziony, zanosiło się na wykonanie wyroku oślepienia. Papież zdołał jednak uciec i dotarł do Karola z błaganiami o pomoc. Zwołano synod dla osądzenia oskarżeń. Papież złożył przysięgę, że jest niewinny i to przyjęto jako podstawę rozstrzygnięcia sprawy. Prosto spod zawieszonej już ręki kata  i z wygnania papież Leon III przeszedł do własnych działań politycznych , które przedstawimy wg relacji Historii Powszechnej T.Manteufla:

„Podejmowane przez Karola akcje zbrojne w ogólnym bilansie doprowadziły do wzrostu znaczenia tego monarchy i niebywałego w dziejach Franków rozszerzenia granic ich państwa..Pod energicznymi rządami Karola nabrało ono wszelkich cech mocarstwa.

Nic więc dziwnego, że jego władca , zdając sobie sprawę z własnej potęgi, zamyślał o tytule cesarskim. Marzył przy tym o cesarstwie uniwersalnym,a więc jednym, obejmującym zarówno Zachód jak Wschód. Dla realizacji tego celu zamyślał poślubić bizantyńską cesarzową – bo tron Konstantynopola należał wtedy do kobiety ( z punktu widzenia takich kalkulacji  dynastycznych okoliczność wyjątkowo sprzyjająca).

Jego plany pokrzyżował jednak papież Leon III. Obawiając się, aby przy dalszym wzroście potęgi Karola  władza duchowna nie została całkowicie podporządkowana świeckiej, wykorzystał obecność monarchy na nabożeństwie w dniu Bożego Narodzenia  w bazylice św.Piotra i włożył mu na głowę diadem cesarski.

Akt koronacji był dla Karola zaskoczeniem. Kronikarz odnotował jego zdanie:”Gdybym znał zamiar  papieża, to nigdy bym nie wszedł w tym dniu do bazyliki,choć to wielkie święto”.

Po pierwsze, ten akt stwarzał,  ku żywemu niezadowoleniu Karola, pozory wyższości władzy duchownej nad świecką. W  opinii publicznej papież stawał się bowiem dyspozytorem korony cesarskiej. A Karol został zepchnięty do roli wskazanego przez papieża elekta.

Ponadto koronacja nastąpiła przedwcześnie, przed zawarciem porozumienia na ten temat w Konstantynopolu. Nic dziwnego, że spotkała się tam z jak najgorszym przyjęciem.”

Krótko mówiąc- zamysł polityczny władcy został storpedowany. Ten plan- to zjednoczenie pod jednym berłem greckiej (bizantyńskiej ) oraz germańskiej Europy. Plan został storpedowany przez papieża w imię jego partykularnego interesu czyli obawy przed spodziewanym obniżeniem pozycji politycznej  rzymskiego biskupa. Cios w pozycję i prestiż Bizancjum był druzgocący.

Warto pamiętać,że działo się to w sytuacji gwałtownej ekspansji islamu, który zdążył już wyprzeć kompletnie chrześcijaństwo z Palestyny i Afryki Północnej oraz zajął prawie cały Półwysep Iberyjski i zahamowanie tego procesu wcale nie było przesądzone. Naiwnie można by sądzić, że wielką troską  Kościoła będzie idea jednoczenia chrześcijańskich sił w celu powstrzymania tego islamskiego pochodu. Okazało się, że wcale nie. Najważniejsza okazała się sprawa zapewnienia odpowiednio silnej pozycji rzymskiego papieża. Rzymska koronacja utrwaliła podział chrześcijaństwa na wschodnie i zachodnie oraz utrwaliła związany z tym podział ówczesnej Europy Tym perfidnym zagraniem papież po raz pierwszy w bardzo zasadniczy sposób wpłynął na sytuacją polityczną już nie w skali rzymskiego powiatu, ale w skali Europy.

CZTERY WIEKI GWIAZD MEDYCJESKICH

Niedawno minęło 400 lat od wykrycia Gwiazd Medycejskich czyli satelitów Jowisza.

Zwrócił na nie uwagę pewien Włoch .Zdołał je dostrzec, bo miał lunetę  Nie dość, że odkrył, to również wylansował.  I to tak skutecznie, że małe nieznane gwiazdeczki z peryferii układu słonecznego czyli, co tu dużo mówić, z odległej prowincji- wprowadził na wielkoksiążęcy dwór we Florencji, na parnas europejskiej kultury.

Gwiazdy błyszczą do dzisiaj, choć dla odkrywcy nie najlepiej się to skończyło.

Spróbujemy pokazać,jak doszło do tego odkrycia.

Ale nie tylko tego- bo poza patrzeniem w gwiazdy autor zajmował się też zrzucaniem kamieni z wieży i turlaniem kulek po pochylni- z czego zrodziła się fizyka jako nauka.

1.Greckie początki

Zacznijmy od matematyki. Na początku naszej nauki szkolnej- takiej już poważnej,  kiedy pojawiają się twierdzenia i dowody, spotykamy twierdzenie  Talesa.

Liczy ono sobie około 2600 lat. Po raz pierwszy w dziejach osiągnięcie naukowe związane jest z imieniem konkretnego człowieka.Choć nie ma pewności czy to akurat on je stworzył, bo żadne dzieło Talesa z Miletu nie dotrwało do naszych czasów.

Najważniejszy tutaj jest fakt, że nie tylko dostrzeżona została jakaś szczególna  właściwość układu linii geometrycznych, ale po raz pierwszy powstał dowód, że wynikają z tego takie a nie inne zależności. Dowód ten bez zmian zachował  swą poprawność  przez 26 wieków. I dzisiaj każdy gimnazjalista powinien umieć ze zrozumieniem go odtworzyć.

Wszystko , co wiemy o Talesie pochodzi z relacji potomnych. Wiemy więc, że był kupcem. Jako kupiec dużo podróżował. Miał rozległe zainteresowania i kolejne podróże wykorzystywał do poznawania  dorobku odwiedzanych krajów-była to babilońska wiedza o liczbach oraz egipska znajomość geometrii. Musiało być to poznawanie szybkie i twórcze, bo olśnił faraona  określeniem wysokości piramidy na podstawie pomiaru cienia.

Tales prowadził też rozważania filozoficzne nad powstaniem i  budową świata.

W jego koncepcji  kształt Ziemi wyłonił się z wodnego chaosu jako tarcza  oblana wodami przy czym stało się to samoistnie siłami Natury, bez udziału oddziaływań metafizycznych. Jego metodyka poznawania świata- obserwacja i rozumowanie, będzie znamienna dla uczonych starożytnej Grecji.

Już w starożytności uznawany był za ojca greckiej nauki.

W dziedzinie fizyki główną postacią jest Arystoteles,  IV wiek pne.

W swoich dziełach zajmował się dociekaniem zasad, jakie regulują funkcjonowanie świata materialnego na Ziemi i w jej bezpośrednim otoczeniu.

Zawierają one rozważania na temat elementów składowych ciał materialnych,których autor wyróżniał cztery: ziemia,woda,powietrze i ogień. Arystoteles rozpatruje też problemy ruchu i jego przyczyn. Wyróżnia ruchy  naturalne i  wymuszone, to znaczy wywołane przez działanie zewnętrzne. Ruch naturalny to  ruch kamienia, który spada, bo jest ciężki i dąży do tego, by zająć swoją „naturalną” pozycję- czyli leżeć nisko. Z tej idei dążenia do naturalnej pozycji brał się też pogląd, że kamień cięższy spada szybciej niż mniejszy i lżejszy. Natomiast ruch wymuszony ma zawsze przyczynę, czyli siłę, która go powoduje. Ale dlaczego strzała z łuku leci dalej mimo, że cięciwa już na nią nie działa? Tu był kłopot, teorię trzeba było rozbudować.

Z wysokości swojej „czwórki” z fizyki uzyskanej kiedyś na szkolnym świadectwie możemy się lekko uśmiechać- ale takie właśnie były początki tego przedmiotu i  tej nauki. Zauważmy przy tm, że poglądy Arystotelesa stanowiły dość zwartą i logiczną całość- logiczną w obrębie tych pierwocin wiedzy, jaką on dysponował.

Jeżeli jest tu coś dziwnego to nie same poglądy lecz fakt, że one przetrwały blisko dwa tysiące lat i nawet po tym czasie znajdowały gorących zwolenników- o czym właśnie opowiemy nieco później.

W wyniku podbojów Aleksandra Macedońskiego u ujścia Nilu założone zostało nowe miasto- Aleksandria. Powstał tam silny ośrodek. greckiej nauki. Uczeni byli utrzymywani przez króla Egiptu. Stworzono też wspaniałą bibliotekę liczącą setki tysięcy woluminów. Ośrodek prowadził badania oraz nauczanie. Po raz pierwszy w dziejach władcy kraju dojrzeli sens  i potrzebę prowadzenia prac naukowych.

Musiało też działać bardzo efektywnie nauczanie na poziomie popularnym,szkolnym, co potwierdzają odnalezione po wiekach papirusowe  dokumenty oraz gliniane tabliczki. Są to tysiące listów notatek i zapisków dokonywanych nie przez uczonych lub artystów,lecz przez zwykłych ludzi. To spisy inwentarza, listy handlowe i rodzinne pisane na przykład przez sprzedawcę jajek na targu miejskim, tkacza w sprawie zamówionego płaszcza, dzierżawcę działki rolnej w sprawie czynszu.

Wszystko to razem świadczy o niezwykłym rozpowszechnieniu umiejętności czytania i pisania. Działo się to w mieście wielonarodowym i wielokulturowym, gdzie na co dzień była też  praktykowana tolerancja religijna. W uroczystym dorocznym pochodzie królów Egiptu- Ptolemeuszy uczestniczyły na równych prawach posągi bogów egipskich i greckich – Serapisa, Ptaha, Zeusa i Dionizosa.

W Aleksandrii studiował Archimedes. Kontakty z Aleksandrią utrzymywał także po osiedleniu się w Syrakuzach. Sam uważał się za matematyka a za swoje główne osiągnięcie uznawał dowód na stosunek objętości kuli do opisanego na niej walca. Wynik  2/3 nakazał wyryć na swoim nagrobku. Ustalił także przybliżoną wartość liczby p. Obliczał ją na podstawie długości obwodu wielokąta wpisanego w koło oraz drugiego, opisanego na zewnątrz. Ustalona wartość liczby wyszła mu w przedziale pomiędzy 3,1408 a 3,1429.

Pozostała też po nim legenda o odkryciu zachowania się ciał zanurzonych w wodzie. Kiedy sobie uświadomił, że tracą na ciężarze i dlaczego- wyskoczył z kąpieli i biegł ulicami Syrakuz wołając „Eureka”-Odkryłem!   I jest to chyba najstarsza anegdota o człowieku nauki.

Na terenie Egiptu działał także astronom, matematyk  i geograf Eratostenes.

Opracował mapę całego ówczesnego greckiego świata czyli basenu Morza Śródziemnego. Istotną nowością było, że mapa została narysowana na siatce prostokątnej. Główna oś pozioma przebiegała od cieśniny Gibraltarskiej do Cypru i do niej odnoszone były odległości wszystkich obiektów. Można powiedzieć,że wprowadzone zostało pojęcie równoleżników i południków.

Eratostenes dokonał też pomiaru średnicy Ziemi. Sam pomysł wykonania takiego pomiaru wręcz zatyka –przecież do jego przeprowadzenia on nie miał dosłownie nic.

I oto pojawia się koncepcja olśniewająca. Zdumiewająca śmiałością i prostotą.

Eratostenes dowiedział się, że  w miejscowości leżącej daleko na południe, gdzieś koło obecnego Asuanu,  w najdłuższym dniu roku w południe, wbita w ziemię tyczka  w ogóle nie rzuca cienia a w głębokiej studni widać na dnie odbicie słonecznej tarczy   To słońce na dnie studni jest dowodem,  że jego promienie są w takiej chwili dokładnie prostopadłe do powierzchni Ziemi. Natomiast w tym samym momencie Słońce w Aleksandrii oglądamy pod pewnym kątem. I ten kąt stanowi miarę różnicy szerokości geograficznej pomiędzy obu miejscowościami -czyli łukowy fragment obwodu Ziemi.

Aby ten kąt określić -trzeba wbić tyczkę i zmierzyć długość rzucanego przez  nią cienia  Dwumetrowy kij daje tam cień o długości około 25 centymetrów – na piachu. Przy pomocy tych przyrządów udało się ustalić, że kąt  padania promieni słonecznych stanowi  1/50 kąta pełnego.

Zatem odległość  pomiędzy Aleksandrią i Asuanem stanowi 1/50 obwodu Ziemi.

Odległość ta była znana- nikt jej wtedy nie mierzył ( jak niby można było zmierzyć w terenie około 800 kilometrów ?)  ale swoją wiedzą podzielili się zapewne poganiacze wielbłądów, którzy tę drogę wielokrotnie odbywali.

Z pomnożenia tej odległości przez 50 wyszedł obwód Ziemi: 39 370 km.

Zgodność  wyniku z wartością rzeczywistą 40 120 km jest wręcz niewiarygodna..

Jest przykładem, jakie figle potrafi płatać teoria błędów pomiaru- ustalona przez poganiacza wielbłądów odległość między miejscowościami, długość tyczki wbitej w ziemię, długość jej cienia mierzona na piachu powinny dać w sumie błąd rzędu 20% czyli 8000 kilometrów – a wyszło prawie idealnie.

Na Ptolemeuszu kończą się właściwie dzieje greckiej nauki. Ośrodek w Aleksandrii uległ całkowitemu zniszczeniu. Definitywny koniec nastąpił w 415 roku.

Aleksandria wchodziła wtedy w skład wschodniej części Cesarstwa Rzymskiego.

Od kilkudziesięciu lat chrześcijaństwo było nie tylko dozwolone, ale zostało uznane za religię państwową. Akcja niszczenia śladów pogańskiej  przeszłości trwała we wszystkich zakątkach cesarstwa.  W Aleksandrii fanatyczny tłum podburzony przez miejscowego biskupa zamordował  matematyczkę Hypatię, która nie przyjęła nowej religii, zniszczył świątynię Serapisa oraz spalił przylegającą do niej bibliotekę.

Z dymem aleksandryjskich papirusów rozwiewała się też pewna ogólna idea greckiej nauki- mianowicie że wiedza o świecie nie tkwi w żadnych objawionych zapisach, lecz trzeba ją zdobywać i ustalać drogą prób, rozumowania oraz krytycznej obserwacji. To się właśnie miało zmienić radykalnie i na długo..

W starożytnym  Rzymie opracowania naukowe nie powstawały. Przetrwały tylko rozwiązania techniczne utrwalone w kamieniu. Szczególnie trzeba wyróżnić  wynalazek budowy łuku. Istota rozwiązania polega na tym, że ciężar elementów konstrukcyjnych łuku przenoszony jest na ściany lub słupy boczne i dzięki temu otwór pod łukiem ( okno,drzwi,droga )  może być znacznie szerszy, niż przy prostej belce. Łuk tworzą kamienie zaciosane w klin, którego boczne płaszczyzny swoim przedłużeniem trafiają w środek półkola. Dzięki temu po skompletowaniu w łukowy półobwód  blokują się wzajemnie i żadne wsporniki ani nawet zaprawa nie są potrzebne. Trwałość konstrukcji potwierdzają od dwu tysięcy lat  cesarskie łuki triumfalne, akwedukty i mosty. I nie tylko rzymskie, lecz także powstające przez następne stulecia  budowle romańskie.

Dane techniczne ustalane były doświadczalnie,  nie ma śladu żadnych obliczeń. Obliczenia– to znaczy równoległobok i rozkład sił od ciężaru leżącego na nachylonej płaszczyźnie zostaną rozpracowane w XVII wieku. Praktyka wyprzedziła więc teorię i naukowe wyjaśnienie problemu o ponad półtora tysiąclecia.

Wspaniałym przykładem zastosowania konstrukcji łukowej jest kopuła katedry florenckiej. Metoda została zmodyfikowana a właściwie rozwinięta w ten sposób, że kamienne warstwy- segmentowe pierścienie tworzące kopułę, mają dodatkowe ścięcia klinowe względem płaszczyzny poziomej. Blokowanie segmentów konstrukcji następuje więc w dwóch płaszczyznach prostopadłych.

Starożytne rozwiązanie stało się  kluczowe  dla powstania pierwszej renesansowej budowli w początku XV wieku. A łukowe stropy w najróżniejszych odmianach budowane były nadal aż do wynalezienia betonu.

Pozostałości dorobku naukowego ośrodka w Aleksandrii zaczęły stopniowo przenikać do świata islamskiego. Ważnym centrum intelektualnym stał się Bagdad- miasto wówczas półmilionowe, o legendarnym bogactwie. Porównywalnym  w skali ośrodkiem była również Buchara. Prócz przepychu materialnego miała tez bibliotekę liczącą dziesiątki tysięcy woluminów i sale oddzielne dla różnych nauk.

Dokonywano przekładów dzieł  greckich na język arabski. Na początku  IX wieku , pod władzą kalifa Bagdadu działalność ta nabrała rozmachu i w ciągu kilkudziesięciu lat uczeni arabscy przejęli cały dorobek kilku stuleci greckiej nauki. Potem nastąpił okres rozwoju oryginalnego.

Również same liczby zaczęły być inne. Przybyły z Indii, znaków cyfrowych było zaledwie 10, a ich wartość była zależna od miejsca w zapisie. Niezwykłą nowością był znak „0”. Znak i pojęcie, które otwierało nowe horyzonty myślowe.

Pracujący także w Bagdadzie Al Batumi zajmował się  zależnościami pomiędzy kątami i długościami boków w trójkącie. Z rozważań tych wyłoniło się pojęcie sinusa i do celów praktycznych powstały tabele sinusów dla różnych kątów..

Do sinusa dołączył kolega cosinus a niebawem także tangens z cotangensem.

Tak w  Bagdadzie narodziła się trygonometria.

W zapisie nie stosowano jeszcze symboli tylko określenia słowne,  ale  „zero” oraz liczby ujemne a  także niewymierne (jak pierwiastek z 2 ) były elementami tych procedur , w których dane i niewiadome były według jednoznacznych reguł zestawiane, porządkowane i obliczane.

W świecie arabskim pojawiła się książka o tytule odległym od naukowych ambicji- „Konstrukcje geometryczne dla rzemieślników”. W dziele tym szlachetna teoria zniża się do poziomu specjalistów od budowania domów czy wytyczania dróg i doradza praktyczne sposoby pomiarów i obliczeń.

10% RABATU
Bądź zawsze dobrze poinformowany o nowych produktach oraz specjalnych promocjach tylko dla odbiorców Newslettera.

Zapisz się na nasz newsletter i odbierz powitalny prezent: -10% rabatu na pierwsze zamówienie książkowe.
Kod zniżkowy ważny będzie przez 7 dni.
Otrzymasz go tylko wtedy, gdy zapiszesz się przez ten formularz!
    ZAPISZ SIĘ
    Wyrażam zgodę na wykorzystywanie przez Fundację Oratio Recta powyższych danych do wysyłki newsletterów zawierających informacje o nowych numerach czasopisma, książkach wydanych przez fundację oraz o innych prowadzonych przez nas działaniach.