Sklep

  • UDOSTĘPNIJ:

Jak ja to widziałem. Wspomnienia z życia w trzech ustrojach

„Jak ja to widziałem” to osobista relacja z ostatnich dekad naszej historii. Książka, która pomaga je zrozumieć.

Prof. Andrzej Karpiński przekazuje całą prawdę o wydarzeniach tego czasu, tak jak je wtedy widział. W książce znajdziecie wiele faktów dotychczas przemilczanych lub zakłamanych.

Prof. Andrzej Karpiński nie tylko podejmuje próbę bilansu swe­go długiego, ciekawego i aktywnego życia, ale też kreśli szeroką panoramę polskiego życia społeczno-gospodarczego na prze­strzeni kilkudziesięciu lat, jak sam pisze: w przedwojennym kapi­talizmie, w realnym socjalizmie i we współczesnym kapitalizmie.

Wątki osobiste i rodzinne przeplatają się z analizami polityki gospodarczej, opisywane z humorem i temperamentem wątki z życia codziennego towarzyszą relacjom z ważnych wydarzeń politycznych. Autor wiele widział i wiele wiedział, brał udział w opracowywaniu programów przebudowy polskiej gospodarki, poznawał kulisy polityki na najwyższych szczeblach.

Jego książka to nie tylko wspomnienia, to także wnikliwa anali­za procesów gospodarczych w PRL, tym cenniejsza, że doko­nana przez osobę, która uczestniczyła w ich programowaniu. Karpiński broni dorobku PRL, uważa, że przyniósł on ogromny wzrost poziomu życia ludzi, w dużej mierze dzięki uprzemysło­wieniu kraju. Dlatego boli go zrujnowanie polskiego przemysłu po 1989 r., dokonywane w imię wolnorynkowych dogmatów. Wiele uwagi poświęca polityce gospodarczej ostatnich dekad. Nie lekceważy jej pozytywów, jednak z bólem podkreśla zni­weczenie dorobku m.in. swojego pokolenia, przejawiające się w upadku wielu zakładów przemysłowych.

95,00 

Na stanie

Szczegółowe informacje o produkcie

Nazwa producenta: Fundacja Oratio Recta

Adres producenta: ul. Inżynierska 3 lok. 7, 03-410 Warszawa

Adres e-mail producenta: sklep@tygodnikprzeglad.pl

Kup dla mnie

SKU: KARPIŃSKI II

Opis

Andrzej Karpiński (ur. 1928) – ekonomista, emerytowany profesor nadzwyczajny w PAN. Zawodowo i naukowo zajmował się polityką gospodarczą państwa (od 1948 r.), a zwłasz­cza polityką przemysłową, prognozowaniem i studiami nad przyszłością. Przez prawie cztery dekady związany z Komisją Planowania przy Radzie Ministrów, gdzie trafił bezpośrednio po studiach i przeszedł wszystkie szcze­ble, do funkcji zastępcy przewodniczącego. Po zakończeniu pracy w administracji pań­stwowej zajął się nauką – pracował w Polskiej Akademii Nauk, był wieloletnim sekretarzem naukowym Komitetu Prognoz „Polska 2000 Plus”. Autor kilkudziesięciu opublikowanych w wielu językach książek, m.in. 40 lat plano­wania w Polsce: problemy, ludzie, refleksje (1986), Spór o przyszłość przemysłu świato­wego: dyskusje, prognozy, wnioski (1994), Unia Europejska-Polska: dylematy przyszło­ści (1998), Jak tworzyć długookresową stra­tegię rozwoju dla kraju i regionu: metodyka strategicznego myślenia o przyszłości (2002), Co trzeba wiedzieć o studiach nad przyszło­ścią? (2009), O polską strategię przemysło­wą: wzorce uniwersalne czy specyfika prze­mysłu (2012), Kontynuować czy zmienić. O strategii gospodarczej dla Polski (2014), Polska droga do roku 2050: jak działać racjo­nalnie w coraz bardziej nieracjonalnym świe­cie? (2020), Jak wyjść z chaosu i bezwładu. Propozycja strategii oraz polityki przemysłowej dla Polski (2023).

Tygodnik „Przegląd” wydał jego książkę Praw­da i kłamstwa o przemyśle. Polska w obliczu III rewolucji przemysłowej (2019).

Prawda i kłamstwa o przemyśle (eBook)

 

Jedną z rzadkich i nielicznych zalet wieku starczego jest możliwość mówienia całej prawdy i wyzwolenie się z róż­nego rodzaju zahamowań wy­stępujących w wieku aktyw­ności zawodowej. Mogę więc przekazać już całą prawdę, tak jak ją wtedy widziałem. (…) Bo książka ta omawia i przedsta­wia szereg faktów dotychczas przemilczanych lub zakłama­nych. Zgodnie z tym poświęci­łem w niej wiele miejsca i uwagi aktywnemu zwalczaniu mitów krążących w naszej świado­mości społecznej, niemają­cych żadnych podstaw ani w nauce, ani w rzeczywistości. A już szczególnie wiele miej­sca poświęciłem krytyce na częstszych i największych błędów ekonomicznych, któ­re popełnili nasi politycy. (…) Niniejsze wspomnienia mogą odgrywać jeszcze jedną rolę. Są relacją niemal ostatniego żyjącego jeszcze świadka, któ­ry aktywnie uczestniczył w tych wydarzeniach.

Andrzej Karpiński

 

Informacje dodatkowe

Waga 0,962 kg
Autor

Andrzej Karpiński

Okładka

miękka ze skrzydełkami

Rok wydania

2024

ISBN 978-83-67220-29-3
Oprawa miękka ze skrzydełkami
Liczba stron
644
Format 170×240 mm
Waga
962 g.
Data wydania Warszawa 2024
Autor Andrzej Karpiński
Wydawca Fundacja ORATIO RECTA

Spis treści
Od autora 7
Kilka uwag wstępnych 11
Rozdział I.
Moja połowa dwudziestolecia międzywojennego (1928–1939) 17
Rozdział II.
Wojna i okupacja (1939–1945) 47
Rozdział III.
U progu Polski Ludowej (1945–1949) 107
Rozdział IV.
Czas pracy od podstaw (1950–1960) 159
Rozdział V.
Pierwszy awans (1960–1974) 211
Rozdział VI.
Moje życie prominenckie (1974–1983) 282
Rozdział VII.
Koniec kariery administracyjnej oraz upadek Polski Ludowej
1984–1989) 364
Rozdział VIII.
Moje życie w okresie transformacji ustrojowej 394
Rozdział IX.
Przejście do działalności w nauce 483
Rozdział X.
Aktywna późna starość mojego życia 557
Rozdział XI.
Próba bilansu 590
Indeks 636

Ostatecznie po przemyśleniu sprawy zdecydowałem się pójść w ślady Jozefa Pajestki, a więc podjąłem pracę w CUP, co złączyło również nasze losy zawodowe na wiele lat. Na początku przeżyliśmy pewien kompleks, który razem z Józkiem odczuliśmy jako formę dyskryminacji. Otóż starsi koledzy w naszym pokoju urzędowali przy prawdziwych biurkach. Nam, to jest Józkowi i mnie, dano zwykły stół z jedną płytką szufladą. Uwłaczało to wyraźnie naszej godności jako urzędników. CUP był bardzo dziwną instytucją nawet w moim odczuciu jako 20‑latka. Powszechnie uważano, że politycznie cały urząd, w przeciwieństwie do ówczesnego Ministerstwa Przemysłu i Handlu (MPiH), był opanowany przez członków PPS. Była to prawda. Od początku wykształciła się więc jakaś niezdrowa rywalizacja między MPiH, opanowanym przez członków PPR z dużym udziałem tych, którzy wrócili z ZSRR, gdzie przebywali w czasie wojny, a CUP, zdominowanym – jak stwierdzono wyżej – przez PPS. Tę cichą rywalizację od lutego 1948 roku zaczął przegrywać CUP. Dlatego, począwszy od lutego, doszło do słynnego sporu o metody obliczania dochodu narodowego, a personalnie między Hilarym Mincem z MPiH a Czesławem Bobrowskim z CUP, który – jak wykazał to późniejszy rozwój wydarzeń – miał wtedy rację.

Pod pretekstem sporu o te metody kryły się jednak zasadnicze merytoryczne różnice między obu instytucjami. MPiH skłaniało się do pełnej adaptacji wzorów radzieckich. CUP optował na rzecz wypracowania własnego modelu zarządzania gospodarką, opartego na doświadczeniach polskich z okresu międzywojennego oraz uwzględniającego specyfikę naszych narodowych potrzeb. MPiH zaś dążyło do rozszerzenia roli państwa w gospodarce aż do pełnego jej upaństwowienia. Stąd też zwalczało aktywnie bardzo popularną w tym okresie koncepcję „Rzeczypospolitej spółdzielczej”. CUP zaś popierał wszelkie formy ruchu spółdzielczego. Jego uczestnicy stanowili bowiem główną – jak byśmy to dziś powiedzieli – bazę elektoratu PPS. Wreszcie MPiH dążyło do jednolitego zarządzania gospodarką niezależnie od jej formy własności. Z kolei CUP opowiadał się za trójsektorowym modelem gospodarki. Z perspektywy czasu rację miał CUP, ale wtedy zwyciężyły koncepcje MPiH.

W wyniku tych konfliktów w maju 1948 roku odszedł z CUP Czesław Bobrowski, jego szef od początku istnienia tej instytucji. Był głównym autorem planu trzyletniego, zrealizowanego z dużym sukcesem.

Przyszedłem do CUP w chwili, gdy Czesław Bobrowski nie urzędował już formalnie od dwóch miesięcy, a szefem urzędu został mianowany Tadeusz Dietrich, który w przeciwieństwie do Czesława Bobrowskiego nie był ekonomistą, ale raczej finansistą. Rozróżnienie to nie było wtedy jednak tak jasne jak obecnie.

Niemniej była to dziwna instytucja nie tylko dlatego, że nie miała tradycji z okresu przedwojennego. Nie wszyscy wiedzą, że nazwa „Centralny Urząd Planowania” po raz pierwszy pojawiła się w Niemczech hitlerowskich jako nazwa organu kierującego gospodarką. Inną już sprawą jest, że w przedwojennych pracach Oskara Lange pojawiał się ten termin. W polskim przypadku nie było jednak całkiem jasne, kto ma prowadzić gospodarkę.

Zetknęły się bowiem dwie bardzo silne osobowości. Wpływ Hilarego Minca, stojącego na czele MPiH, stale rósł, począwszy od lutego 1948 roku. O dość dziwnym charakterze CUP decydował też charakter i skład kadr w niej pracujących. Duch panujący w tej instytucji był bardzo liberalny. Nie czuć było bynajmniej dominacji przedstawicieli PPR. Liczbowo na terenie CUP była ona reprezentowana marginalnie, a ludzi należących do PPR uważano za trochę dziwnych. Zróżnicowanie wśród kadry, jeśli chodzi o pochodzenie i życiorys, było jednak ogromne. Z jednej strony składali się na nią ludzie, którzy przyszli z armii Andersa. Byli to na przykład Kazimierz Rudnicki, Kazimierz Sokołowski, Stanisław Polaczek, z którym przez wiele lat się przyjaźniłem. (Z nazwiskiem tego ostatniego kojarzy mi się zabawne wydarzenie. Otóż jednej z delegacji reprezentujących stronę polską na rozmowach w NRD przewodniczył Zdzisław Deutschman, a stronę niemiecką Henryk Polaczek).

Z drugiej strony wśród kadry CUP byli AK-owcy (Tadeusz Jaegerman – historyczna postać podziemia, wykonawca wyroków z ramienia AK na Niemcach), byli powstańcy warszawscy: Jan Marzec i Jerzy Żelisławski, obaj odznaczeni za odwagę, chociaż później znani również jako uczestnicy tak zwanej afery byków, o której będę później jeszcze pisał. Wreszcie działacze, którzy przybyli z ZSRR lub z armii w ZSRR (Bronisław Minc, Bekir Assanowicz – autentyczny Tatar, Irena Chodak). Byli też ostentacyjni katolicy, jak Władysław Rogoziński, który nigdy się z tym nie krył.

Mimo tak głębokich różnic dotyczących pochodzenia zespół ten pracował harmonijnie i z wielkim poświęceniem. Rozbieżności polityczne nie przeszkadzały im w pracy dla Polski. Czynnikiem integrującym była z jednej strony silna osobowość Czesława Bobrowskiego, z drugiej – wysoki poziom kwalifikacji tej kadry.

W Centralnym Urzędzie Planowania pracowało wiele dziwnych i oryginalnych osobistości. Pamiętam do dziś dyskusje z Janem Kowalewskim, wicedyrektorem Departamentu Koordynacji, w którym pracowałem. Po powrocie z Danii przedstawiał mi on swoje wizje farmerskiego rolnictwa w Polsce, którą był zupełnie zafascynowany. Rozkładał wielkie mapy i diagramy na ten temat na podłodze w swoim gabinecie. Nawet dla mnie, ówczesnego studenta, było zaś jasne, że w warunkach naporu na przyspieszoną kolektywizację wizja ta jest mało realna. Podobnie Stefan Wilski był fanatykiem długookresowego prognozowania. Ale później w świetle mojego doświadczenia przekonałem się, że tylko w klimacie osobistego zaangażowania można pracować skutecznie i z pożytkiem dla kraju w tego rodzaju instytucjach. Takich zapaleńców właśnie w nich potrzeba.

Mój pierwszy okres pracy przebiegał pod znakiem czynności mało twórczych. Mogłem się na przykład oburzać, że zbyt dużo czasu w pierwszym miesiącu spędziłem w bufecie, przynosząc szefowi śniadanie, co wymagało stania w kolejce do lady. Dało mi to jednak dużo. Wiedza z kolejki doprowadziła mnie bowiem najkrótszą drogą do znajomości układów personalnych panujących w tej instytucji. Z tego punktu widzenia wysoko sobie cenię ten okres, chociaż zewnętrznie był mało efektowny.

*

Poważniejsze zadania stanęły przede mną dopiero od października 1948 roku. Za główne, które warto odnotować, uważam trzy. Wymienię je w kolejności chronologicznej. Pierwszym z nich był udział w pracach nad pierwszym planem na okres dłuższy niż trzy lata, które dominowały w CUP. Zyskał on później nazwę planu sześcioletniego, ale dopiero w PKPG, czyli Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego, utworzonej w kwietniu 1949 roku. Już w okresie poprzedzającym zjazd zjednoczeniowy dwóch partii w grudniu 1948 roku praktycznie pracowaliśmy bardzo intensywnie, często nie tylko w dzień, lecz także w nocy. Już wtedy powstała koncepcja inwestycji. Ta sama, która tak wspaniale spełniła swoją propagandową rolę na kongresie w postaci lampek, które zapalały się na wielkiej mapie Polski, wywieszonej w auli Politechniki Warszawskiej. Każde z tych światełek przedstawiało nowy zakład przemysłowy przewidziany do budowy. Było ich w przybliżeniu około 300, z których w rzeczywistości zbudowano gdzieś około 160–180. Niemniej na ówczesnych widzach w czasie kongresu ta mapa wywarła wielkie wrażenie. Znajduje o wyraz w wielu pamiętnikach z tego okresu i relacjach współczesnych, zwłaszcza osób obecnych na tym kongresie.

Jako ciekawostkę warto tu przytoczyć fakt, że moja praca przed zjazdem zjednoczeniowym objęła również zestawienie i opracowanie bazy tajnych danych z dokumentów wykorzystywanych przed wojną przez polskie koncerny, a przejętych po 1939 roku przez Gestapo. Po jakimś czasie znalazły się one w Głównym Urzędzie Statystycznym. W zakamuflowanej postaci zostały one uchronione przed Niemcami i przetrwały okupację. Wiodącą rolę w tym odegrał późniejszy prezes GUS, prof. Stanisław Róg. Przyczyniło się to do szybkiej odbudowy statystyki po wojnie. Było bezcennym wprost źródłem w naszych pracach. Po 1983 roku gdzieś ono jednak przepadło i nie udało mi się go już odnaleźć.

Drugim wielkim samodzielnym zadaniem, które stanęło przede mną w moim życiu zawodowym, była sprawa druku planu NPG, czyli Narodowego Planu Gospodarczego – jak go wtedy nazywano – na 1949 rok. Na początku planowania w Polsce powstała praktyka, z której się zresztą słusznie szybko wycofano, że plan państwowy był wydawany drukiem jako oficjalny dokument rządowy. W 1948 roku sprawę druku tego planu powierzono świeżo znacjonalizowanej drukarni imienia Świętego Wojciecha w Poznaniu.

Nie wiem już, z jakich przyczyn, ale druk ten opóźnił się w czasie do tego stopnia, że powstało zagrożenie terminu przyjęcia tego planu przez Radę Ministrów. Miało to nastąpić najpóźniej 28 grudnia 1948 roku. Postanowiono więc, że drukarnia musi pracować od drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia 1948 roku, tak by można było wyjechać z gotowym planem z Poznania najpóźniej w dniu 27 grudnia, i to z samego rana. Na przedstawiciela CUP do nadzorowania tych prac wyznaczono mojego przyjaciela Jozefa Pajestkę. Wszystko przebiegało dobrze do czasu, gdy kazano mu pozostać na dyżur w czasie świąt w Poznaniu. Powstała sytuacja krytyczna. Miał już bowiem wyznaczony na drugi dzień świąt termin ślubu z przyszłą małżonką Ireną, do której żywiłem ogromną sympatię i wiele sentymentu. Wszyscy ze względu na święta odmówili zastępstwa. Na polu bitwy pozostałem z konieczności sam i na ochotnika tylko ja jako najwierniejszy przyjaciel.

Zostałem więc w prawie pustym hotelu naprzeciwko zamku Wilhelma II w centrum miasta. Wyposażono mnie, co trzeba przyznać, w dość silne narzędzia pokojowej perswazji, jakkolwiek miałem do dyspozycji również mniej pokojowe środki i instytucje do dyspozycji. Te pierwsze stanowiły dwie duże skrzynie ówcześnie najcenniejszych gatunków polskich papierosów o nazwie Belweder, w pudełkach – jak dziś pamiętam – w kolorach białym i czerwonym.

Wszystko początkowo przebiegało jako tako sprawnie, ale tylko do czasu. Siedziałem w drukarni prawie cały dzień i dużą część nocy, aż do 24 grudnia, czyli do Wigilii. Praca szła. Złożyłem w tym dniu zecerom świąteczne życzenia. Poszli oni do domu. Mieli wrócić do drukarni w nocy z 25 na 26 o godzinie 12, czyli na drugi dzień świąt. Zostałem w drukarni tylko z kilkuosobowym dyżurem.

Wspólnie z Józkiem w dniu Wigilii wybraliśmy się na poszukiwania kwiatów na ślub, co w ówczesnych warunkach wcale nie było takie łatwe, jak mogłoby się obecnie wydawać. Ostatecznie kupiliśmy jakieś białe lilie w wielkim pudełku. Wszystko byłoby więc dobrze, gdyby nie to, że w chwili, gdy dobrnęliśmy do lotniska na Ławicy w Poznaniu, ostatni samolot przed świętami właśnie kołował na pasie. Puściliśmy się więc w pogoń za nim wojskowym dżipem w tempie, który o wiele lat wyprzedził słynne sceny pościgu samochodowego z filmu „Bullit”. O mały włos Józek spóźniłby się na własny ślub. Dopadliśmy w końcu samolot, gdy już grzał silniki przed startem. Józek, jak dziś pamiętam, w rozwianym palcie, mimo że panował silny mróz, z długim pudełkiem w ręku leciał po pasie i wskoczył na schodki samolotu już w ostatniej chwili.

Wróciłem do hotelu, gdzie spędziłem samotną, głodną i smutną Wigilię, bo tamtejsza restauracja była już nieczynna. Cały pierwszy dzień świąt czuwałem tam pod telefonem przy lekturze dokumentów. Wreszcie poszedłem spać. Obudził mnie o drugiej nad ranem telefon z meldunkiem, że mamy do czynienia z faktycznym buntem czy strajkiem zecerów, jak kto woli. Odmówili oni bowiem przyjścia do pracy, jak to było wcześniej umówione. Nie wiem, czy był to pierwszy bunt zecerów, ale o buncie tkaczy dopiero niedawno się uczyłem. Musiałem działać natychmiast, przy czym wstąpiła we mnie niesamowita wprost energia. Zdecydowałem się na osobistą interwencję, co było słuszną decyzją. Dokonałem też właściwego – jak się później okazało – wyboru, z kim w tej sytuacji rozmawiać. Podstawiono mi wojskowy samochód i zacząłem odwiedzać kolejne mieszkania. Zwróciłem się przede wszystkim do żon zecerów, co było tym słuszniejsze, że małżonkowie w niektórych przypadkach nie byli w specjalnej kondycji do rozmów. Odrzuciłem zaraz na wstępie wszelkie straszenie konsekwencjami. Zdawałem sobie bowiem sprawę, że będzie to nieskuteczne. W perswazji z żonami wspierałem się raczej paczkami Belwederów i moim wdziękiem osobistym. Nie wiem, co było bardziej skuteczne. Po pewnym jednak czasie zecerzy, skłonieni przez swoje żony, zaczęli się zbierać i około trzeciej nad ranem miałem już około 10 pracowników przy maszynach. Wyciągnąłem z tego właściwe wnioski już na całe życie. Można je sprowadzić do przekonania, że w sytuacjach trudnych łatwiej się dogadać z kobietami niż z mężczyznami, co stosowałem konsekwentnie. Odetchnąłem z ulgą, ale nie mogłem pójść spać, groziła mi bowiem recydywa tej sytuacji.

Dopiero po świętach przyjechała do mnie z pomocą ekipa z CUP z piękną panią Basią Levi na czele. Byłem jednak po dwóch nieprzespanych nocach. Po skończeniu druku, co nastąpiło dopiero 27 grudnia, wpadłem w taką euforię, że z kolegami wybraliśmy się do teatru na sztukę Lato w Nohant Jarosława Iwaszkiewicza, którego do dziś uważam za najwybitniejszego przedstawiciela literatury polskiej mimo obecnej krytyki jego postawy politycznej w Polsce Ludowej, a zarazem twórcę piękna języka polskiego, tak gwałtownie dziś niszczonego. Tytuł tej sztuki jest też jedyną rzeczą, którą z niej zapamiętałem. W cieple sali zaraz zasnąłem i podobno tak chrapałem, że moi koledzy chcieli mnie wynieść z sali, bym nie zagłuszał aktorów.

W dniu 28 grudnia o godzinie siódmej rano w czarnym urzędowym samochodzie marki Citroen, którym wówczas jeździli tylko dygnitarze rządowi i służba bezpieczeństwa, wystartowaliśmy w słoneczny, bardzo mroźny dzień do Warszawy. Bagażnik był obciążony do niemożliwości kilkudziesięcioma egzemplarzami wydrukowanego planu. Mieliśmy być w Warszawie najpóźniej o 12 w południe, a posiedzenie Rady Ministrów na ten temat wyznaczono na godzinę piątą po południu. Wydawało się, że jest to już zwycięski finał. Ale jak to często w życiu bywa, rzeczywistość okazała się bogatsza od wszelkich przewidywań.

Dojeżdżając do Konina, a więc niemal do połowy drogi, napotkaliśmy traktor z cysternami, który – jak się okazało – wiózł spirytus z gorzelni do fabryki. Niestety, obsługa na traktorze była już wyraźnie pod wpływem tego cennego ładunku. Chyba nie przenikał on jednak z metalowych kontenerów, ale musiał być przedmiotem bezpośredniej konsumpcji. W pewnej chwili na naszych oczach jeden z konwojentów spadł z traktora tak nieszczęśliwie na zamarzniętą drogę, że stracił przytomność. Uznałem więc, że trzeba go dowieźć za wszelką cenę do najbliższego szpitala, ktory znajdował się w Koninie. Tak też zrobiliśmy. Moi koledzy zwolnili tylne siedzenie, na którym złożyliśmy ofiarę wypadku. Poszkodowany jęczał i rzęził, ale wydawało się, że w szpitalu udzielą mu pomocy, a my będziemy mogli kontynuować podroż. Wszystko ułożyło się jednak inaczej. Z chwilą, gdy dotarliśmy do szpitala i pojawił się dyżurny lekarz, po dokonaniu normalnych oględzin stwierdził jednak zgon. W związku z tym, w myśl przepisów, oznajmił, że nie może nas wypuścić przed przyjściem milicji i prokuratora. Czekaliśmy co najmniej godzinę.

Gdy dotarł do nas milicjant, z przerażeniem stwierdziłem, że ma on zasadnicze trudności ze sporządzeniem protokołu. Był on prawdopodobnie przykładem modnego wówczas powiedzenia, że „Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera”, czyli odpowiednika obecnego „TKM”, czyli „Teraz, k…, my”. W końcu wbrew wszystkiemu musiałem sam na siebie napisać protokół, ale czas leciał i była już godzina druga w południe. Czas pędził jak opętany. Dopiero po pojawieniu się prokuratora zwolnili nas i mogliśmy kontynuować podroż.

Reszty całej historii dowiedziałem się już w Warszawie. Ponieważ nie mogliśmy zawiadomić centrali w Warszawie, była bowiem jakaś awaria telefonów w Koninie, doszła ona do wniosku, że mogliśmy paść ofiarą napadu leśnych oddziałów. W tym przypadku byłby porwany plan państwowy, a więc dokument najwyższej wagi. W związku z tym uruchomiono cały aparat bezpieczeństwa i wojsko. Jeden z takich patroli spotkał nas koło Sochaczewa i doprowadził już pod ochroną do samego Urzędu Rady Ministrów.

Tak więc z powodzeniem wywiązałem się z powierzonego mi dość samodzielnego zadania. Jakież było nasze zdziwienie, gdy w miesiąc później z inicjatywy samego Hilarego Minca otrzymaliśmy specjalną nagrodę pieniężną, która przeszła pod względem wysokości wszystkie nasze wyobrażenia. Dostaliśmy z Józkiem aż 80 tysięcy złotych, podczas gdy moja pensja wynosiła wtedy 10 tysięcy złotych miesięcznie. Za te pieniądze kupiłem sobie pierwszą w moim życiu jesionkę o wzorze w jodełkę. Wtedy stanowiła ona ostatni krzyk mody. Dziś Najwyższa Izba Kontroli (NIK) potraktowałaby to jako przestępstwo związane z dysponowaniem pieniędzmi publicznymi. Były to jednak inne czasy, mniej sformalizowane.

*

Wiem więc dobrze, jako uczestnik tych wydarzeń, jak i gdzie powstał projekt planu sześcioletniego. Dlatego z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że w wersji uchwalonej został on w całości opracowany w Polsce oraz przez polskich ekspertów i specjalistów z poszczególnych branż, a także był w pełni dostosowany do polskich potrzeb. Co więcej, wszędzie tam, gdzie było to możliwe, wręcz nawiązywał wprost do wspomnianego wyżej 15‑letniego planu Eugeniusza Kwiatkowskiego z 1936 roku. Główną ideą i istotą planu sześcioletniego według Minca było założenie, że trzeba osiągnąć w tym okresie równocześnie istotny postęp w uprzemysłowieniu i zapoczątkować ten proces w połączeniu z maksymalnie możliwym podniesieniem poziomu życia społeczeństwa, niezwykle zubożonego w czasie wojny. A to oznaczało:

– odrzucenie postępu w uprzemysłowieniu kosztem ograniczania konsumpcji, co miało miejsce w przypadku stalinowskich pięciolatek w latach 30. XX wieku;

– wybór priorytetów sektorowych w przemyśle ciężkim ograniczony tylko do kilku nielicznych gałęzi – w naszym przypadku górnictwa węglowego i hutnictwa żelaza;

– silną pozycję przemysłów konsumpcyjnych w całej produkcji założonej w planie sześcioletnim – na 300 nowych zakładów przewidzianych w nim do budowy około 150, czyli prawie połowę, miały stanowić przemysły konsumpcyjne;

– tylko umiarkowany rozwój przemysłu zbrojeniowego;

– stosunkowo wysoki wzrost przeciętnej płacy realnej, założony na 30 proc. w ciągu sześciu lat.

Prawdą jest jednak, że projekt tego planu w wersji później uchwalonej przez Sejm w lipcu 1950 roku, musiał być wówczas przedstawiony Stalinowi jeszcze przed uchwaleniem. Nastąpiło to w czasie wizyty Hilarego Minca w Moskwie poświęconej specjalnie prezentacji tego planu w lutym 1950 roku. Oczywiście nie można wykluczyć przepływu informacji na ten temat do ZSRR już wcześniej od doradców radzieckich czy przez organa wywiadu radzieckiego na terenie Polski. Ale mogło to dotyczyć tylko jego fragmentów, a nie syntezy, która powstała dopiero w drugim półroczu 1948 roku.

Sam fakt konsultacji naszego planu z zagranicznym mocarstwem może być odebrany przez współczesnego czytelnika jako przejaw zależności od ZSRR, co w dużym stopniu było prawdą. Ale główną jednak przyczyną prezentacji w Moskwie tego planu było to, że w tym okresie w gospodarce zamkniętej, jaką była wtedy Polska, czyli odciętej od rynku światowego i spowodowanego tym braku walut wymienialnych, warunkiem realizacji tego planu były dostawy niezbędnych w tym celu surowców. A głównym ich dostawcą dla Polski był wtedy ZSRR. Dotyczyło to zwłaszcza rudy żelaza, ropy naftowej i gazu, których nie mieliśmy w kraju. A bez tych dostaw realizacja tego planu byłaby w ogóle niemożliwa. Z całą odpowiedzialnością mogę też równocześnie stwierdzić, że w czasie tej wizyty ten projekt planu spotkał się z zasadniczą krytyką w ZSRR i osobiście Stalina. Trudno byłoby więc przyjąć, że krytykował on wobec Polaków swój własny projekt .

*

O godzinie 4 rano w dniu 5 stycznia 1971 roku obudził mnie dzwonek do drzwi wejściowych mojego mieszkania. Zwlokłem się zaspany z łózka, gdyż późno położyłem się spać. Spojrzałem przez wizjer i zmartwiałem. U drzwi stało dwóch oficerów w pełnym rynsztunku. Myślałem, że może to jakaś pomyłka, ale otworzyłem drzwi. Oficerowie wylegitymowali się zgodnie z wszystkimi regułami sztuki i powiedzieli mi, że mam wziąć udział w delegacji rządowej za granicę. Nie poinformowano mnie jednak dokąd, po co i w jakim charakterze. Poprosili, abym za 1/2 godziny był gotowy do wyjazdu, a oni poczekają na mnie w samochodzie przed domem, chociaż panował siarczysty mróz.

Rzeczywiście, w ciągu 1/2 godziny dokonałem całej toalety i zszedłem do wojskowego jeepa, który zawiózł mnie na lotnisko wojskowe na Okęciu. Tam znalazłem się w samolocie stojącym na pasie startowym. Był to Ił 18 – jeden z najbezpieczniejszych samolotów w tym okresie. Powoli zaczęli być zwożeni, podobnie jak ja, inni uczestnicy tego wyjazdu. W grupie ekspertów było nas 5 osób, w tym przedstawiciel MSZ (dyr. Stanisław Trepczyński – szef doradco w KC, a późniejszy pierwszy Polak, który był wiceprzewodniczącym jednego ze Zgromadzeń Ogólnych ONZ), dwóch z Komisji Planowania (Józef Kuźba od współpracy PRL–ZSRR i ja od zagadnień ekonomicznych). Z Ministerstwa Finansów Henryk Kotlicki – dyrektor generalny od spraw rozliczeń międzynarodowych oraz ktoś z MHZ, nazwiska już dziś nie pamiętam. Nikt nie wiedział o co chodzi.

Nie wzięliśmy więc ze sobą żadnych materiałów. W moim przypadku, poza moim podręcznym notatnikiem. Byłem więc zdany na własną pamięć. O 7 rano samolot wystartował. Dzień był pochmurny i mroźny. Lecieliśmy więc cały czas w chmurach. Po dwóch godzinach lotu zaczęliśmy podchodzić do lądowania. Nadal nie wiedzieliśmy jednak, gdzie się znajdujemy. Zdołałem się tylko zorientować, że od pewnego czasu krążymy nad lotniskiem. Wreszcie przez okienko dojrzałem małe postacie ludzkie rozkładające na płycie lotniska czerwony dywan. W końcu wylądowaliśmy i wszystko się wyjaśniło. Delegacja nasza opuściła samolot, my eksperci jako ostatni. Na przodzie szedł Edward Gierek, a za nim Piotr Jaroszewicz. Przyjmował nas osobiście Leonid Breżniew. W czasie powitania na płycie lotniska popełniłem klasyczną gafę. Zdjąłem machinalnie kapelusz, gdy wszyscy inni pozostali w nakryciach głowy. Wyszło to bardzo komicznie, gdy oglądałem zdjęcia kroniki filmowej. Świeciła na nich bowiem głownie moja łysina.

Zaproszono nas do izby dla VIP‑ów. Tam odbyły się zdawkowe i wyjątkowo drętwe powitania. Powstała dla mnie pierwsza trudność. Znajdowałem się bowiem właśnie wtedy w okresie intensywnych objawów otwartego wrzodu żołądka. Nie mogłem więc pić. Tymczasem wszystkie toasty wznoszono bardzo silnym koniakiem.

Pierwsze wrażenie z tego spotkania mógłbym sformułować następująco: odniosłem przekonanie, że obie strony były bardzo niepewne i nie wiedziały, czego po sobie wzajemnie oczekiwać i się spodziewać. Była to, jak wspomniano wyżej, pierwsza wizyta Gierka w tej roli w Moskwie. Gierek był wyraźnie stremowany. Wbrew protokołowi prawie w ogóle nie pił. Jaroszewicz czuł się znacznie pewniej, był bardziej ożywiony i wiódł prym w rozmowie.

Następnie w kawalkadzie rządowych samochodów przejechaliśmy z lotniska do centrum Moskwy. Przejazd ten zasługuje na szersze omówienie. Rosjanie umieli bowiem świetnie organizować tego rodzaju spektakle. Były one reżyserowane jak przedstawienia teatralne. Jechaliśmy całą kawalkadą rządowych samochodów marki „Czajka” przez stosunkowo puste jeszcze ulice Moskwy. Była bowiem godzina 7 czasu moskiewskiego i słońce jeszcze nie wzeszło. Od lotniska Szeremietiewo aż do centrum Moskwy ulice były obstawione co kilkaset metrów na całej trasie nie kończącym się kordonem policji. Mieli pałki do regulacji, oświetlone w górnej części, co dawało wielki efekt plastyczny. Wskazywało to zarazem, że delegacji nadano najwyższą rangę. Czułem się co najmniej jak przedstawiciel jakiegoś wielkiego mocarstwa. Był to w sumie obraz dość niesamowity.

Dotarliśmy tak do willi rządowej na Lenińskich Gorkach, najbardziej ekskluzywnej dzielnicy Moskwy. Skierowano nas do pokojów w celu odświeżenia. Tam w hallu miałem dość dziwne spotkanie. Premier Jaroszewicz zebrał ekspertów i wygłosił do nas równie dziwne przemówienie, które do dziś jest dla mnie niejasne. Można je streścić następująco: „Oto jest godzina próby. Po jakości waszych odpowiedzi będziemy mogli ocenić czy popieracie nowe kierownictwo”. Pośrednio wydaje się to wskazywać, że nowe władze nie miały całkowitej pewności co do lojalności kadr odziedziczonych po Gomułce. Musiały być więc w tym aparacie jakieś opory zwolenników Gomułki.

Następnie Gierek i Jaroszewicz pojechali na oficjalne rozmowy na Kreml. Nasza zaś rola polegała na tym, że każdy z nas siedział w oddzielnym pokoju. Oficerowie przywozili nam na kartkach pytania od naszych przywódców, na które mieliśmy odpowiadać na piśmie lub przygotować opinie na niektóre z góry określone problemy. Ciekawe były pytania, jakie dostałem do opracowania. Byłem zupełnie nimi zaskoczony. Nikt nie poinformował mnie o nich wcześniej, nie mogłem się więc do nich przygotować. A z samych nazwisk i ze składu grupy ekspertów nie mogłem się domyślić, o czym będzie mowa. Główne pytania, na które miałem przygotować odpowiedzi na rozmowy toczące się na Kremlu, dotyczyły nie dostaw ropy, jak się spodziewałem, a struktury własnościowej naszej gospodarki, a mianowicie roli w niej rolnictwa indywidualnego i sektora drobnotowarowego. Jeżeli chodzi o mnie to pytania były nieliczne, ograniczyły się tylko do dwóch. Pierwsze dotyczyło struktury własnościowej naszego rolnictwa (udział rolników indywidualnych, spółdzielni, gospodarstw państwowych) ze szczególnym uwzględnieniem i analizą roli gospodarstw najmniejszych. Mogło to wskazywać pośrednio na zainteresowanie strony radzieckiej tym, co chcemy robić dalej z indywidualnym rolnictwem.

Drugie zaś, to jakie są przyczyny tak dużego udziału sektora drobnotowarowego – jak to się wtedy mówiło – w naszej gospodarce i jakie są zamierzenia na przyszłość w stosunku do tego sektora. Odniosłem jednak wrażenie, ze sposobu formułowania tych pytań, że nie kryła się w nich tylko utajona krytyka rozwiązań modelu polskiego w tych dziedzinach, tak różniących się od praktyki w ZSRR, ale równocześnie jakieś autentyczne zainteresowanie nimi. „Towarzysze radzieccy”, jak to się wtedy mówiło, w ogóle bowiem sobie z tym nie radzili. Znalazło to wyraz w dowcipie niezwykle popularnym w tym okresie w Moskwie. Otóż do Radia Erewań (fikcyjna instytucja satyryczna) dzwoni słuchacz z zapytaniem: „Towarzysze, czy jest wyjście z sytuacji bez wyjścia. Na to odpowiedź: Towarzyszu wielokrotnie informowaliśmy już, że nie będziemy udzielali żadnych informacji na temat rolnictwa radzieckiego”.

Ale niewątpliwie głównym motywem tego spotkania była chyba chęć poznania stosunku nowego kierownictwa partyjnego do problemów ustrojowych, a zwłaszcza kolektywizacji rolnictwa i roli sektora prywatnego w gospodarce, co uświadomiłem sobie dopiero w czasie tej wizyty.

Ocalenie od zapomnienia

Anna Leszkowska

 

Fundacja Oratio Recta wydała obszerną i niezwykle interesującą autobiografię znanego ekonomisty, prof. Andrzeja Karpińskiego zatytułowaną Jak ja to widziałem.

Autor zajmował się naukowo i zawodowo polityką gospodarczą państwa od 1948 roku, a jego wspomnienia są – choćby z racji długiego stażu zawodowego na najwyższych szczeblach władzy szczególnie cenne, nawet jeśli zawierają subiektywne oceny zdarzeń, w których nie brał osobiście udziału. Był jednak aktywnym uczestnikiem i obserwatorem procesów społeczno-polityczno-gospodarczych w trzech ustrojach, co jest atutem nie do przecenienia dla każdego badacza historii gospodarczej, ale i dla wiedzy kolejnych pokoleń, zwłaszcza tych, którym politycy „wytatuowali” mózgi korzystną dla siebie propagandą i przepisali historię. Takich ludzi, którzy mają bogatą biografię nie mamy już wielu – autor ocenia, że jest ich tylko ok. 300 tysięcy, z których zapewne tylko jednostki utrwaliły swoje wspomnienia życiowe dotyczące spraw ogólniejszych niż rodzinne.

Ten szczególny nakaz wewnętrzny, aby dawać świadectwo swoich czasów (zwłaszcza zakłamywanego obecnie okresu PRL i tzw. transformacji), Andrzej Karpiński spełnił już w 2010 roku, kiedy opublikował książkę Wspomnienia ze zwykłego życia. W 10 lat później zdecydował się za namową wydawnictwa na wydanie poszerzonej, zaktualizowanej i uzupełnionej o nieuwzględnione problemy w pierwszym wydaniu autobiografii. Dotyczyło to zwłaszcza globalnego kryzysu 2008 roku.

O ile lata PRL, na które przypada szczyt aktywności zawodowej autora powoli odsuwają się w pamięci społecznej przeszłość (a wraz z nimi problemy, jakim wówczas państwo musiało stawić czoła i ich skutków w kolejnych latach), tak ostatnie 30 lat od wprowadzeniu kapitalizmu wciąż budzi wielkie emocje – żyją przecież dwa pokolenia, których ta zmiana dotknęła osobiście i trwale określiła ich przyszłość – także ich dzieci. Ten okres jest szczególnie wnikliwie zbadany i opisany przez autora, nie tylko w autobiografii, ale i innych książkach i opracowaniach naukowych.

Jak sam pisze, „zawarta w moich wspomnieniach ocena całego okresu transformacji po 1989 roku, dotycząca głównie wydarzeń w gospodarce i przemyśle, jest w wielu przypadkach raczej gorzka i i bardzo krytyczna z punktu widzenia profesjonalnych kryteriów ekonomicznych. Wprawdzie minione 30-lecie (1990-2020) przyniosło pod wpływem otwarcia na zachód realny i głęboki przełom cywilizacyjny o historycznym znaczeniu oraz ogromne postępy w rozwoju wielu dziedzin i poprawie warunków życia, ale cena tego postępu, którą poniosła nasza gospodarka i społeczeństwo była w moim przekonaniu bardzo wysoka, często zbyt wysoka, a w wielu przypadkach wręcz nadmierna”.

Autorytet zawodowy prof. Karpińskiego tę – według niego subiektywną – ocenę każe traktować jako ocenę obiektywną – autor przez prawie 40 lat pracował na wysokich stanowiskach w Komisji Planowania przy Radzie Ministrów*, a kiedy odszedł z administracji państwa, przeszedł do pracy naukowej w Polskiej Akademii Nauk, gdzie swoje doświadczenie i wiedzę przekazywał w Komitecie Prognoz PAN, walcząc jednocześnie przez wiele lat o konieczność przywrócenia w państwie centralnego urzędu zajmującego się prognozowaniem i planowaniem.Ale i poprzez książki, jakie pisał.
Najsłynniejsze stały się epokowe opracowania dotyczące historii upadku przemysłu w Polsce po 1989 roku** – do czego autor odnosi się także i w omawianej autobiografii.(rozmawialiśmy o tym z prof. Karpińskim w 2013 roku i zamieściliśmy w SN 3/2013)

Dla interesujących się historią gospodarczą Polski książka ta stanowi znakomitą lekturę poszerzającą wiedzę podręcznikową historii ogólnej – zwłaszcza, że historię gospodarczą rządy solidarnościowe i postsolidarnościowe wymazały ze świadomości społecznej (i studiów). (Zapewne celowo, abyśmy nie pamiętali jak było i nie porównywali z tym, co jest). Historyków gospodarczych nigdy w Polsce nie było wielu, ale ich prawie zupełny brak (po odejściu prof. Witolda Kuli) sprawia, że aby zdobyć taką wiedzę, jesteśmy skazani głównie na śledzenie dokumentów i literaturę pamiętnikarską. Niestety, na tym polu książka prof. Karpińskiego jest niczym samotny biały żagiel.

 

Jak ja to widziałem. Wspomnienia z życia w trzech ustrojach, Andrzej Karpiński, Fundacja Oratio Recta, Warszawa 2024, wyd. II, zmienione, s.640

 

*Komisję Planowania przy Radzie Ministrów utworzoną w 1956 r. zlikwidowano w 1988 r. po czym utworzono Centralny Urząd Planowania, zlikwidowany w 1996 roku (pierwszy CUP powstał w 1945 roku i przetrwał do 1948 r. pod kierownictwem prof. Czesława Bobrowskiego). W jego miejsce utworzono w 1997 roku Rządowe Centrum Studiów Strategicznych (RCSS) zlikwidowane przez PiS w 2006 roku. W 2018 utworzono Centrum Analiz Strategicznych. Każda kolejna z tych instytucji miała coraz mniejsze uprawnienia i tym samym wpływ na politykę rządów.

**Prawda i kłamstwa o przemyśle oraz Jak powstawały i upadały zakłady przemysłowe w Polsce (1946 – 2012) (współautor – Stanisław Paradysz i in. )

 

“Sprawy Nauki”, 25.12.2024 r.

10% RABATU
Bądź zawsze dobrze poinformowany o nowych produktach oraz specjalnych promocjach tylko dla odbiorców Newslettera.

Zapisz się na nasz newsletter i odbierz powitalny prezent: -10% rabatu na pierwsze zamówienie książkowe.
Kod zniżkowy ważny będzie przez 7 dni.
Otrzymasz go tylko wtedy, gdy zapiszesz się przez ten formularz!
    ZAPISZ SIĘ
    Wyrażam zgodę na wykorzystywanie przez Fundację Oratio Recta powyższych danych do wysyłki newsletterów zawierających informacje o nowych numerach czasopisma, książkach wydanych przez fundację oraz o innych prowadzonych przez nas działaniach.
    ×

    Podgląd e-maila :

    Jeśli nadal zastawiasz się co mi kupić na prezent, nie musisz już szukać!

    KUP TERAZ

    Ustawienia wiadomości

    /* Omit closing PHP tag at the end of PHP files to avoid "headers already sent" issues. */